Prezydent Filipin zwyzywał Obamę. Nie jego pierwszego
Prezydent Filipin nazwał prezydenta USA sku... Rodrigo Duterte nie spodobało się, że Barack Obama chciałby w trakcie szczytu państw ASEAN pouczać filipiński rząd, jak ma prowadzić kampanię wymierzoną w handlarzy narkotyków.
Aaron Favila/AP/EAST NEWS

Od początku lipca trwa na Filipinach polowanie na przestępców, mordują funkcjonariusze wymiaru sprawiedliwości i cywilni obywatele. Ofiar są tysiące, Duterte podsyca atmosferę linczu.  

Sformułowania „sku…” Duterte używa tak często, że stało się jego powiedzonkiem, w rodzaju Fredrowskiego „mocium panie” czy Radziwiłłowskiego „panie kochanku”. Duterte jest porywczy, brutalny i nieobliczalny, więc powiedzonko ma odpowiednio dosadne. Per „sku…” mówił m.in. o papieżu Franciszku i lista tak zaszeregowanych jest długa.

Prędzej mówi niż myśli i zawsze poniewczasie przeprasza. Tym razem wyrwało mu się pod adresem przywódcy nie tylko dawnego kolonizatora, ale i najważniejszego sojusznika, potrzebnego w związku ze skomplikowaną sytuacją w regionie, zagrażającą interesom Filipin.

Dotąd nierozsądna paplanina uchodziła mu na sucho, przydawała wręcz popularności wśród filipińskich obywateli. Teraz kłopot, bo Obama odwołał zaplanowane spotkanie z Duterte. Być może „sku…” był tylko wymówką, by jednak nie spotykać się z politykiem tak ostentacyjnie sięgającym po bandyckie metody.

Wygłaszanie niegrzeczności przez polityków służy albo przypodobaniu się zwolennikom, albo ma wyprowadzić drugą stronę z równowagi. Takich przykładów są tysiące, ze Wschodu i Zachodu. „Ma pan charyzmę mokrej ścierki”, mówił w Parlamencie Europejskim przywódca brytyjskich eurosceptyków do byłego premiera Belgii, wtedy kandydującego na stanowisko przewodniczącego rady europejskiej.

Klimatu rozmowy, którą podczas wojny rosyjsko-gruzińskiej przeprowadzili ministrowie spraw zagranicznych Rosji i Wielkiej Brytanii, nie ociepliło „kim ty, kur…, jesteś, żeby mnie pouczać”, zdanie użyte przez Siergieja Ławrowa. Nie ociepliło też stosunków między państwami, gdy cytat wyciekł do prasy.

Boris Johnson, obecny szef brytyjskiego MSZ, przed referendum nad Brexitem nawygadywał sporo głupot. Obamie zarzucił, że nie lubi imperium brytyjskiego, bo jest w połowie Kenijczykiem. Europejskich federalistów porównał do Hitlera, który też próbował zjednoczyć Europę, ale wyszło tragicznie. Hillary Clinton? „Sadystyczna pielęgniarka ze szpitala psychiatrycznego”.

Czy tak wypada? Oczywiście, nie. Ale politycy mogą sobie wygadywać, co chcą i nie muszą oczekiwać poważnych konsekwencji. Raz, że ich koleżanki i koledzy po fachu mają grubą skórę, to profesja, w której aniołowie nie mają czego szukać. Po drugie, i tak będą się spotykać i podawać sobie ręce, bo interesy zazwyczaj idą przed emocjami. Choć bywają momenty, gdy nierozważne grube słowo można przekuć na atut, wskazać, że obraza lidera, to atak na większą grupę – po tym, jak w latach 90. pewien syryjski minister nazwał Jasira Arafata „synem 60 tys. dziwek” na ulice wyszła Strefa Gazy, by poprzeć swojego lidera. Dyplomacja to nie tylko szkoła grzeczności, ale także umiejętność wykorzystywania nadarzających się okazji.

Odwołując spotkanie z Duterte Obama osiągnął więcej niż siląc się na eufemizmy podczas konferencji prasowej. Brak wspólnego zdjęcia przyniósł większy rozgłos niż tysiąc słów, w trudniejszej sytuacji postawił prezydenta Filipin. Skądinąd to przede wszystkim one mają z nim problem, Ameryka za Filipińczyków nie powinna go wychowywać.

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj