Górski Karabach. Ormianie grają va banque
Rząd Armenii 5 maja skierował do parlamentu projekt uchwały o uznaniu Górskiego Karabachu. Przyjęcie dokumentu zwiastowałoby kolejną krwawą wojnę na Kaukazie.
Stepanakert Museum
Nina Stössinger/Flickr CC by SA

Stepanakert Museum

NEW – nowy numer maj-sierpien 2016

NEW – nowy numer maj-sierpien 2016

Nieuznawana na arenie międzynarodowej Republika Górskiego Karabachu jest państwem de facto, choć nie de iure. Nie mogłaby funkcjonować bez wsparcia Armenii i ormiańskiej diaspory, posiada jednak pozostałe atrybuty państwowości: terytorium, ludność, stolicę, władze, armię (choć ta ostatnia jest częścią sił zbrojnych Armenii). Dla Azerów Karabach jest natomiast okupowaną przez Ormian integralną częścią własnego państwa, która od przegranej wojny z początku lat dziewięćdziesiątych pozostaje poza kontrolą Baku (zawieszenie broni zawarto w 1994 roku).

Armenia uważa, że zamieszkały przez nieco ponad 100 tysięcy Ormian Karabach powinien być niepodległym państwem. Kierując się jednak chłodną kalkulacją, nigdy formalnie go uznała. Gdyby to zrobiła, zniknąłby przedmiot niemrawych rozmów pokojowych, które toczą się pod egidą tzw. Mińskiej Grupy OBWE (jej współprzewodniczącymi są Rosja, Francja i USA; Grupa od lat bezskutecznie próbuje skłonić obie strony do kompromisu). Pozostałaby jedynie wojna.

Nauczka

Dlaczego właśnie teraz władze Armenii zdecydowały się na podniesienie kwestii uznania niepodległości Górskiego Karabachu? Przyczyn należy szukać w wydarzeniach sprzed miesiąca. W dniach 2-5 kwietnia w Górskim Karabachu doszło do tzw. wojny czterodniowej. Azerowie podjęli próbę odbicia części zajętych przez Ormian terytoriów. Nie odnieśli wielkich sukcesów (zajęli jedynie kilka mało ważnych strategicznie pozycji). Przynajmniej częściowo przełamali jednak traumę poprzedniej, przegranej wojny (przeszło dwie dekady temu Ormianie opanowali nie tylko Karabach, ale też duże terytoria wokół enklawy), a propaganda władz w Baku wykorzystała mini-zwycięstwo na arenie wewnętrznej.

Z kolei Ormianie – mimo że Azerowie nie przerwali ich linii umocnień – przeżyli potrójny szok. Po pierwsze, okazało się że ich przeciwnik nauczył się walczyć. Po drugie, podczas czterodniowych walk zginęło aż dziewięćdziesięciu dwóch ormiańskich żołnierzy (a dla 2,5-milionowego kraju, który boryka się z gigantycznym kryzysem demograficznym, to dotkliwa strata). Po trzecie zaś, do Ormian dotarło, że w razie wznowienia działań wojennych nie mogą liczyć na Moskwę.

Co więcej, uświadomili sobie, że Rosja – ich formalny sojusznik – przyczyniła się do zaostrzenia sytuacji (np. poprzez sprzedaż ofensywnego uzbrojenia Azerom). Niewykluczone, że Rosja dała wręcz Baku zielone światło do rozpoczęcia operacji. W takim przekonaniu umocniła Ormian rosyjska ofensywa dyplomatyczna, która miała miejsce już po przerwaniu walk. Według (prawdopodobnie kontrolowanych) przecieków Moskwa złożyła stronie ormiańskiej propozycję „rozwiązania” konfliktu: siły ormiańskie miałyby wycofać się z kilku terytoriów wokół Karabachu, do regionu weszłyby rosyjskie siły pokojowe, a kwestia statusu Karabachu odłożona zostałaby na bliżej nieokreśloną przyszłość.

Ormianie grożą Moskwie

Co skłoniło Moskwę do podjęcia takich działań? Imperialna logika, zgodnie z którą Armenia i konflikt karabachski są jedynie narzędziami w jej polityce na Kaukazie. Priorytetem tej polityki jest zaś na chwilę obecną pozyskanie Azerbejdżanu, skłonienie go do bliższej współpracy, a być może nawet do wejścia do rosyjskiej strefy wpływu.

Zgoda jakiegokolwiek przywódcy ormiańskiego na moskiewski plan (równoznaczny ze zdradą narodową) mogłaby jednak oznaczać dla niego pożegnanie się z polityką, o ile nie z życiem. W takiej sytuacji zdradzony po raz drugi przez Rosjan prezydent Serż Sargsjan (we wrześniu 2013 roku Moskwa zmusiła go do wycofania się z negocjacji umowy stowarzyszeniowej z UE na rzecz wstąpienia do Unii Eurazjatyckiej) prawdopodobnie postanowił grać va banque. Stwierdził wprost, że rosyjscy mirotworcy nie mają czego szukać w Karabachu, a dopóki ten ostatni nie będzie miał gwarancji bezpieczeństwa, nie ma o czym rozmawiać.

Groźba uznania niepodległości Karabachu skierowana jest nie do Baku, a do Moskwy. Wpisuje się ona w trwający od pewnego czasu proces usztywniania pozycji Erywania. Czy dojdzie do spełnienia tej groźby 10 maja, gdy armeński parlament będzie rozpatrywał projekt uchwały? Mało prawdopodobne. Wiceminister spraw zagranicznych Armenii Szawarsz Koczarian wyraźnie stwierdził, że w razie kolejnego naruszenia przez Azerbejdżan zawieszenia broni Erywań uzna Republikę Górskiego Karabachu. Projekt zostanie więc prawdopodobnie zawieszony, przekształcając się w dyżurne narzędzie polityczne.

Nie można jednak również wykluczyć (teraz czy za kilka tygodni, miesięcy) wariantu wojennego. W dłuższej perspektywie będzie coraz trudniejszy do uniknięcia (przyczynami są m.in. niemożność wypracowania kompromisu oraz dominujące w Armenii poczucie braku wyjścia z sytuacji). Tym bardziej, że w swojej historii Ormianie wielokrotnie sięgali po radykalne i nie zawsze racjonalne środki, a sytuacja w regionie i emocje po obu stronach linii frontu kipią.

Artykuł ukazał się w wydaniu internetowym dwumiesięcznika „Nowa Europa Wschodnia

*

Maciej Falkowski jest analitykiem Ośrodka Studiów Wschodnich i stałym współpracownikiem „Nowej Europy Wschodniej”.

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj