Po co rząd PiS wybrał się do Wielkiej Brytanii? Głównie po to, żeby poprawić swój wizerunek
Konsultacje międzyrządowe odbyły się w czasie, gdy na Wyspach narasta dyskusja o ekonomicznych skutkach Brexitu.
Beata Szydło i Theresa May
P.Tracz/Kancelaria Prezesa RM

Beata Szydło i Theresa May

Delegacja polskiego rządu PiS wylądowała w Londynie na rozmowy z postprawdziwymi politykami brytyjskimi. Jeszcze pół roku temu obecna premier May była przeciw Brexitowi, teraz peroruje, że Brexit znaczy Brexit i że nie zamierza dopuścić do głosowania w tej sprawie przez brytyjski parlament.

To polityczne kuriozum, bo na Wyspach suwerenem jest parlament. Ale też znak niepewności co do tego, kto kieruje dziś Królestwem i w jaką stronę go prowadzi. Naturalnie May i polityczni piraci od Brexitu będą się powoływać na wolę ludu, tak jak w Polsce czyni to PiS. To ma być mandat moralny i polityczny obecnego obozu władzy.

Tylko że lud wyborczy niejedno ma imię. Piraci, którzy porwali Wyspy, wygrali zaledwie czterema procentami głosów. 48 proc. było za pozostaniem. Dlatego były premier konserwatysta John Major mówi o tyranii większości. A w Polsce poparcie dla rządu pani Szydło jest jeszcze wysokie, ale poprzednie rządy miały lepsze wyniki po roku działania.

Londyn żyje przede wszystkim Brexitem

W dniu przyjazdu Polaków brytyjska prasa była zajęta innymi sprawami. Wizytę odnotowano z obowiązku kronikarskiego. Tylko w prawicowym „Daily Telegraph” ukazał się akurat podpisany przez polską premier. Ale nawet tam pisano, że jeśli celem wizyty miałaby być jakaś brexitowa misja dobrych usług rządu polskiego adresowana do rządu brytyjskiego, to byłoby to nieporozumienie.

Chodzi o negocjacje między Londynem a Brukselą o warunkach wyjścia UK. To może trwać lata. A warunkiem formalnym jest aktywacja przez rząd pani May artykułu 50. Traktatu Lizbońskiego dotyczącego unijnej procedury wyjścia z UE.

Wydaje się, że rząd PS nie popełnił tego błędu. Linia przyjęta w Brukseli w sprawę negocjacji jest jasna: żadnych rozmów bilateralnych na ten temat Brexitu. Negocjacje prowadzi Unia. Rząd PiS nieraz pokazywał Unii figę, czym punktował w swoim ludowym elektoracie, ale dołował w polityce europejskiej. Tym razem chciał poprawić swój wizerunek. A więc w sprawie negocjacji o warunkach Brexitu rząd warszawski nie powinien się wyrywać przed szereg. Nie ma politycznej gravitas, która by na to pozwalała. Sam na to zapracował, odmawiając Unii solidarności i współpracy, gdy był o to proszony w związku z kryzysem migracyjnym i kryzysem konstytucyjnym wokół TK.
 
Polska premier przyleciała w momencie, gdy na Wyspach narasta dyskusja o ekonomicznych skutkach Brexitu. Jedni ostrzegają przed czarną dziurą w budżecie na sumę 69 mld funtów, inni pocieszają się, że nic się nie dzieje, bo zapowiadana apokalipsa ekonomiczna po Brexicie na razie na Wyspy nie zawitała. O wyliczenia ekonomiczne zawsze można się spierać, ale jaka jest prawda (nie „postprawda”), pokaże nieodległa przyszłość.

Każdy rząd musi być optymistyczny, musi uprawiać propagandę sukcesu. Tylko chodzi o proporcje. Rząd pani May nie uprawia swej propagandy tak ostentacyjnie jak rząd PiS w Warszawie. Brytyjczycy wiedzą, że niezależne media i niezależni eksperci będą weryfikować optymizm rządu. U nas opozycja i eksperci są wykluczani z poważnej debaty ekonomicznej w pisowskich mediach, a nawet w Sejmie.

Ale dobrze, że polski rząd przychodzi po rozum do głowy i zamiast gospodarczych snów o potędze premiera Morawieckiego woli rozmawiać in gremio z Londynem niż z Łukaszenką. Dobrze, że przypomina o pożytkach z Unii i wspólnego rynku w mateczniku kapitalizmu finansowego. Dobrze, że upomina się o prawa Polaków mieszkających i uczciwie pracujących na Wyspach. A teraz poprosimy o konkrety. Bo 150 brytyjskich żołnierzy obiecanych Polsce przez premier May w ramach natowskiej ochrony przed Putinem to na razie fakt medialny.

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj