Wielki tydzień
Śmierć i pogrzeb Jana Pawła II, wydarzenie przecież spodziewane, przerosło wszelkie wyobrażenia. Mało kto mógł przypuszczać, że świat ruszy na rzymską pielgrzymkę. My, Polacy, wiedzieliśmy wcześniej, że mamy wielkiego rodaka. Czy przypuszczaliśmy, że aż tak wielkiego?

W historii zdarzały się powszechne pielgrzymki i zjazdy wszystkich możnych tego świata, bywały i tłumne, podniosłe pogrzeby. Trudno jednak o precedens, by towarzyszenie w agonii i śmierci, a potem tygodniowe czuwanie przy trumnie stało się sprawą milionów ludzi. By aż tylu poczuwało się do hołdu, niezależnie od wyznawanej wiary, wieku, narodowej i społecznej przynależności. Zjazd rzymski to z pewnością wydarzenie historyczne.

Jak cały pontyfikat Jana Pawła II, tak i odejście Papieża przełamało zwyczaje panujące od wieków w Watykanie. Po raz pierwszy w historii telewizje świata transmitowały przeniesienie zwłok Papieża do Sali Klementyńskiej Pałacu Apostolskiego. Ciało Jana Pawła II, ubrane w szaty pontyfikalne, wystawiono na katafalku w miejscu, gdzie w czasie audiencji zawsze stał Jego fotel. Był to obraz wstrząsający, ale jednocześnie podniosły i intymny. Tak przez wieki zwykło się żegnać najbliższych: patrząc po raz ostatni w ich twarz.

Świat uczy się mówić

Papież zmarł w wigilię Święta Miłosierdzia Bożego, które sam – nie bez oporu rzymskiej kurii – ustanowił.

Jeszcze dwa tygodnie wcześniej, w poprzedzającą Wielkanoc Wielką Sobotę, tak trudno było przewidzieć, że następna sobota odejścia Papieża też będzie wielka. I że nastąpi po niej tydzień niezwykły. Bo aż trudno oprzeć się wrażeniu, że każdy z siedmiu dni miał swoje osobne, specjalne znaczenie.

Nie ma przesady w twierdzeniu, że kiedy Papież stracił głos, świat zaniemówił. A potem w noc i dzień wpatrywał się w rozświetlone okna papieskiego apartamentu, ucząc się mówić na nowo. Najczęściej wypowiadanym słowem była nadzieja, choć nikt jeszcze nie miał śmiałości dopowiedzieć, że to nadzieja raczej na koniec trudów odchodzenia niż oczekiwanie, że choroba ustąpi. Ostatnie dni życia Jana Pawła II zeszły ludziom na poszukiwaniu odpowiednich słów i gestów. Potem miało się okazać, że wszyscy je znaleźli. I wierni, i niewierzący. I politycy, i dziennikarze.

To było bardzo trudne, bo jeden z największych mówców w historii milcząc, przekazywał swój testament. Nie chodzi tu o ten skromny dokument spisany na papierze, ale o ostatnie przesłania do współczesnych. Kilka dni milczenia przed śmiercią miało wymowę bardzo doniosłej homilii.

Ostatnie przesłanie

To była ciężka śmierć, taka, jakiej ludzie boją się chyba najbardziej. Cierpienie, gorączka, ból. I milczenie. Sponiewierane ciało, udręczony umysł. Wydawać by się mogło, że w takiej sytuacji nikt już człowiekowi nie jest potrzebny.

Uwierzyliśmy w ten stereotyp. Zostawiamy chorych w spokoju, pozornie szanujemy ich prywatność. Ale tak naprawdę uciekamy od nich, bo nie wiemy, co powiedzieć lub jak pomilczeć. O sobie też myślimy – umrę dojrzale, niekrępująco.

Bo śmierć – najoczywistszy epizod życia – nas krępuje. Współczesna cywilizacja wypchnęła umierających pod szpitalne jarzeniówki, oddała ich lekarzom i zwolniła żywych z obowiązku pożegnania. Prawdziwego pożegnania.

Coś w ciągu wielkiego tygodnia w tej sprawie się stało, coś bardzo istotnego dla naszej cywilizacji. Świat towarzyszył agonii starego, mądrego przyjaciela. Nawet ci, którzy z początku czuli zażenowanie, że oto odbywa się „umieranie na żywo”, potem przyznawali, że misterium, transmitowane przez wszystkie media, to była ostatnia wielka misja Papieża. Że pielgrzymując pokazywał nie raz, jak bardzo blisko można stanąć obok umierającego człowieka, ale teraz pokazał to najdobitniej. I jak właściwie wszystko jest wtedy na miejscu. Łzy i śpiew, i oklaski, i uśmiech nawet.

Gdy bowiem człowiek cierpi na śmiertelną chorobę, to niczego mu bardziej nie potrzeba niż towarzystwa bliskich, i nigdy to towarzystwo nie jest mu potrzebne aż tak bardzo, jak właśnie wtedy. Szuka bliskich. Szczęśliwy, gdy przychodzą.

Młodzież potrzebuje ojcostwa

„Szukałem was, a wy przyszliście do mnie” – odczytano z ust umierającego Papieża i zinterpretowano, że to na pewno posłanie do młodzieży.

Najpierw można było przypuszczać, że tłumy młodzieży towarzyszącej tej śmierci to tylko zbieg okoliczności. Wiadomość przyszła w sobotni wieczór, kiedy młodzież naturalnym obyczajem przebywa gdzieś w mieście, więc nic dziwnego, że z soboty na niedzielę w całej Polsce w kościołach i przed papieskimi pomnikami gromadziła się głównie młodzież. Ale nie, przychodzi niedziela, poniedziałek, wtorek – i to nie ustaje. Wszędzie są młodzi, skrzykują się przez Internet i komórki, ubierają na czarno do szkół, na biało – na wieczorne przemarsze ulicami miast, układają znak krzyża z rozświetlonych okien w akademikach. Nie tylko zresztą Polacy, z Rzymu też donoszą, że tam gromadzi się młodzież, że śpiewa, gra na gitarach albo pisze listy do Papieża i rozwiesza je na drzewach. Jest obecna tłumnie, ekscentrycznie, po swojemu.

Papież obdarzał młodych, a już szczególnie dzieci, wyjątkową serdecznością, zaś Kościół ostatnich lat przykładał wiele wysiłku do katechizacji. To jednak za mało, by odpowiedzieć na pytanie: skąd w młodzieży tak powszechna serdeczność wobec Papieża. Tym bardziej że Kościół Jana Pawła II stawiał jej warunki trudne, idące na przekór dzisiejszym czasom, zwłaszcza jeśli chodzi o surowe normy obyczajowe. Wydawać by się mogło, że Jan Paweł II to, owszem, bohater, ale średniego pokolenia, tego z epoki Solidarności, ale przecież nie hiphopowców.

A jednak widać, że tak się rzeczy na świecie poskładały, że w 85-letnim przywódcy religijnym współczesne nastolatki masowo odnajdowały oparcie. Może dlatego, że uosabiał to, czego im we współczesnym świecie najbardziej brakuje: konsekwencję, siłę woli, wierność zasadom, poczucie sensu życia. Najkrócej mówiąc, ojcostwo.


Pokłon królów

W dniach żałoby narodowej zobaczyliśmy inną Polskę i innych Polaków. Polskę skupioną, zasmuconą, jak często mówiono – osieroconą. Ale jednocześnie piękniejszą niż na co dzień. Ucichły swary polityków, w mediach pokazują się inne twarze, słychać ładniejszy język polski. Jakby całe agresywne chamstwo, które tak dokuczyło nam w ostatnich miesiącach, zostało cudownie wyplenione.

Premier Polski, ogłaszając żałobę narodową, powiedział, by każdy sam ją aranżował, według własnych emocji i inwencji. Odnaleźliśmy się w tej żałobie. I do twarzy Polakom z tą żałobą. Jak będziemy wyglądać, kiedy się skończy? Obawa, że politycy tę śmierć zechcą wykorzystać do swoich celów, narasta.

Dotyczy ona nie tylko polskich polityków. W pogrzebie wzięło udział około stu głów państw i rządów. Dla wielu polityków to zaszczytny obowiązek pożegnania Autorytetu, który wyrósł wysoko ponad swoje czasy, dla innych – raczej protokolarna powinność. Czy chociaż niektórym towarzyszyły w tej podróży wyrzuty sumienia? Politycy, słuchając innych polityków czy w ogóle postaci, z których głosem trzeba się liczyć, nader często słyszą tylko to, co chcą usłyszeć, traktują te wypowiedzi doraźnie, instrumentalnie. Biorą jedynie to, co pasuje do doktryny, odpowiada bieżącym interesom. Tymczasem Papież (prawie) wszędzie chętnie przyjmowany, nawet na Kubie, bywał bardzo trudnym partnerem. Głosił prawdy twarde, które mogły być niewygodne i dla władców opresyjnych reżimów, i dla przywódców demokracji: o prawach człowieka, potrzebie pokoju, sprawiedliwości, o szacunku, opiece i prawie do życia, do pracy, do dzieciństwa.

Trudno niestety przypuszczać, by pożegnanie i hołd ze strony wielkich tego świata były jednocześnie ich przyjściem do Canossy. Ale może chociaż zadadzą sobie pytanie: dlaczego ten człowiek był tak ważny dla milionów ich wyborców?

Pielgrzymka narodów

A był na pewno. Im bliżej pogrzebu, tym bardziej oczywiste się stawało, że wręcz tylko ułamek spośród pielgrzymów, którzy zdecydowali się na wędrówkę do Rzymu, zdoła wziąć bezpośredni udział w ceremonii, śledzić ją na własne oczy. Od czwartkowego wieczoru zamknęła się też szansa na ujrzenie papieskich zwłok. A jednak wbrew wszelkim racjonalnym przestrogom – że tłok, że nie będzie gdzie głowy przyłożyć, że wszystko trzeba będzie oglądać na telebimie w bocznej uliczce – fala żałobników do ostatniej chwili wzbierała.

Bo też potrzeba i sens pielgrzymowania nie poddają się racjonalnym kategoriom. Pielgrzymka jest ofiarą. Ta akurat – wyjątkową, w intencji Papieża, dla którego pielgrzymowanie było esencją pontyfikatu. Jan Paweł II przywrócił katolicyzmowi tę tradycję. W Polsce była ona zawsze silna, tym bardziej że sanktuaria pełniły rolę kaplic polskości. Świat jednak, jak się wydaje, za czasów polskiego Papieża odkrył na nowo mistykę docierania do miejsc świętych w znoju, skupieniu i z modlitwą.

Papież do tej pory wychodził pątnikom naprzeciw. Trudy, które znosił, zwłaszcza pod koniec życia, gotowość do bycia wszędzie na Ziemi, z każdym potrzebującym, gotowość podania ręki trędowatemu, skazanemu, zapomnianemu – wymagały wdzięczności i odpłaty. Więc ją otrzymał. Zabrał na ostatnią swą pielgrzymkę miliony.

Dług mediów

Kilka milionów ludzi odbyło ją bezpośrednio, kilkadziesiąt razy więcej, mówi się, że ponad miliard – za pośrednictwem mediów. Te najbogatsze już od wielu miesięcy rezerwowały balkony wokół Watykanu, z dobrym widokiem na plac św. Piotra, przygotowane na relacjonowanie spodziewanych wydarzeń. I wydawać się mogło, że będzie to kolejny bezpardonowy wyścig dziennikarzy: kto pierwszy, kto pokaże więcej, wdzierając się w intymność tajemnicy umierania.

Tymczasem byliśmy świadkami sytuacji bezprzykładnej: dziennikarskiego czuwania, towarzyszenia, świadkowania historii, która rozgrywa się za rozświetlonymi oknami papieskich pokoi, a równolegle na ulicach Rzymu, Warszawy, Krakowa, Wadowic. W Polsce – kiedy porzucono regularny program, reklamy i jazgotliwą muzykę – nagle się okazało, że to właściwie żywa transmisja bez końca, która z czuwania zamieniła się w długą publiczną rozmowę Polaków z Polakami. Może najważniejszą, jaką przyszło nam prowadzić od lat, choć miejscami egzaltowaną. Można się przy okazji fascynować nowymi możliwościami technicznymi. Wspaniałe środki łączności pozwoliły nam być niemal w tym samym czasie w wielu miejscach i właściwie przez cały tydzień nie opuszczać placu św. Piotra. Paski u dołu telewizorów informowały na bieżąco o stanie spraw. Ale dużo ważniejsze wydaje się odkrycie nowej roli mediów w międzyludzkiej komunikacji. Wcześniej stały się częścią wielkiej światowej pielgrzymki Jana Pawła II, towarzysząc wiernie, przekazując obraz i przesłanie. Teraz potrafiły spłacić Mu swój dług.

Msza za świat

Wszystko zresztą mediom w tych dniach sprzyjało. Tysiące zdarzeń dało się tak zapisać i utrwalić, że mają one moc najwybitniejszych obrazów malarskich. Choćby ten, już naprawdę jeden z ostatnich: prosta trumna z cyprysowego drewna na środku placu św. Piotra. Samotna, choć przecież w uroczystości biorą udział miliony. I niewielka, choć spoczywa w niej największy ze współczesnych. Może to właśnie ten obraz z tysięcy, jakie zostały utrwalone w ciągu ostatnich dni, zapisze się najtrwalej w ludzkiej pamięci?

Rzym żegnał Jana Pawła II podniośle. Ale nie było to jedyne miejsce, w którym odbywał się pogrzeb. Uroczystość rozprzestrzeniła się na świątynie i place wielu krajów, a Polskę to już na pewno objęła całą. Wyciszoną w piątkowe przedpołudnie jak nigdy, skupioną w kościołach i na błoniach, przed ulicznymi telebimami i domowymi telewizorami. Tego ranka mogło się wydawać, że globalna wioska – świat – uczestniczy w globalnej mszy.

Na samym początku rzymskiej ceremonii porywisty wiatr zaczął odwracać karty przygotowanej do liturgii Księgi. Papież pewnie powiedziałby z uśmiechem, że to Duch Święty. Sugestywność obrazów z całego wielkiego tygodnia jest niezwykła. Może o to właśnie chodziło? Żebyśmy zapamiętali, że działa się historia.

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj