Jak to się stało, że w Grecji utknęły tysiące syryjskich uchodźców
Jutro jest piękne
Dzieci mieszkające w liceum nr 5.
Ala Qandil

Dzieci mieszkające w liceum nr 5.

Imad
Ala Qandil

Imad

Chaled
Ala Qandil

Chaled

Salah
Ala Qandil

Salah

Hammoude
Ala Qandil

Hammoude

Tego różowego misia Esra chwyciła w ostatniej chwili, gdy w 2011 syryjska armia wyrzucała ich z domu.
Ala Qandil

Tego różowego misia Esra chwyciła w ostatniej chwili, gdy w 2011 syryjska armia wyrzucała ich z domu.

Esra, Ahmed i ich dzieci
Ala Qandil

Esra, Ahmed i ich dzieci

Opowiada historię swojej rodziny: jej mąż zmarł 10 lat temu. W Syrii straciła dwóch synów, którzy próbowali się schronić w obozie dla uchodźców pod Damaszkiem i tam zginęli. Co jakiś czas łapie się za bok, by pokazać, gdzie kula przeszyła jej syna albo gdzie drugiego trafił odłamek bomby. Po chwili przez jej pogodną twarz przebiega grymas, trzyma się za bok. Nagle oświadcza spokojnie: musimy iść do szpitala. Ma atak bólu wywołany kamicą żółciową.

Evangelismus to jeden z największych greckich szpitali publicznych, mieści się w centrum Aten. Ludzie kręcą się na podjeździe dla karetek, popalają papierosy. W poczekalni tłum. Śmierdzi, bo jest prawie 40 stopni, a klimatyzacja ledwo zipie. Kryzys gospodarczy w Grecji odbił się wyraźnie na służbie zdrowia: w publicznych szpitalach jest za mało lekarzy i pielęgniarek, brakuje podstawowych leków, antybiotyków, sprzętu, nawet jednorazowych rękawiczek nie zawsze starcza. Ich budżet skurczył się o połowę w latach 2009–15. 2,5 mln ludzi w Grecji nie ma ubezpieczenia, ale szpitale publiczne przyjmują praktycznie każdego w nagłych sytuacjach, również uchodźców i migrantów.

Pani Naima coraz silniej ściska się za bok, dokładnie tam, gdzie wcześniej pokazywała, że jej syna przeszył pocisk. Po policzkach ciekną jej łzy. Pomimo bólu jest wyraźnie zaskoczona, tak samo jak towarzyszący jej syn. – Teraz wyraźnie widzę, jak trudna jest sytuacja w Grecji. I tym bardziej doceniam to, że Grecy nas przyjęli. Nawet w Syrii przed wojną szpitale nie były tak przepełnione. Na ostrym dyżurze zawsze przyjmowali ludzi od ręki – mówi.

Wędka

Esra i Ahmed szybko się nauczyli, że z czwórką dzieci nie mogą polegać tylko na tym, co przyniosą organizacje pomocowe. Gdy byli w Libanie, w palestyńskim obozie dla uchodźców, przyjaciel Ahmeda podarował mu wędkę. Ahmed łowił codziennie ryby, Esra je patroszyła i czyściła, a potem piekła na ognisku przed domem i sprzedawała. Udało im się uzbierać na drugą wędkę – dla Esry, która okazała się wytrawną wędkarką. Wędki pojechały z nimi do Turcji, ale gdy rok później na Morzu Śródziemnym z pontonu zabierała ich grecka straż przybrzeżna, stracili część bagaży. Grecy wyrzucali rzeczy za burtę. Została im tylko jedna wędka, która z Lesbos dotarła z nimi autobusem na północ Grecji.

Tam cała rodzina spędziła kilka dni w obozie dla uchodźców Giannitsa, a potem dwa tygodnie w szpitalu, bo Imad był ciężko chory. Lekarze pozwolili im koczować na korytarzu. Gdy okazało się, że dalej się nie przedostaną, bo granice zostały zamknięte, ze szpitala pojechali do Eko, stacji benzynowej 10 km na południe od macedońskiej granicy, gdzie uchodźcy rozbili obóz. Była zima, któregoś dnia Esra się poślizgnęła i złamała rękę w czterech miejscach. Przez kilka miesięcy Ahmed karmił dzieci, gotował obiady, zmieniał pieluchy, sprzątał w ich namiocie, pomagał żonie się umyć. I łowił ryby.

Każdego ranka szedł z wędką nad pobliską rzekę. Upieczone ryby wymieniał na chleb, warzywa, mięso. Wolontariusze z Eko zrobili dla niego napis „rybak” i przytwierdzili do ich namiotu. – To były dobre czasy – mówią Esra i Ahmed i zamyślają się. W Eko nikt nie rządził: uchodźcy i wolontariusze, ze wsparciem Lekarzy bez Granic, sami organizowali swoje życie. Nie mieli wiele w Eko, ale było lepiej niż w obozie zarządzanym przez greckie wojsko.

Aby do miasta

Gdy Ahmed przyprowadza do „piątki” 9-letniego Hammoude na jego codzienne zajęcia z arabskiego, zza stołu wychyla się kudłata głowa Castro. Przysnął na moment, jest zmęczony. Co chwilę ktoś puka i pyta, czy ma chwilę. Przychodzi chłopak, uchodźca z Afganistanu, i mówi, że są z nim dwie rodziny deportowane z Austrii, nie mają gdzie się podziać. Zaczyna się szukanie dla nich noclegu. Adonella, 31-letnia Greczynka, absolwentka prawa, zaczyna nerwowo wydzwaniać do innych squatów. Martwi się, bo myśli, że teraz będzie coraz więcej takich przypadków: ludzi odsyłanych z powrotem do Grecji z zachodniej Europy. – Zainteresowanie sytuacją w Grecji i wsparcie dla takich nieformalnych inicjatyw jak nasza dramatycznie spadło: jest mniej dotacji, mniej wolontariuszy – tłumaczy Greczynka.

Dla Adonelli i Castro coraz liczniejsze squaty w centrum Aten to polityczna deklaracja, że uchodźców nie można skazywać na izolację i bezczynne trwanie w odległych obozach. Ale to też praktyczna odpowiedź na niedostateczne wsparcie rządu i organizacji pomocowych. Bardzo długo nikt się oficjalnie nie zajmował wsparciem dla uchodźców w miastach. Pomoc dostawali tylko ci, którzy zgodzili się zamieszkać w oficjalnych obozach znajdujących się często na odludziu.

– W połowie 2016 r., kiedy zaczynaliśmy naszą misję, uwaga skupiała się na obozach, bo to tam rząd kwaterował uchodźców. Jednak życie w obozie oznacza odseparowanie od reszty społeczeństwa. Ci, którzy już byli w mieście, pozostawali niewidoczni – mówi Aleksandra Godziejewska, szefowa CARE w Atenach, jednej z pierwszych organizacji oferujących pomoc uchodźcom poza oficjalnymi obozami.

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj