Austriacy liczą głosy: Czy nowym prezydentem zostanie Norbert Hofer ze skrajnie prawicowej FPÖ?
Brunatne wody Dunaju
Jeśli „wolnościowiec” Hofer przeniesie się z parlamentu do Hofburgu, to jego partia może wygrać najbliższe wybory parlamentarne.
Norbert Hofer
Facebook

Norbert Hofer

Alexander Van der Bellen
By Franz Johann Morgenbesser/Flickr CC by 2.0

Alexander Van der Bellen

W niedzielę w Austrii odbyły się wybory prezydenta kraju. Kandydatów było dwóch: profesor ekonomii i lider austriackich Zielonych, Alexander Van der Bellen i Norbert Hofer, wicemarszałek austriackiego parlamentu z ramienia skrajnie prawicowej Austriackiej Partii Wolności (FPÖ).

W pierwszej turze, miesiąc temu, wyraźnie (o 12 proc.) wygrał Hofer, ale nie przekroczył progu 50 proc. Pierwszy sondaż po siedemnastej dał mu minimalną przewagę, niecałe pół procenta. Później zaczęła się jazda po bandzie. Najpierw Van der Bellen wyprzedził, też minimalnie, Hofera. Teraz idą więc łeb w łeb, a na podliczenie czeka dodatkowo 900 tys. głosów oddanych drogą pocztową.

Obaj rywale mają doświadczenie polityczne. Nie wzięli się znikąd. Partia Hofera działa od 60 lat. Nie powstała ad hoc. Po wojnie miała poparcie sierot po nazizmie, dziś ma poparcie sympatyków nacjonalistycznego populizmu, którego ostrze skierowane jest w klasę polityczną, w elity dwu głównych partii, które dotąd rządziły powojenną Austrią nieprzerwanie i naprzemiennie albo w wielkiej koalicji. Partia Hofera utuczyła się wyborczo także na kryzysie migracyjnym.

Dziewięciomilionowa Austria przyjęła prawie 100 tys. uchodźców. Kandydaci obu wielkich partii centrowych, socjaldemokratycznej i ludowej, odpadli w pierwszej turze wyborów prezydenckich, co było nie tylko szokiem i katastrofą polityczną, ale też upokorzeniem.

A może i kolejnym zwiastunem szerszej i głębszej zmiany w polityce europejskiej. Podobne porażki poniosły ostatnio np. obie główne partie hiszpańskie, też reprezentujące umiarkowaną lewicę i prawicę. We Francji klasa polityczna oczekuje z niepokojem wyborów prezydenckich, w których wystartuje Marine Le Pen, ulubienica Putina, liderka nacjonalpopulistów z Frontu Narodowego.

W Polsce, na Węgrzech i na Słowacji rządzą ugrupowania o podobnym profilu. Mieszanka populizmu, nacjonalizmu i etatyzmu.  

Jeśli „wolnościowiec” Hofer przeniesie się z parlamentu do Hofburgu (siedzibie prezydenta Austrii), to jego partia może wygrać najbliższe wybory parlamentarne. Hofer ma w swym obecnym gabinecie oprawiony w ramkę artykuł austriackiej konstytucji: „Prawo jest emanacją woli narodu”.

Swego konkurenta nazwał „zielonym faszystą”, drwi z krytyków niepokojących się „puczem prezydenckim”. Zapowiada, że jak będzie trzeba, to zdymisjonuje obecny rząd (prezydenci Austrii nigdy nie skorzystali z tej prerogatywy). Nie chce być prezydentem malowanym, bo „ojczyzna was potrzebuje”. Austriakom to się podoba. Hofer jawi im się jako młody i dynamiczny, z charyzmą, niosący nadzieję dla kraju.

Zwycięstwo Hofera, a później jego partii, to utęskniony scenariusz dla całej skrajnej prawicy w Europie: dowód, że społeczeństwa chcą „dobrej zmiany” w stylu Kaczyńskiego i Orbána, a kiedy i ci przywódcy im się znudzą, to może dadzą szansę w wyborach ugrupowaniom jeszcze bardziej na prawo, swoim Jobbikom.

Z Krakowa do Wiednia nad „pięknym, modrym Dunajem” jest zaledwie niecałe 500 km samochodem. Zaledwie 4–5 godzin samochodem. Ale kiedy Dunaj zmieni kolor na brunatny, skończą się miłe wycieczki. Odżyją kontrole celne i paszportowe, bo nie będzie już strefy Schengen, a może nawet Unii Europejskiej. Odżyją też – już odżywają – konflikty węgiersko-austriackie, słowacko-węgierskie itd., polsko-litewskie itd. Na naszych oczach otwiera się nowy rozdział europejskiej historii.

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj