Religia i polityka w USA
Jak głosowałby Bóg
Gdyby w czasie kampanii wyborczej w Polsce zapytać, na którą z partii głosowałby Pan Bóg, uznano by to za niestosowne. Ale w Ameryce wielu głęboko religijnych polityków i wyborców boryka się z takim problemem.
W Ameryce pytanie o religię jest stosowne
a4gpa/Flickr CC by SA

W Ameryce pytanie o religię jest stosowne

Prezydent Bush przypomniał niedawno rozmowę, jaka 143 lata temu odbyła się w Białym Domu. Gdy na polach wojny secesyjnej trwały coraz bardziej krwawe bitwy, pewien duchowny pocieszał Abrahama Lincolna mówiąc: „Nie mam wątpliwości, że Bóg jest po pana stronie w tej wojnie, panie prezydencie”. „To raczej ja mam nadzieję, że jestem po tej samej stronie, co Bóg, bo on jest zawsze po właściwej” – odpowiedział Lincoln.

Wiele musiało się wydarzyć, by George Bush zaczął myśleć o tej rozmowie. Chwile zwątpienia zdarzały się Lincolnowi, ale nie Bushowi. W 1999 r., na rok przed zwycięskimi wyborami, zwierzył się swym zwolennikom: „To Bóg chce, bym został prezydentem, czuję to”. Jednak po sześciu latach jego prezydentury, trzech latach wojny w Iraku i klęsce republikanów w wyborach – nic nie jest już takie oczywiste. Od czasów Lincolna tak kompletna zmiana układu sił w amerykańskim Kongresie zdarza się zaledwie szósty raz. I co niezwykłe – po dwóch latach od pełnego sukcesu w poprzednich wyborach. Tamten sukces Bush i republikanie zawdzięczali najbardziej religijnym Amerykanom, religijna prawica była do niedawna fundamentem partii.

Prezydenckie kazanie

George Bush zawsze miał jedną odpowiedź na pytanie, co przesądziło o tym, że chciał zostać prezydentem. Chodzi o kazanie wielebnego Marka Craiga – usłyszał wtedy historię o Mojżeszu, który wahał się, czy podoła zadaniu, jakie postawił przed nim Bóg. Zrozumiał, że Bóg wzywa także jego. Tak jak Mojżesz dla narodu wybranego, tak on musi stać się przywódcą dla Amerykanów. Europejczycy potraktują to jako przenośnię, ale miliony głęboko wierzących Amerykanów, wielu republikańskich kongresmanów, a przede wszystkim sam prezydent, rozumieli to zupełnie dosłownie. Kiedy już w czasie kampanii wyborczej zapytano go, jaki jest jego ulubiony filozof, odpowiedział bez wahania: Jezus.

Otwartość Busha w mówieniu o religii nie jest w amerykańskiej polityce czymś nowym. Gdy Ronald Reagan zabiegał o poparcie głęboko religijnych republikanów z południa, jeden z pastorów zapytał: „Czy masz wrażenie, że Jezus jest obecny w twoim codziennym życiu?”. Reagan odpowiedział: „Mój ojciec był alkoholikiem, wychowała mnie matka i nikt nie miał na mnie większego wpływu niż ona, a jednak niczyjej obecności nie czuję w moim życiu tak mocno jak Jezusa”.

Początek przebudzenia politycznego najbardziej religijnych wyborców to czasy prezydentury Jimmy’ego Cartera. A zaczęło się od kwestii aborcji. W 1976 r. stała się kluczowym tematem kampanii. Trzy lata wcześniej, w jednym z najsłynniejszych procesów w historii amerykańskiego sądownictwa, Sąd Najwyższy USA uznał aborcję za legalną; dla milionów głęboko wierzących Amerykanów zalegalizował w ten sposób morderstwo. Do tej pory wielu z nich do wyborów zazwyczaj w ogóle nie szło, ale tym razem nabrali przekonania, że nie mogą już stać z boku. Zaczęli też podawać w wątpliwość rozdział państwa od Kościołów. Chcieli, by wprowadzić do szkół obowiązek porannej modlitwy, a za to wyprowadzić z nich edukację seksualną, która powinna pozostać tylko w gestii rodziców.

W czasie kampanii wyborczej Carter powtarzał, że jego życie nie było pełne, dopóki nie poczuł w nim „obecności Chrystusa i Ducha Świętego”. Zapewniał, że modli się nie raz, ale wiele razy w ciągu dnia. Mimo że był demokratą, religijnej prawicy wydawał się o wiele lepszym kandydatem niż republikanin Gerald Ford. Jednak jego prezydentura rozczarowała tych, którzy uwierzyli w niego w 1976 r. Jerry Falwell, lider ruchu Moralna Większość, zdobył miliony dolarów na kampanię, w której przekonywał przed kolejnymi wyborami, że „Carter nie jest chrześcijaninem, w Białym Domu urzędują homoseksualiści i pełno tam świństwa”. Pewnego dnia Rosalynn Carter wróciła zapłakana z nabożeństwa, bo inne panie niemal zwymyślały ją, zarzucając, że jej mąż nie jest chrześcijaninem.

Działania Falwella przyniosły efekty. W Waszyngtonie zaczęła działać grupa lobbystów Głos Chrześcijan, która wystawiała politykom cenzurki na podstawie ich stosunku do takich spraw jak właśnie aborcja. Konserwatywne Południe, które w 1976 r. poparło Cartera, teraz zaufało Reaganowi. Jerry Falwell, po wygranych przez Reagana wyborach, ogłosił się Kingmakerem, twórcą królów, i przekonywał, że to on i 400 tys. członków Moralnej Większości przesądziło o wyborze nowego prezydenta.

Dokładnie 20 lat później, w 2000 r., poparcie trzech telekaznodziei: Jamesa Robisona, Jamesa Dobsona i Pata Robertsona, okazało się bezcenne dla Busha juniora. Na spotkania z Robertsonem w ciągu ostatnich lat przyszło w sumie ponad 20 mln osób, w telewizji widziało go kilkakrotnie więcej. Program radiowy Dobsona ma miliony słuchaczy. Robertson już na początku lat 60. założył Chrześcijańską Sieć Nadawców. Jego program nadawany jest w kilkudziesięciu krajach w 70 językach! I można w nim usłyszeć, że np. zamach na prezydenta Wenezueli Hugo Chaveza nie byłby złym pomysłem, a wylew krwi do mózgu Ariela Sharona był karą Bożą za oddanie Strefy Gazy Palestyńczykom.

W czasie kampanii wyborczej George Bush wygłosił przemówienie na Chrześcijańskim Uniwersytecie Boba Jonesa. Uczelni, która zabrania zawierania związków studentom różnych ras. Nawet republikanin John McCain potępił Busha za pojawienie się wśród ludzi oskarżanych powszechnie o rasizm. Przywódców religijnej prawicy nazwał też siłami zła i agentami nietolerancji. I te słowa sprzed 6 lat są mu dobrze pamiętane i zapewne nie ułatwią zdobycia sympatii wśród konserwatywnych wyborców, gdyby McCain chciał walczyć za dwa lata o Biały Dom.

Jednak nie tylko Bush w 2000 r. walczył o głosy południowych konserwatystów. Z pełnym poświęceniem robił to też Al Gore. Obaj kandydaci o przywiązaniu do religii i potrzebie obecności głębokiej wiary w życiu politycznym kraju mówili tak dużo, że jeden z kandydatów zauważył, że „po tych wyborach Pan Bóg spokojnie może pójść na emeryturę, bo następny prezydent go doskonale wyręczy”. Pierwszego dnia urzędowania w Białym Domu George Bush ogłosił następną niedzielę Narodowym Dniem Modlitwy i cofnął wszelkie dotacje dla zagranicznych organizacji pozarządowych, które popierają prawo do aborcji.

Gdy na pokładzie lotniskowca USS „Abraham Lincoln” prezydent przemawiał do żołnierzy, cytował im proroka Izajasza, sugerując, że biorąc udział w wojnie w Iraku wypełniają Bożą misję. Bush nie jest, oczywiście, pierwszym politykiem, który tak często cytuje Pismo Święte. Jeszcze częściej robił to człowiek uważany w XX w. za najbardziej nieobyczajnego przywódcę USA – John F. Kennedy. Jednak obecny prezydent poszedł dalej niż jego poprzednicy. Od początku przekonywał, że człowiek naprawdę głęboko wierzący nie może zostawić swej wiary na progu Białego Domu.

Modlić się czy myśleć?

Pierwsze co usłyszał od swego szefa w Białym Domu autor prezydenckich przemówień David Frum, to była wymówka: brakowało nam cię wczoraj na spotkaniu biblijnym. George Bush senior chwalił się przyjaciołom, że jego syn nie raz, ale dwa razy przeczytał dokładnie całą Biblię. Pracownikom Białego Domu zdarzało się wejść do Gabinetu Owalnego i zastać prezydenta leżącego krzyżem, z twarzą do ziemi, pogrążonego w modlitwie. Wiele razy powtarzał, że gdy ma podjąć jakąś ważną decyzję, ufa swoim instynktom, a potem modli się, by decyzja okazała się słuszna. Demokraci ironizowali, że lepiej byłoby, gdyby dłużej pomyślał.

Co niedziela prezydent odbywa długą telefoniczną rozmowę z liderami najbardziej wpływowych wspólnot ewangelikalnych (radykalnych chrześcijan o nastawieniu misjonarskim), pytając, co może zrobić dla nich i co powinien zrobić dla kraju. Żeby dobrze zrozumieć różnicę między nim a jego poprzednikami, wystarczy przypomnieć, co powiedział niegdyś jego ojciec. Zapytany, o czym myślał, gdy w czasie II wojny światowej, po zestrzeleniu jego samolotu, przez kilka godzin pływał w Morzu Japońskim czekając na ratunek, odpowiedział: „O matce, ojcu, ojczyźnie i rozdziale państwa od Kościołów”.

Zażarte dyskusje w czasie ostatnich wyborów wzbudziło weto Busha blokujące ustawę, która zezwalała na finansowanie z funduszy federalnych badań nad komórkami macierzystymi. Badania mogłyby pomóc w leczeniu takich chorób jak cukrzyca, stwardnienie rozsiane czy choroba Parkinsona. Jednak przy pobieraniu komórek macierzystych niszczony był ludzki zarodek i stąd protestują przeciwko tym badaniom wspólnoty katolickie i protestanckie. Bush zawetował tę ustawę nie tylko pod ich naciskiem. Nie ma powodu wątpić, że zrobił tak też w zgodzie z własnymi przekonaniami. Rzecz w tym, że George Bush posłużył się w tej sprawie wetem po raz pierwszy, odkąd w ogóle wprowadził się do Białego Domu. Wiara była ważniejsza od oceny badań naukowych.

Jednak nawet krytycy Busha muszą przyznać, że zrobił naprawdę dużo, by po 11 września wojna z terroryzmem nie stała się wojną religijną ze wszystkimi muzułmanami. Od początku podkreślał, że islam jest religią pokoju i tylko ci, którzy go źle pojmują, gotowi są zabijać niewinnych ludzi tak, jak stało się to w World Trade Center. Nie ułatwiali mu jednak zadania ci, którym tak dużo zawdzięczał. Jerry Falwell stwierdził w wywiadzie dla CBS, że „Mahomet był terrorystą”. Pat Robertson powiedział publicznie, że „to, co Adolf Hitler chciał zrobić z Żydami, było bardzo złe, ale to, co chcą zrobić z nimi muzułmanie, jest jeszcze gorsze”. Wielu komentatorów bliskich religijnej prawicy miało za złe Bushowi słowa, które wypowiedział już 6 dni po zamachach, że „Islam to pokój”. Jeden z nich był tym tak oburzony, że oznajmił wówczas: „Przetrwaliśmy 11 września, ale nie wiem, czy przetrwamy 17 września”.

Rozczarowanie prezydentem jest wśród głęboko wierzących obywateli USA jednak dużo poważniejsze. Republikanie mają pełną świadomość, że jak na ludzi, którzy rozpoczęli moralną rewolucję, postępowali dość niefrasobliwie. Popełnili wszystkie możliwe błędy, o jakie oskarżali Partię Demokratyczną.

Odejście w niesławie

Newt Gingrich, nazywany Mojżeszem republikańskiej rewolucji, był niebywale przekonujący, gdy mówił o konieczności powrotu do wartości ważnych dla każdej amerykańskiej rodziny. Okazało się jednak, że zapragnął związać się z młodą stażystką z Kongresu. W tym celu poprosił żonę o rozwód, gdy ta leżała w szpitalu po operacji nowotworu. Trent Lott, lider republikanów w Senacie, musiał ustąpić, gdy okazało się, że bliskie mu są rasistowskie hasła sprzed pół wieku. Tom Delay, przywódca republikanów w Izbie Reprezentantów, nazywany Młotem z racji swej skuteczności w wymuszaniu partyjnej dyscypliny przy ważnych głosowaniach, ustąpił, bo oskarżano go o nadużycia finansowe. Mark Foley odszedł z Kongresu w niesławie; wysyłał nieprzyzwoite e-maile do nieletnich stażystów. Wkrótce przyznał się, że jest homoseksualistą. Co gorsza, okazało się, że o jego żenującej korespondencji liderzy republikanów wiedzieli od dawna, ale nic nie zrobili, bo Foley był wyjątkowo skuteczny w zbieraniu funduszy na kampanię wyborczą.

Partia, obawiając się, że jej twardy elektorat może nie chcieć tym razem pójść głosować, doprowadziła do tego, że w wielu stanach wybory do Kongresu połączono z referendum w sprawie zakazu małżeństw homoseksualnych i badań nad komórkami macierzystymi. Ku wielkiemu zaskoczeniu, na przykład w Arizonie, wyborcy odrzucili projekt ustawy zakazującej zawierania małżeństw przez osoby tej samej płci. Po przeprowadzeniu badań okazało się, że 43 proc. chrześcijan ewangelikalnych jest za wprowadzeniem takiego zakazu, ale aż 40 proc. jest temu przeciwnych. Jak na osoby głęboko wierzące, odsetek zaskakująco wysoki.

Sprawa jest jednak bardziej skomplikowana. Prawie 30 proc. Amerykanów deklaruje, że religia odgrywa już zbyt dużą rolę w życiu politycznym, ale 37 proc. jest zdania, że ta rola wciąż jest za mała. David Kuo przez ponad dwa lata pracował w Białym Domu w biurze ds. inicjatyw społecznych wynikających z wiary religijnej (White House Office of Faith-Based Initiatives). Odszedł jednak rozczarowany, bo – jak teraz przypomina – „gdy Biały Dom mówi o wierze, to bardziej zależy mu na autoreklamie niż na rzeczywistym działaniu”.

Chrześcijanie ewangelikalni zadają sobie pytanie, o co właściwie powinni walczyć w świecie polityki. „Wiemy, że jesteśmy przeciwko aborcji i małżeństwom homoseksualnym, ale co popieramy?”. Szokiem był też dla nich wynik niedawno przeprowadzonych badań na temat wiedzy Amerykanów o podstawowych prawdach wiary. Okazało się, że zaledwie połowa z nich jest w stanie wymienić choć jednego z autorów Ewangelii. Jeszcze mniej zna więcej niż cztery z dziesięciu przykazań. 12 proc. wierzy, że żoną Noego, budowniczego arki, była Joanna d’Arc.

Co ciekawe, dla wielu z nich symbolami nowoczesnej postawy człowieka wierzącego stało się dwóch krańcowo różnych ludzi: Jan Paweł II i Bono (lider zespołu rockowego U2). Jan Paweł II za sprawą misji ewangelizacyjnych i tego, co robił, by świat zobaczył nędzę i upokorzenie najbiedniejszych zakątków naszego globu. Bono, bo właśnie on jest najczęściej wymieniany jako wzór prawdziwie chrześcijańskiej postawy niesienia pomocy bliźniemu. Jak zauważył jeden z liderów wspólnot ewangelikalnych: „Gdy szedłem na spotkanie z Bono, zastanawiałem się, czy to człowiek wierzący; gdy po rozmowie z nim porównałem to, co on robi dla innych, i co ja robię – to zacząłem się zastanawiać, czy to ja jestem wierzący”.

Skoro lider U2 mógł się wydać tak fascynujący pastorowi, to co dopiero mówić o dwudziestolatkach? Tylko w ubiegłym roku ponad 1,5 mln młodych Amerykanów zdecydowało się pojechać z misjami do państw Trzeciego Świata. Kolejny kandydat na prezydenta, by przekonać ich o swojej głębokiej wierze, będzie musiał zaoferować coś innego niż weto w sprawie badań nad komórkami macierzystymi. 76 proc. chrześcijan ewangelikalnych uważa, że rząd powinien zrobić o wiele więcej dla ochrony środowiska.

Na kogo głosować?

W 2004 r. niemal 15 proc. chodzących regularnie do kościoła Amerykanów przyznało, że decyzję o tym, na kogo głosować, podjęło po wysłuchaniu kazania podczas jednego z ostatnich nabożeństw przed wyborami. Nie ma jeszcze badań dotyczących tegorocznego pójścia do urn, ale ten odsetek zapewne był mniejszy z powodu głębokiego wstrząsu, jakim był skandal związany z jednym z najsłynniejszych ewangelikalnych telekaznodziei. Przywódcę Narodowego Związku Chrześcijan Ewangelikalnych Teda Haggarda oskarżono o kupowanie narkotyków i seks homoseksualny. A to Haggard właśnie był autorem przedmowy do bliskiej sercu prezydenta książki „Wiara George’a W. Busha”, utrzymującej się przez wiele tygodni na liście bestsellerów dziennika „New York Times”. Haggard był jednym z przywódców ewangelikalnych, którzy uczestniczyli w cotygodniowych rozmowach telefonicznych z prezydentem. Jego kompromitacja stała się kłopotliwa dla wszystkich.

Z klęski republikanów w ostatnich wyborach nie należy jednak wyciągać wniosku, że religia nie będzie już w przyszłości odgrywała takiej roli w czasie kolejnych wyborów albo że głęboko wierzący Amerykanie odwrócą się od polityki. I jeśli demokraci nie okażą się zanadto lewicowi, mają szansę przejąć na dłużej część religijnego elektoratu. Już w tych wyborach zdarzało się, że demokratyczni kandydaci do Kongresu głosili hasła bardziej konserwatywne niż ich rywale z partii republikańskiej. Jeśli kiedyś Reagan mógł przejąć głosy religijnej prawicy od Cartera, dlaczego demokraci nie mieliby ich teraz odzyskać?

Amerykanom może być obojętne, w którym kościele wiarę w Boga wyznaje kandydat na prezydenta, ale jest nie do pomyślenia, by do kościoła nie chodził w ogóle. „Wolność religii nie oznacza wolności od religii” – i nie powiedział tego George Bush, ale Al Gore. W Ameryce Pan Bóg chyba rzeczywiście nie musi się angażować w wybory i martwić, na kogo oddać głos.

Piotr Kraśko z Waszyngtonu
Autor jest korespondentem TVP w Waszyngtonie.

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj