Referendum w sprawie Brexitu zaszkodzi wszystkim: całej Europie i samej Wielkiej Brytanii
Kaprysy Brytyjczyków
We wszystkich referendach tylko ułamek europejskiego elektoratu decyduje w sprawach całej Europy. Rządzi mniejszość, rządzą populiści.
Derek Bridges/Flickr CC by 2.0

Referendum w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej miało być festiwalem demokracji, ale jest raczej przejawem politycznego szaleństwa. Brytyjczycy sami o sobie mówią, że są rozsądni i pragmatyczni, tymczasem ruszają w sentymentalną podróż w nieznane. Ponieważ odrzucają racjonalne argumenty, populiści mają używanie i świętują. Perspektywa referendum, którego wynik wydaje się niepewny, zburzyła pewien ład, ale wszyscy ci, którzy zastanawiają się nad ewentualnymi skutkami Brexitu, powinni zdać sobie sprawę, że Europa i Wielka Brytania już poniosły straty.

David Cameron twierdził z początku, że organizuje referendum po to tylko, żeby uspokoić eurosceptyków z jego własnego ugrupowania. Skutki tej decyzji okazały się przewrotne. Torysi są podzieleni bardziej niż kiedykolwiek, Cameron może stracić stanowisko, Wielka Brytania – Szkocję. Istota argumentacji Camerona też okazała się przewrotna. „Tak” w referendum miałoby oznaczać: zostańmy w Unii Europejskiej, w przeciwnym razie nie będziemy liczącą się częścią żadnego integracyjnego projektu, jak UE czy Schengen. Przewrotne są też argumenty Jeremy’ego Corbyna, przywódcy laburzystów: Unia jest zła, ale jeśli zagłosujemy na „nie”, to Michael Gove i Boris Johnson przekształcą Wielką Brytanię w „neoliberalną, fantastyczną wyspę”. Mając w Brytyjczykach takich przyjaciół, Unia ma przed sobą doprawdy świetlane perspektywy.

Nie istnieją żadne dowody, że kompromis wynegocjowany przez Camerona z Unią Europejską zadowala niezdecydowanych wyborców Wielkiej Brytanii. Ale istnieją dowody poświadczające, że wielu europejskich polityków chciałoby pójść śladem Wielkiej Brytanii i negocjować własne warunki pozostania we Wspólnocie. Czy Polacy pracujący w Austrii powinni mieć jakiekolwiek przywileje? Czy Polska powinna się godzić na ingerencję UE w sprawie kryzysu konstytucyjnego? Dlaczego Włochy mają ograniczać wydatki z budżetu tylko dlatego, że żąda tego Bruksela? Wysłuchuję takich pytań podczas otwartych debat we wszystkich miastach, które odwiedziłem w ostatnich miesiącach. Wydaje się, że każdy może teraz wynegocjować, co chce, a Bruksela coraz bardziej przypomina kulawą kaczkę.

Tyrania mniejszości

Od chwili gdy Cameron obiecał Brytyjczykom referendum, także inne kraje zdecydowały się oddać obywatelom głos w sprawach europejskich. Parę miesięcy temu Grecy oceniali umowę zawartą między ich rządem a wierzycielami UE. W kwietniu odbyło się referendum w Holandii dotyczące zasadności ratyfikowania umowy stowarzyszeniowej między UE i Ukrainą. Węgrzy zaś rozstrzygali, czy należy się godzić na obowiązkowe, przyjęte przez UE kwoty przyjmowania imigrantów.

We wszystkich tych referendach tylko ułamek europejskiego elektoratu decyduje w sprawach całej Europy. Innymi słowy – kilka milionów obywateli wskazuje kierunek, którym ma podążać samolot z 500 mln osób na pokładzie. Czy to nie tyrania mniejszości? Wspierałem Greków w ich kłopotach, ale nie sądzę, żeby to do nich należała decyzja, co zrobić z pieniędzmi Niemców, Finów czy Austriaków. Holendrzy wypowiedzieli się w sprawie Ukrainy, ale ich decyzję odczują także Węgrzy i Polacy. I czy powinniśmy powierzać Brytyjczykom przyszłość europejskiego projektu? Niektórzy odpowiedzą, że tak. Kłopot w tym, że obozy osób, które zagłosują na „tak” lub „nie”, są liczebnie zbliżone. O wyniku referendum 23 czerwca mogą zadecydować takie czynniki jak pogoda. A ta w Wielkiej Brytanii bywa, jak wiadomo, kapryśna. „Boże, ocal Europę” – chciałoby się sparafrazować brytyjski hymn.

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj