Reportaż z turecko-ormiańskiego pogranicza. Do pojednania wciąż daleko
Sąsiedzi zza rzeki
Ostatnie domy armeńskiego Bagaranu od pierwszych domostw tureckiej wioski Halikiszlak oddziela szerokie na kilkanaście metrów koryto rzeki Achurian.
.
Materiały promocyjne

.

Flagi ormiańskie
young shanahan/Flickr CC by 2.0

Flagi ormiańskie

Rzeka Achurian
Jean & Nathalie/Flickr CC by 2.0

Rzeka Achurian

Okładka najnowszego numeru „Nowej Europy Wschodniej”
materiały prasowe

Okładka najnowszego numeru „Nowej Europy Wschodniej”

Artykuł ukazał się w najnowszym numerze „Nowej Europy Wschodniej”. Co jeszcze można w nim znaleźć? »

*

„Tamta” strona zaczyna się kilkadziesiąt metrów poniżej. Jak na dłoni widać białe minarety, znacznie bardziej zadbane gospodarstwa i ciężarówki mknące drogą Igdir-Kars. Ostatnie domy armeńskiego Bagaranu od pierwszych domostw tureckiej wioski Halikiszlak oddziela szerokie na kilkanaście metrów koryto rzeki Achurian.

Z obwodowego miasteczka Armawir, dawnego Hoktemberianu (nazwanego na cześć rewolucji październikowej; hoktember to po ormiańsku październik), które z powodzeniem mogłoby ubiegać się o palmę pierwszeństwa w konkursie na najbardziej koszmarne miasto byłego ZSRS, droga prowadzi na zachód, przez Równinę Araracką.

Po obu stronach ciągną się bezkresne pola, na których rolnicy uprawiają warzywa oraz brzoskwiniowe i morelowe sady. Latem drogi zapełniają się załadowanymi do granic możliwości zdezelowanymi moskwiczami i wołgami dobrze pamiętającymi czasy sowieckiej „świetności”. Przewożone w bagażnikach, na dachach i tylnych siedzeniach arbuzy, melony, bakłażany i różnokolorowa papryka sprzedawane są na lokalnych przydrożnych targowiskach bądź trafiają do Erywania.

Po kilku kilometrach na horyzoncie pojawia się stojący na niewielkim wzgórzu pośród spalonych słońcem pól monument zbudowany z czerwonego tufu: dwa skrzydlate byki i dzwonnica z dwunastoma dzwonami. Pomnik i muzeum bitwy pod Sardarapatem, ormiańskiego wariantu cudu nad Wisłą.

W maju 1918 roku nieliczne oddziały niepodległej, „dasznackiej” Armenii (rządzonej przez nacjonalistyczno-socjalistyczną partię Dasznakcutiun) powstrzymały nacierającą armię turecką. Siły osmańskie, które po załamaniu się frontu rosyjsko-tureckiego w Anatolii wskutek dezerterujących masowo zdemoralizowanych rewolucją bolszewicką rosyjskich żołnierzy, zamierzały opanować Zakaukazie i dokonać prawdopodobnie rozpoczętego w 1915 roku dzieła „oczyszczenia” tamtych terenów z ludności ormiańskiej. Co roku pod koniec maja odbywają się tam uroczystości państwowe ku czci bohaterów, które są okazją do zademonstrowania waleczności i nieustępliwości Ormian.

* * *

Wprawne oko już z sardarapackiego wzgórza dostrzeże rozsiane po okolicy wieże strażnicze, których zieleń wyróżnia się na tle śnieżnobiałych lodowców Araratu zajmującego niemal całą południowo-zachodnią część horyzontu. Zaczyna się armeńsko-turecka strefa przygraniczna stanowiąca do niedawna jedyną (z wyjątkiem krótkiej granicy z Norwegią) bezpośrednią granicę sowieckiego imperium z państwami NATO.

Pola ustępują miejsca kamiennym pustkowiom, których jedynymi gospodarzami są jadowite węże i skorpiony. Tylko wiosną na krótko tereny te pokrywa zieleń, z czego korzystają pasterze owiec, zanim na przełomie maja i czerwca nie schronią w wysokich górach stad przed bezlitosnym skwarem. Żadnej osady ludzkiej, żadnych drzew, żadnej wody.

Po kilkunastu kilometrach niegościnny płaskowyż kończy się raptownie, a przed podróżnym rozpościerają się doliny płynącego z zachodu Araksu i wpadającej do niego od północy rzeki Achurian. Już po tureckiej stronie piętrzą się kolejne pasma górskie, którymi poprzecinana jest wzdłuż i wszerz cała Wyżyna Armeńska.

Wioski położone po obu stronach granicznego w tym miejscu Achurianu (dalej na południe, aż do azerbejdżańskiej enklawy Nachiczewan, granicę stanowi już Araks) wyglądają jak rajska oaza pośród pustyni. Choć po stronie armeńskiej zaniedbane domy, zbudowane w większości w czasach sowieckich, niczym nie różnią się od tych z pozostałej części kraju, ich przykryta spękanym eternitem brzydota ginie w morzu zieleni, a wiosną również bieli i różu kwitnących sadów. To tu, choć dziś trudno w to uwierzyć, w III wieku p.n.e. ormiański król Orontes VI założył swoją stolicę – miasto Jerwandaszat, zniszczone pięćset lat później podczas najazdu perskiego. Jego skromne pozostałości można podziwiać obok dzisiejszej wsi o tej samej nazwie.

Niemiłosiernie dziurawa droga schodzi łagodnymi serpentynami w dolinę Achurianu. Samochód wznosi tumany kurzu, kryjąc się przed czujnym okiem strażników przechadzających się wzdłuż płotu niewielkiej jednostki wojsk granicznych, która rozłożyła u wjazdu do całkiem sporej wioski Bagaran.

* * *

Siwowłosy, choć nie stary, Hajk, zobaczywszy rzadko zapuszczających się w te strony obcokrajowców, zaprasza na kawę, kierując się jak to zwykle bywa na Kaukazie mieszaniną gościnności i ciekawości. W przeciwieństwie do ludzi urodzonych już po rozpadzie Związku Sowieckiego, hasło „Polska” nie jest dla niego anonimowe.

Standardowe opowieści o tranzycie pociągiem do jednostki wojskowej w NRD, gdzie odbywał służbę wojskową, jasnowłosych Halinkach i Irenkach, policjantach wymuszających łapówki od „Ruskich” sprowadzających z Niemiec samochody w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, nie do końca zrozumiałej dla Ormian niechęci do Rosjan… I równie standardowe narzekanie na trudną rzeczywistość niepodległej Armenii, przemieszane z nostalgią za „starymi, dobrymi czasami”, a wszystko solidnie podlane porcją „zdrowego” ormiańsko-posowieckiego nacjonalizmu.

Świeżo zaparzona kawa wyśmienicie smakuje w cieniu przytulonej do domu morwy. Pytany o to, z czego żyje, Hajk bez słów szerokim gestem prezentuje rozkwiecony sad. Na sporym podwórku rośnie kilkadziesiąt moreli, brzoskwiń, grusz i innych drzew owocowych. Latem, w czasie zbiorów przyjeżdżają handlarze, którzy skupują owoce od miejscowych sadowników niemających możliwości lub (jak w przypadku Hajka) chęci tłuc się do Erywania i samemu sprzedawać urodzaj.

Kilkukrotnie wyższa cena, jaką mogliby tam uzyskać, nie jest jak widać wystarczającą zachętą. Czas wolny i możliwość spokojnego popijania kawy w cieniu morwy cenią sobie znacznie bardziej. Hajk dorabia zresztą jako traktorzysta, wynajmując się u innych rolników. Co bardziej zaradni nie sprzedają owoców w sezonie. Suszą je i magazynują, aby sprzedać w okolicach Nowego Roku – okresie największych obrotów handlowych.

 

* * *

– Zwabiłem gada baranią padliną. – Hajk dumnie prezentuje gigantycznego sępa, którego własnoręcznie zastrzelił z dubeltówki, po czym wypchał, przyozdabiając następnie salon swojego ogrzewanego „kozą” domku. – Przyleciał z tamtej strony. Gniazdują na tamtych skałach.

„Tamta” strona zaczyna się kilkadziesiąt metrów poniżej. Jak na dłoni widać białe minarety, znacznie bardziej zadbane gospodarstwa i ciężarówki mknące drogą Igdir-Kars. Ostatnie domy armeńskiego Bagaranu od pierwszych domostw tureckiej wioski Halikiszlak oddziela szerokie na kilkanaście metrów koryto rzeki Achurian, którą bez problemu można przebyć w bród. W przeciwieństwie do większej części armeńsko-tureckiej granicy, zasieki z drutu kolczastego zostały tutaj rozebrane. Jeśliby nie wszędobylskie wieże strażnicze przejście na turecką stronę zajęłoby nie więcej niż minutę.

– Mogę zrobić zdjęcie? – pytam, wskazując na bielejący po drugiej stronie meczet.

– A rób! Chociaż czekaj! – Poznany przed chwilą sołtys wsi zawahał się. – Stań lepiej za tamtym drzewem. Czort wie, czy ten Ruski, co dyżuruje na wieży, nie patrzy akurat w naszą stronę.

W czasach sowieckich wioski nad Achurianem i Araksem, podobnie jak wszystkie przygraniczne miejscowości ZSRS, były zamkniętą strefą. Jedynie posiadając meldunek w którejś z nich lub specjalny propusk, można było się tam dostać. Ograniczenia przekoczowały do prawodawstwa armeńskiego, o czym świadczy używany jeszcze kilka lat temu, dziś już opuszczony posterunek leżący w pół drogi pomiędzy Bagaranem i Armawirem. Choć formalnie zakaz wjazdu został zniesiony, wpajana przez dziesięciolecia ostrożność pozostała. Po co mieć kłopoty. Tym bardziej, że granicy pilnują nie swoi, z którymi w razie czego zawsze można się dogadać, tylko spoglądający pogardliwie na miejscowych Rosjanie.

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj