Litwa rozczarowana Polską. Relacje chłodne jak nigdy do tej pory
Polsko-litewski pat trwa w najlepsze
Litwa liczyła na powrót polityki Lecha Kaczyńskiego. Tymczasem Warszawa ignoruje Wilno i wspiera mającą prokremlowskie ciągoty AWPL. To z kolei utrudnia realizację postulatów polskiej mniejszości na Litwie.

Flavijus/Flickr CC by 2.0

[Artykuł ukazał się w serwisie internetowym Nowa Europa Wschodnia]

„Wygląda na to, że relacje polsko-litewskie są jak nigdy dotąd chłodne. Gdyby trzeba było określić obecne relacje jednym zdaniem, musielibyśmy powiedzieć, że są one mniej więcej takie, jak po ultimatum z 1938 r. Stosunki dyplomatyczne są nawiązane, poczta i inna łączność pomiędzy sąsiednimi państwami działa – i tyle. Prezydenci i premierzy nie spotykają się i nawet nie rozmawiają telefonicznie. Nie ma relacji międzyparlamentarnych, nie utrzymują ich ani partie rządzące ani opozycja. Jedyna różnica w porównaniu z 1938 r. jest taka, że wówczas Wilno należało do Polski, a teraz do Litwy” – stwierdził w komentarzu dla litewskiej telewizji publicznej LRT znany litewski publicysta Rimvydas Valatka.

Ocena stanu stosunków polsko-litewskich po stronie polskiej jest bardzo podobna. „Jeśli chodzi o kraje sąsiednie, Litwa zajmuje w obecnej polityce zagranicznej Polski miejsce dokładnie proporcjonalne do jej wielkości czyli siódme wśród wszystkich siedmiu sąsiadów Polski” – zauważył w Wilnie podczas spotkania z Polskim Klubem Dyskusyjnym znany polski dziennikarz i publicysta Jerzy Haszczyński.

Największym problemem w relacjach polsko-litewskich nadal niewątpliwie pozostaje kwestia praw polskiej mniejszości na Litwie, która notorycznie rzutuje na stosunki polityczne i dyplomatyczne między obydwoma krajami. Poza tym dochodzą różne mniejsze problemy gospodarcze: konflikt kontrolowanego przez Polskę Orlenu Lietuva z litewskimi kolejami państwowymi czy zwlekanie przez Polskę z zaangażowaniem się w budowę Rail Baltica i Via Baltica. Wszystko to powoduje, że polsko-litewski pat trwa dalej, mimo że w Warszawie zmieniła się ekipa rządząca.

Zachowane status quo

Lider polskiej mniejszości na Litwie, Waldemar Tomaszewski, niewątpliwie liczył, że jego koneksje z PiS (od lat zasiada w Parlamencie Europejskim w jednym klubie z europosłami Prawa i Sprawiedliwości, a jego kolegą z ławy poselskiej był do niedawna sam Andrzej Duda) pozwolą mu na ostateczne rozwiązanie sprawy wewnętrznej polskiej opozycji na Wileńszczyźnie. Tak się jednak nie stało. Owszem, Warszawa co prawda – grożąc cofnięciem dofinansowania – uciszyła nieco polskie ośrodki medialne na Litwie, które w ostatnich latach ostro krytykowały prokremlowskie ciągoty Tomaszewskiego i jego otoczenia, ale ich nie zniszczyła. Co więcej – jak się mówi nieoficjalnie – Waldemarowi Tomaszewskiemu w Warszawie jednoznacznie poradzono, żeby ograniczył swoje flirty z Rosjanami. Między innymi podobno właśnie naciski kolegów z PiS doprowadziły do tego, że lider AWPL zrezygnował z ubiegania się w tegorocznych wyborach sejmowych o mandat poselski – może to negatywnie wpłynąć na i tak niezbyt pewny wynik wyborczy AWPL, która poza swoim prezesem nie ma żadnego rozpoznawalnego działacza. Prawdopodobnie naciski te wymusiły również złamanie nieoficjalnej umowy z mniejszym koalicjantem – Sojuszem Rosjan (po rezygnacji Tomaszewskiego z mandatu europarlamentarzysty jego miejsce w Brukseli miała zająć niekryjąca swoich prokremlowskich sympatii liderka Sojuszu Rosjan Irina Rozowa).

Z drugiej jednak strony grupy opozycyjne wobec Tomaszewskiego liczyły, że nowa warszawska ekipa, nie kryjąca swojego krytycznego nastawienia wobec Kremla i marząca o budowie Międzymorza, bardziej zdecydowanie napiętnuje prorosyjską orientację AWPL oraz rozpocznie bardziej intensywny dialog z rządem litewskim. Tak się jednak nie stało. W rzeczywistości Warszawa podtrzymuje jedynie na Wileńszczyźnie panujący od lat status quo – niezależnie od tego, czy w Polsce rządzi SLD, PO czy PiS.

Koniec Międzymorza?

Nie tylko Waldemar Tomaszewski, ale i Litwini wiązali olbrzymie nadzieje z Andrzejem Dudą i rządem Beaty Szydło – oczywiście, z zupełnie innych powodów. W Wilnie panowało powszechne przekonanie, że powrót do władzy Prawa i Sprawiedliwości będzie oznaczał również powrót do tak zwanej polityki jagiellońskiej prezydenta Lecha Kaczyńskiego. O wszystkie problemy w stosunkach polsko-litewskich nad Wilią zwykło się oskarżać bowiem byłego ministra spraw zagranicznych RP Radosława Sikorskiego, który stwierdził, że jego noga nie postanie w Wilnie dopóki, dopóty nie zostaną rozwiązane problemy polskiej mniejszości na Litwie. Litewska elita polityczna odebrała to jako policzek i powrót do retoryki starszego brata. Realizacja polskich postulatów stała się… jeszcze bardziej problematyczna.

Niewątpliwie arogancka postawa Radosława Sikorskiego w niczym Polakom na Litwie nie pomogła, ale jest jednocześnie zrozumiała, gdy weźmie się pod uwagę fakt, że w ciągu dwudziestu pięciu lat od odzyskania niepodległości Litwa nie była w stanie rozwiązać żadnego z postulatów polskiej mniejszości. Bardzo często zarzuca się litewskim władzom, że w ten sposób złamały one postanowienia traktatu polsko-litewskiego z 1994 roku (co nie jest do końca prawdą, gdyż traktat akurat ani kwestii oryginalnej pisowni imion i nazwisk, ani kwestii dwujęzycznych napisów nie reguluje). Nie ulega natomiast wątpliwości, że w czasie gdy Polska wykonała wobec mniejszości narodowych (w tym Litwinów) dużo przychylnych gestów, na Litwie nie zrobiono nic, a niektóre decyzje (na przykład ujednolicenie egzaminów maturalnych z języka litewskiego dla maturzystów ze szkół litewskich i nielitewskich bez okresu przejściowego czy wygaśnięcie Ustawy o mniejszościach) mogą być traktowane wręcz jako uszczuplenie praw polskiej mniejszości. Litewscy politycy wolą tego jednak nie zauważać i tłumaczyć „zimny pokój” między Polska i Litwę tak zwaną politykę piastowską Donalda Tuska.

Na Litwie zwycięstwo Prawa i Sprawiedliwości i Andrzeja Dudy w zeszłorocznych wyborach parlamentarnych i prezydenckich spotkało się z entuzjazmem przede wszystkim z uwagi na głoszoną przez PiS koncepcję Międzymorza. „Nawet litewscy narodowcy, którzy są antypolscy, cieszą się i patrzą z nadzieją na Polskę, bowiem mają nadzieję, że PiS razem z premierem Węgier Viktorem Orbánem zniszczą liberalizm, »pederastię«, brukselską biurokrację i stworzy wymarzona przez nich Europę narodów. Litewscy narodowcy są gotowi dołączyć do tej walki. Pod warunkiem, że Polska zapomni o postulatach mniejszości polskiej na Litwie” – uważa na łamach Eastbook.eu litewski politolog Mariusz Antonowicz. Zresztą o tym, że w imię Międzymorza Warszawa zrezygnuje z zabiegania o rozwiązanie problemów polskiej mniejszości na Litwie, marzą nie tylko litewscy narodowcy. Marzy o tym też cała litewska klasa polityczna, której od lat brakuje odwagi, żeby choć trochę wyjść naprzeciw polskim postulatom.

Tym większe było na Litwie rozczarowanie, gdy już w pierwszych dniach po wygranych wyborach Polska dała wyraźnie do zrozumienia, że sytuacja Polaków na Litwie nadal pozostaje dla Warszawy priorytetem. Już w listopadzie ubiegłego roku Witold Waszczykowski w rozmowie ze swoim litewskim odpowiednikiem, Linasem Linkevičiusem, podkreślił, że Litwa nie ma prawa „używać trudnej sytuacji międzynarodowej, jak i agresji rosyjskiej na Ukrainę jako wymówki do odkładania rozwiązania sprawy nieprzestrzegania praw Polaków na Litwie”. Większość litewskich polityków powoli zaczyna rozumieć, że współpraca z Polską – szczególnie w obliczu zagrożenia ze strony Rosji i możliwości wygrania wyborów prezydenckich w USA przez Donalda Trumpa – jest sprawą fundamentalną dla bezpieczeństwa kraju. Nadal jednak nie są gotowi do żadnych poważniejszych ustępstw w kwestii praw Polaków na Litwie. „Taka bezczynność popycha litewskich Polaków w objęcia nie tylko Waldemara Tomaszewskiego, ale i, jak pokazują najnowsze badania, rosyjskiej propagandy. Ale czy choć jedna uczestnicząca w wyborach partia przynajmniej raz napomknęła, że relacje z Polską są nienormalnie chłodne i trzeba je ocieplić, bo jest to jednym z kluczowych interesów narodowych Litwy? Tylko cisza aż w uszach dzwoni” – zauważa Rimvydas Valatka.

„Jeśli Polska zdecyduje się na poważnie realizować ideę Międzymorza, może być pewna, że Litwa kiedyś dołączy do tego projektu – wskazuje na to dosyć szeroka akceptacja wśród litewskich polityków i analityków idei potencjalnego przywództwa Polski w regionie. Lecz nie nastąpi to w sposób automatyczny” – uważa Mariusz Antonowicz.

W oczekiwaniu na cud

Trzeba jednak uczciwie przyznać, że Polska w żaden sposób w rozwiązaniu tych problemów nie pomaga. Wygląda na to, że w Warszawie podjęto decyzję o niepodejmowaniu w sprawie Wilna żadnych kroków. Nie słychać obecnie na szczęście oświadczeń w stylu Radosława Sikorskiego, które wywoływały w Wilnie paroksyzmy medialnej histerii, ale nie ma też żadnych spotkań na poziomie oficjalnym (pomijając oczywiście niezbędne spotkania robocze na przykład w ramach przygotowań do szczytu NATO w Warszawie). Wbrew nadziejom litewskich polityków Warszawa nie tylko nie odżegnała się od prokremlowskich ciągot Waldemara Tomaszewskiego, ale ze wszech miar go wspiera. Litewski wiceminister spraw zagranicznych Jan Dziedziczak i inni wysoko postawieni politycy PiS przybywają do Wilna na spotkania z działaczami AWPL i Związku Polaków na Litwie bez powiadomienia litewskiego MSZ. Litewski resort spraw zagranicznych oficjalnie na ten temat się nie wypowiada, jednak wiadomo, że traktuje takie niezapowiedziane wizyty jako policzek. Ponadto, biorąc pod uwagę, iż jest to de facto jedyny litewski resort, który od lat stanowczo zabiega o rozwiązanie problemów litewskich Polaków, trudno zrozumieć sens wymierzanych mu przez Warszawę publicznych afrontów.

Obecną politykę Warszawy najtrafniej podsumowała w wywiadzie dla Radia „Znad Wilii” podczas wizyty na Litwie szefowa Polsko-Litewskiej Grupy Parlamentarnej Iwonna Arent: ,,Dzisiaj jest nam trudno utrzymywać przyjacielskie stosunki z Litwinami, kiedy sprawy polskie nie są załatwione. Dogadywanie się z Litwinami nie jest łatwe, ponieważ historycznie wiele nas dzieliło, wiele walk musieliśmy stoczyć o naszą polskość, na co Litwini też się nie godzili.” Jak dotychczas politycy polscy i litewscy historię wskazywali właśnie jako coś, co – poza krótkim okresem międzywojennym – Polaków i Litwinów łączy. Słowa Arent wskazują, że obecna ekipa rządząca w Polsce już tak nie uważa, zaś szansy na poprawę stosunków polsko-litewskich i sytuacji Polaków na Litwie upatruje wyłącznie w zewnętrznych zagrożeniach. „Być może nadejdzie taki geopolityczny moment, że będziemy siebie potrzebować – Litwini nas, my Litwinów i wtedy może uda nam się ocieplić te stosunki. Być może uda się wywalczyć te nasze prawa, do których oni sami się zobowiązali w traktatach” – zauważyła Iwonna Arent.

Strategia ta przypomina trochę strategię AWPL rozwiązania problemów polskiej mniejszości na Litwie. Otóż AWPL deklaruje, że czeka na odpowiedni układ sił politycznych w litewskim parlamencie, w którym właśnie jej głosy będą przysłowiowym języczkiem u wagi – decydującym na przykład o „być albo nie być” rządu. Wówczas miałoby to wymusić na koalicji rządzącej realizację wszystkich polskich postulatów. Problem polega na tym, że – jak wskazują na przykład doświadczenia łotewskie – taka konstelacja polityczna może się nie nadarzyć nigdy, a polsko-rosyjska frakcja (z przyklejoną łatką „agentury Kremla”) będzie popadała w coraz większą polityczną izolację. Więc kto wie, czy od oczekiwania na cudowną konstelację polityczną bądź geopolityczną, nie lepsze jest prowadzenie ciągłego dialogu i poszukiwanie po stronie litewskiej sojuszników i przyjaciół Polski...

*

Aleksander Radczenko jest litewskim dziennikarzem i prawnikiem. Działacz polskiej mniejszości na Litwie, autor bloga Inna Wileńszczyzna jest możliwa, były redaktor naczelny „Gazety Wileńskiej”.

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj