Węgierskie referendum nieważne: zbyt niska frekwencja
Buta ukarana
Porażka w węgierskim referendum to dobra wiadomość dla Europy i zła dla naszych narodowców.

Pytanie brzmiało: „Czy chcecie, by UE mogła zarządzić, również bez zgody parlamentu, obowiązkowe osiedlanie na Węgrzech osób innych niż obywatele węgierscy?”. A ponieważ od wielu tygodni Węgry są oblepione ksenofobicznymi plakatami w rodzaju: „Czy wiecie, że to uchodźcy są autorami zamachów w Paryżu?”, wynik był oczywisty: 98 proc. odpowiedziało „nie”. A jednak ze względu na niską frekwencję referendum jest nieważne. I nie jest to przypadek. W krajach autorytarnych, ze sparaliżowaną opozycją i dominującymi rządowymi mediami, frekwencja jest jedną z broni tych, którzy są przeciw, czasami jedyną. A większość Węgrów jednak nie wzięła udziału w szowinistycznej nagonce.

Orbán żadnego referendum nie potrzebował i już zapowiedział, że nawet z nieważnym referendum i tak zmieni konstytucję, by zablokować przyjmowanie uchodźców. Przede wszystkim jednak referendum miało być gestem na zewnątrz. Miało wzmocnić pozycję Orbána wobec Brukseli jako przywódcy unijnej frondy przeciwko „Europie wspólnych wartości”, w imię powrotu do wspólnorynkowej „Europy ojczyzn”.

Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów z POLITYKI oraz wydań specjalnych otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj