PO bardziej sprzyja kobietom i osobom LGBT niż PiS? Nie do końca
Julia Pitera, Jarosław Wałęsa i Jan Olbrycht głosowali w Parlamencie Europejskim przeciw rezolucji ws. dyskryminacji.
Klimatu takiej pogardy i agresji wobec kobiet nie czuło się od dawna.
European Parliament/Flickr CC by 2.0

Klimatu takiej pogardy i agresji wobec kobiet nie czuło się od dawna.

Parlament Europejski przyjął rezolucję nawołującą państwa członkowskie do zwiększenia prawnej ochrony przed dyskryminacją kobiet i osób LGBT.

Polska została w niej wymieniona wśród krajów, gdzie brak równouprawnienia jest dużym problemem. Eurodeputowani PiS i PSL – co nikogo nie dziwi – głosowali przeciw (z wyjątkiem Jarosława Kalinowskiego, który się wstrzymał). Za – co również dość oczywiste – byli wybrani z list SLD Lidia Geringer de Oedenberg, Krystyna Łybacka, Adam Gierek, Bogusław Liberadzki i Janusz Zemke.

Natomiast gdy spojrzeć, jak rozłożyły się głosy eurodeputowanych PO, robi się smutno. Julia Pitera, Jarosław Wałęsa i Jan Olbrycht głosowali ręka w rękę z PiS. 13 osób (w tym była pełnomocniczka ds. równego traktowania Agnieszka Kozłowska-Rajewicz czy Róża Thun) wstrzymało się od głosu. Jedna, jedyna za była Danuta Jazłowiecka. Po 8 dniach od głosowania dołączyła do niej Danuta Hübner, zmieniając głos na „tak” i przepraszając za „pomyłkę”.

PO nigdy nie zajęła się związkami partnerskimi

Środowisko LGBT przyjęło ten stan rzeczy ze wzruszeniem ramion. „Stwierdzamy z przykrością: niestety dawno nas Państwo do tego przyzwyczaili” – czytamy na stronie fundacji Miłość nie Wyklucza. I faktycznie: PO kilka razy przed wyborami obiecywała zająć się choćby kwestią związków partnerskich, by po wyborach stwierdzić, że jeszcze na to za wcześnie.

Przez osiem lat rządów tej partii sytuacja osób LGBT nie poprawiła się ani na jotę. Jednak mogło się wydawać, że prawa kobiet leżą Platformie na sercu. Zwłaszcza po tym jak posłanki i posłowie tej partii chętnie, w świetle kamer, dołączali do manifestacji, wieców i czarnych protestów. I zaraz stwierdzenie, że Polska należy do krajów mających duży problem z dyskryminacją, okazuje się nie do przełknięcia?

Agnieszka Kozłowska-Rajewicz, pytana przez „Gazetę Wyborczą” o przyczyny, dla których eurodeputowani PO głosowali w taki sposób, tłumaczyła, że przeciwna rezolucji była Europejska Partia Ludowa, której Platforma jest częścią. EPL sprzeciwia się m.in. obowiązkowi wprowadzenia obligatoryjnego wykrywania nierówności płacowych, prawnokarnym mechanizmom walki z seksizmem i przestępstwami ze względu na orientację seksualną czy uznaniu prawa do aborcji za prawo człowieka.

Wyszło jak zawsze

Uznano, że proponowane rozwiązania naruszałyby zasadę subsydiarności, według której UE powinna wspólnie podejmować tylko te decyzje, których nie da się równie skutecznie podjąć na poziomie poszczególnych krajów. Agnieszka Kozłowska-Rajewicz przekonuje także, że narzucanie odgórnych rozwiązać karmi prawicowych i antyunijnych radykałów.

Po części można te argumenty zrozumieć. Ale nie w przypadku Polski. U nas nie trzeba karmić radykałów. Nakarmili się sami. Klimatu takiej pogardy i agresji wobec kobiet nie czuło się od dawna. Rząd PiS wypowiedział wojnę, w której krok po kroku próbuje odebrać kobietom wywalczone prawa. W tej sytuacji zasłanianie się zasadą subsydiarności może sprawić, że za chwilę obudzimy się w średniowieczu.

Wiadomo, żadna rezolucja pisowskiego betonu nie skruszy, ale poparcie rezolucji przeciw dyskryminacji przez eurodeputowanych PO mogło być gestem symbolicznym. Wyszło jak zwykle. Szkoda.

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj