Jak to się stało, że w Grecji utknęły tysiące syryjskich uchodźców
Jutro jest piękne
Ludziom trzeba pomóc – mówi ateńczyk, który oddał swoje mieszkanie rodzinie Esry i Ahmeda.
Dzieci mieszkające w liceum nr 5.
Ala Qandil

Dzieci mieszkające w liceum nr 5.

Imad
Ala Qandil

Imad

Chaled
Ala Qandil

Chaled

Salah
Ala Qandil

Salah

Hammoude
Ala Qandil

Hammoude

Tego różowego misia Esra chwyciła w ostatniej chwili, gdy w 2011 syryjska armia wyrzucała ich z domu.
Ala Qandil

Tego różowego misia Esra chwyciła w ostatniej chwili, gdy w 2011 syryjska armia wyrzucała ich z domu.

Esra, Ahmed i ich dzieci
Ala Qandil

Esra, Ahmed i ich dzieci

Telefon Esry wibruje. Wiadomość na WhatsAppie od kuzynki. Krewni wypatrzyli Esrę, jej męża Ahmeda i ich dzieci na filmie na YouTube podczas przeprawy przez morze. Otwiera link, widzi siebie i chłopców na łodzi, szklą się jej oczy. – Tak strasznie się wtedy bałam, że przyjdzie mi patrzeć, jak moje dzieci toną. Fale były wysokie, nie dali nam kamizelek ratunkowych. Wsiadaliśmy na ponton po ciemku, chyba z 60 osób. Gdy znalazła nas grecka straż przybrzeżna, zaczynało świtać. Wzięli nas na pokład swojego statku. Kobiety z jednej strony burty, mężczyźni z drugiej. Mężczyzn bili. Mój syn Chaled spytał się wtedy: po co było uciekać z Syrii, skoro wszędzie nas traktują tak samo? Jak ktoś próbował powiedzieć bliskim przez telefon, że zostali uratowani, to strażnicy wyrywali komórki z ręki i wyrzucali do morza. Na tym pontonie myślałam, że umrzemy.

Esry telefon się uchował, ale ostatnio szwankuje; zawiesza się, czasem nie działa mikrofon albo kamera. A to poważny problem. Na ten telefon któregoś dnia zadzwonią greccy urzędnicy, żeby im powiedzieć, czy ich wniosek został pozytywnie rozpatrzony i że powinni zacząć pakować walizki. Ten telefon to też jedna z nielicznych rzeczy, która łączy ją wciąż z Syrią: dzwonią bracia, siostry, rodzice. Telefon i mały różowy pluszak z przycerowanymi nóżkami. Należał najpierw do jej najstarszego syna Chaleda, teraz już 15-latka, potem dostał go Salah (13 lat), potem Hammoude (9), a teraz bawi się nim dwuletni Imad.

Na wyświetlaczu telefonu Esry pojawia się zdjęcie Salaha. O nim rodzice mówią w samych superlatywach. Upewniają się, że Imad, który był niemowlakiem, gdy go ostatni raz widział, wciąż poznaje brata.

Trzeba pomóc

Nieobecność Salaha pochłania dużo uwagi w domu, więcej niż ktokolwiek jest w stanie poświęcić Hammoude. Gdy jego ojciec Ahmed odprowadza syna na zajęcia z arabskiego, chłopiec przedstawia mu koty, które wziął pod swoją opiekę. – To jest Abu Szanab, bo ma takie ładne wąsy – mówi (szanab to po arabsku wąsy). Hammude zna niemal wszystkie koty Eksarchii, dzielnicy Aten, w której mieszka jego rodzina i gdzie mieści się kilka migranckich squatów.

Mieszkańcy Eksarchii zasłynęli z samoorganizacji, silnej sąsiedzkiej wspólnoty, lewicowo-anarchistycznej polityki i niechęci do policji, która do dzielnicy nie wchodzi, a jedynie patroluje jej granice. W ten sposób Eksarchia stała się bezpieczną przestrzenią dla kilku tysięcy uchodźców, migrantów, osób starających się o azyl i osób, których wnioski zostały odrzucone. Tu nikt nie wartościuje przyczyn, dla których ludzie zdecydowali się z narażeniem życia dostać do Europy. Tu dostaną wsparcie.

– Ludziom w potrzebie trzeba pomóc – mówi Castro, tłumacząc, czemu oddał swoje mieszkanie rodzinie Esry i Ahmeda. Castro sam pochodzi z rodziny palestyńskich uchodźców, do Grecji przyjechał z Syrii pod koniec lat 80. Miał studiować sztukę w Atenach, ale po pierwszym roku na uniwersytecie pojechał na Kretę i zaangażował się w organizowanie związków zawodowych oraz walkę o prawa pracownicze migrantów z Europy Wschodniej i Bliskiego Wschodu. Trwał wówczas boom budowlany i pracodawcy nagminnie wyzyskiwali przyjezdnych pracowników.

Lesbos

W 2015 r. na grecką wyspę Lesbos dotarło blisko pół miliona ludzi. Dziś, za sprawą kontrowersyjnej umowy Unii Europejskiej z Turcją, pontony z uchodźcami dopływają do Grecji sporadycznie; według danych UNHCR w tym roku o 94 proc. mniej niż w zeszłym. Turcja, która w ostatnich latach stała się częstym obiektem krytyki organizacji praw człowieka, m.in. w związku z tym, jak traktowani są tam uchodźcy, zobowiązała się wzmóc patrole wzdłuż swojego wybrzeża i przyjmować osoby deportowane z Grecji w zamian za 6 mld euro od UE.

Gdy na Lesbos przybywały tysiące osób dziennie, ci, dla których nie było miejsc w obozach, spali pod gołym niebem, nawet w zimie, w deszczu. W takich okolicznościach, tuż przed podpisaniem porozumienia Unii z Turcją, w marcu 2017 r. na Lesbos dotarli Esra i Ahmed z trójką synów. Kilka miesięcy wcześniej Castro wraz z grupą migrantów otworzył dla przybywających byłą siedzibę związków zawodowych. Ponad 500 z nich wysprzątało zaniedbany budynek, uruchomili wodę i prąd. Podzielili się na grupy robocze – jedni byli odpowiedzialni za utrzymanie porządku, inni za zdobycie jedzenia, jeszcze inni za rozdzielanie pomocy, koców, ubrań. Po 12 dniach zostali eksmitowani przez właścicieli budynku. Ale model się utrzymał: uchodźcy i lokalni aktywiści wspólnie organizowali sobie życie w pustostanach.

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj