Dwugłos USA w sprawie Korei: Trump swoje, jego ludzie swoje
Od tygodni amerykańska dyplomacja działa tak, jakby puszczała mimo uszu deklaracje swojego prezydenta.
Trump radzi, by dać sobie spokój z poszukiwaniem porozumienia z Kim Dzong Unem.
Ministry of Foreign Affairs of the Republic of Poland/Flickr CC by 2.0

Trump radzi, by dać sobie spokój z poszukiwaniem porozumienia z Kim Dzong Unem.

Pisze na Twitterze prezydent USA: „Powiedziałem Reksowi Tillersonowi, naszemu wspaniałemu sekretarzowi stanu, że traci czas, próbując negocjować z Małym Człowiekiem od Rakiet”. Oraz: „Oszczędzaj energię, Rex, zrobimy, co będzie trzeba”.

Dzień wcześniej szef amerykańskiej dyplomacji powiedział, że USA mają otwarty z Koreą Północną kanał komunikacji, w domyśle kryzys wokół północnokoreańskich zbrojeń jądrowych i rakietowych można rozwiązać pokojowo, jakoś się dogadać. Skoro Trump radzi jednak, by dać sobie spokój z poszukiwaniem porozumienia z Kim Dzong Unem, przywódcą Korei Północnej, to co? Furia i ogień, które Trump też zapowiadał?

Tillerson kontra Trump

Szefom rządów przewidywalnych państw demokratycznych rzadko się zdarza, że publicznie twierdzą coś zupełnie innego niż ich ministrowie. Przynajmniej jest oczekiwaniem obywateli, by do podobnych niepotrzebnych dwugłosów dochodziło jak najrzadziej. Przynajmniej w sytuacji, gdy stawką jest wybuch konfliktu zbrojnego, w którym może być użyta broń jądrowa.

Tymczasem powtarzalnym motywem prezydentury Trumpa jest właśnie taki dwugłos. Od tygodni amerykańska dyplomacja działa tak, jakby puszczała mimo uszu deklaracje swojego prezydenta. Tillerson wyspecjalizował się wręcz w dopowiadaniu i objaśnianiu, co Trump właściwie miał na myśli i jakie cele chce osiągnąć. Sekretarz stanu zachowuje przy tym klarowną strategię i w co bardziej dziwacznych wypowiedziach Trumpa radzi widzieć np. przekaz adresowany wprost do Kim Dzong Una, wyrażony w języku i stylu, który Kim powinien świetnie rozumieć.

Także teraz urzędnicy departamentu stanu zaprzeczają, by amerykańska dyplomacja wysyłała sprzeczne sygnały. Dopowiadają, że chodzi o to, że kanały do kontaktu z Kimem (np. w ONZ) są na razie otwarte, ale nie będą dostępne w nieskończoność. Trudno się połapać i ambaras w tym, że nie wiadomo przede wszystkim, co brać za oficjalne stanowisko USA. W delikatnym momencie to pytanie kluczowe, zwłaszcza dla azjatyckich sojuszników Ameryki, Korei Południowej i Japonii, których mieszkańcy na własnej skórze odczują, jeśli sprawy potoczą się w złym kierunku.

A może wysyłanie sprzecznych sygnałów to tylko zagrywki negocjacyjne? Zmyłki, mające wytrącać Kima ze strefy komfortu, zabawa w złego i dobrego policjanta? Zresztą eksperci znający kryzys od podszewki i zaangażowani dyplomaci – nie tylko z Ameryki, ale także z Chin, Japonii, Korei Południowej, Rosji itd. – często obstawiają, że jeśli tylko nie dojdzie do wojny, to USA będą się musiały z Kimem ułożyć. Negocjacji z Koreą Północną Trump też nie wyklucza, więc proszę się nie zdziwić, gdy ćwierknie na Twitterze, że zawsze był ich gorących zwolennikiem.

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj