W Austrii wybory prezydenckie o włos wygrał obóz demokratyczny. To ostrzeżenie
Zielony w Hofburgu
Przegrany Hofer, choć zasmucony, tryska energią i już szykuje swoich zwolenników do drugiego wyborczego starcia, czyli do wyborów parlamentarnych.
Facebook

Alexander Van der Bellen
By Franz Johann Morgenbesser/Flickr CC by 2.0

Alexander Van der Bellen

Demokratyczna Europa odetchnęła z ulgą. Jednak Alexander Van der Bellen, kandydat z poparciem Zielonych, wygrał wybory prezydenckie w Austrii. To dobra wiadomość dla Europy, która niepokoi się wzrostem poparcia dla skrajnej prawicy od Skandynawii przez Niemcy po Węgry.

Pokonany został kandydat partii skrajnie prawicowej, antyeuropejskiej i antyimigranckiej, Norbert Hofer. Młody, z dobrym kontaktem z ludźmi, unikający ostrej retoryki, za to przedstawiający się jako austriacki patriota, obrońca wolności, przyjaciel zwykłych ludzi.

Na Hofera częściej głosowali mężczyźni, ludzie w grupie wiekowej 30–59 lat, słabo wykształceni (w grupie osób z maturą i wykształceniem uniwersyteckim Van der Bellen wygrał miażdżąco), pracownicy fizyczni, emeryci i mężczyźni.

Ale pewnym ostrzeżeniem powinno być, że zwolennicy Hofera widzą w nim kogoś, kto rozumie ich problemy, podczas gdy na jego rywala głosowali ci, którzy uważali, że godniej będzie reprezentował Austrię.

Zła wiadomość znad Dunaju jest taka, że Zielony Van der Bellen wygrał zaledwie 31 tys. głosów, po przeliczeniu kilkuset kart wyborczych nadesłanych pocztą. Tak nikła przewaga oznacza, że nowy gospodarz byłego pałacu cesarskiego nie może oczekiwać, że będzie ojcem narodu akceptowanym i kochanym przez ogół Austriaków, tak jak w XIX w. cesarze Imperium Habsburgów.

Przegrany Hofer, choć zasmucony, tryska energią i już szykuje swoich zwolenników do drugiego wyborczego starcia, mającego jeszcze większe znaczenie polityczne, czyli do wyborów parlamentarnych za dwa lata. Czy i jakie ma szanse, trudno przewidzieć, bo dziś mało co w polityce europejskiej jest przewidywalne.

Jeśli coś, to raczej, że będzie ciężko i nie wiadomo nawet, czy Van der Bellen dotrwa do końca swej kadencji, jeśli „wolnościowcy” (austriacka, i nie tylko ona, skrajna prawica lubi się maskować po górnolotnymi hasłami: Honor, Ojczyzna, Bóg, Wolność) wygraliby wybory w 2018 r.

Zresztą już w austriackiej historii politycznej byli na topie, ale się skłócili, rozpadli na frakcje i zeszli ze sceny. Dopiero kryzys ekonomiczny i migracyjny dał im nowy napęd. Jeśli teraz znów się nie pokłócą na tle porażki Hofera, a sprawy europejskie nie zaczną się poprawiać, „dogrywka” może należeć do nich.

W tym kontekście wynik wyborów uważam za remis ze wskazaniem na obóz demokratyczny i proeuropejski. Ale cieszę się i z tego.

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj