Karnawał w Londynie
Discopolonia
Panowie proszą panie, a Orzeł Biały zerka na tańczących spod szczerozłotej korony. Tu czas zatrzymał się w miejscu, choć trudno powiedzieć, w której epoce. Po Annie Jantar – Ich Troje, a potem Skaldowie. Polonijna zabawa, Londyn, karnawał 2007.

Sobotni wieczór. Balham na południu Londynu. W Klubie Orła Białego właśnie zaczyna się dancing. Nawet jeśli ktoś nigdy tam nie był (ale kto tam nie był?), trafi z łatwością za sznurem mówiących po polsku gości. Po schodach wspinają się do wejścia – tu błyśnie cekin, tam kolia ze sztucznych diamentów. Musi być szykownie. Suknie czerwone albo czarne, z przodu przymarszczone, z tyłu wydłużone, błyszczące paseczki, perłowe obroże, na nogach lakierki albo brokatowe szpileczki. Albo obcisłe miniówki. Albo – już z londyńska – na czarno, w skórzanych spodniach nabitych ćwiekami.

Muskularni ochroniarze w opiętych koszulkach przy drzwiach u szczytu schodów delikwenta w dżinsach albo adidasach odeślą z kwitkiem. No, jeśli te dżinsy ma porządne, wejdzie do klubu w piątek – na dyskotekę.

– Staramy się różnicować poziom imprez. Dancing tym różni się od dyskoteki, że są stoliki, muzyka na żywo, czasem gorący posiłek – wyjaśnia Robert Czekalski. Od ponad dwóch lat zarządza klubem: organizuje imprezy, zaprasza zespoły z Polski, jest didżejem.

Robert: dobre, bo polskie

Czekalski pochodzi z Ustki i tam, jeszcze w latach 90., zaczynał karierę didżeja. Wtedy chodziło się jeszcze do dyskotek, nie na clubbing, a didżeje grali piosenki z list przebojów. Po przyjeździe do Londynu pracował w polskim sklepie. Cztery lata temu zorganizował pierwszy londyński finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Sukces, gwiazdy – Justyna Steczkowska, Lombard; Owsiak osobiście przyjechał do Londynu, żeby odebrać pieniądze.

– Wcześniej istniały różne organizacje polonijne, ale żadna nie zajęła się organizacją takich imprez. My, młodzi, którzy dopiero tu przyjechaliśmy, pokazaliśmy, że jesteśmy w stanie stworzyć przedsięwzięcie na taką skalę! Czekalski rzucił pracę w sklepie. Zaczął od prowadzenia polskich nocy w angielskim pubie w Shepherds Bush w zachodnim Londynie. – Do pubu ściągali ludzie z całego Londynu i po godz. 21 nie było już szans wejść do środka.

W trakcie imprezy obowiązkowo musiały pojawić się „Czarne oczy” Ivana i Delfina i coś Lady Pank. Parkiet pogrążał się w ekstazie. To tu Czekalski wyrobił sobie markę i tu organizował, budząc niekończące się kontrowersje, konkursy mokrego podkoszulka. Równolegle współpracował z polonijnym radiem i tygodnikami. Aż wreszcie dwa lata temu przyjął propozycję prowadzenia prawdziwego polonijnego królestwa: Orła Białego na Balham.

Ma prostą receptę na udaną polonijną imprezę: – Przychodzą tu ludzie spragnieni polskiej muzyki. Angielskie przeboje Polacy mogą usłyszeć, gdziekolwiek pójdą. Polska dyskoteka musi dawać ludziom poczucie solidarności przez wspólny śpiew, skandowanie znanych tekstów. Kilka polskich dyskotek już padło z tego powodu, że organizatorzy puszczali same światowe przeboje.

Elvis: ja wam jeszcze pokażę

W sobotni wieczór na Balham jest i „Szparka sekretarka”, i „Bystra woda”, i „Jedzie pociąg z daleka”. Parkiet pełny, choć poza salą niektórzy mówią, że to szmira, disco polo, wstyd.

Od polskiego grania jest jednak wyjątek. Tuż przed północą na scenę Orła Białego wychodzi polski Elvis – Stanisław Pawełek. Tłum pod sceną śpiewa kawałki refrenów: „You are always on my mind, you are always on my mind”. Polski Elvis ociera apaszką pot z czoła i rzuca ją w tłumek wielbicielek. Emocje sięgają zenitu, Elvis ruchy ma elvisowe (to kręcenie biodrami!), ale oszczędne, nie zdejmuje z nosa ciemnych okularów.

Stanisław Pawełek Elvisem, tak na poważnie, został rok temu. Na polskich andrzejkach pierwszy raz wystąpił przed większą publicznością. Ciągle jednak nie lubi, kiedy ludzie mówią na niego Elvis. Z nazwiska Pawełek może być dumny, brat Mariusz gra w Wiśle Kraków. (Stanisław dziwi się trochę, że można nie znać składu Wisły Kraków).

Tak naprawdę Pawełkowi nie chodzi o Elvisa, ale o to, żeby zostać aktorem. Znajomi mówią, że jest za stary, trzydziestka na karku, ale on wierzy, że jeszcze osiągnie to, co chce.

Rolę Elvisa ćwiczył chodząc na karaoke. Potem były imprezy w domach, prywatki, tani kostium nieprzepuszczający powietrza. Męczył się, pocił. Potem ciocia uszyła kostium z materiału na suknie ślubne. Pawełek sam naszył sobie cekiny, kupił podkłady muzyczne i ruszył w trasę po angielskich pubach, proponując usługi. Był przekonany, że posypią się zlecenia. Nie posypały się. Mimo że miał atrakcyjne ceny, mimo że wysyłał płyty DVD z fragmentami swoich występów. Dopiero na Balham znalazł swoje miejsce. Wierzy, że prędzej czy później wieść o nim się rozniesie. Czasem ludzie proszą go, żeby zaśpiewał coś po polsku, ale nie chce – przecież Elvis po polsku nie śpiewał.

Prezes: porządek musi być

W czasie, kiedy polski Elvis kołysze na Balham biodrami, w innej części miasta ostatnie przeboje wieczoru śpiewa Rysiek albo pani Basia z zespołu Duet. W sobotnie wieczory, na przemian, zabawiają gości Posklubu na czwartym piętrze Polskiego Ośrodka Społeczno-Kulturalnego w dzielnicy Hammersmith. Licencja pozwala grać tylko do 23.15.

Na co dzień Posklub pełni funkcję centrum życia starszej Polonii i baru – tu można zjeść pół porcji pierogów ruskich albo kotlet z buraczkami i przy okazji posłuchać opowieści weteranów o wyczynach pod angielskim niebem.

Klub to poważna instytucja. Pod groźbą usunięcia z sali nie wolno posługiwać się wulgarnym językiem, o czym informuje kartka wywieszona za barem. Sąsiednia – że przy niedzieli dostępne są tylko pierożki z mięsem. Jest zasada dotycząca dancingów – w sobotni wieczór trzeba się ubrać elegancko. Pilnują tego panie siedzące przy drzwiach, które łączą funkcje bileterek, ochrony i samozwańczego jury. Nad tym, żeby wszystko było, jak trzeba, czuwa prezes Andrzej Machulski. Bez wytchnienia krąży po sali, czasem nawet poprosi jakąś panią do tańca. – Najwidoczniej się sprawdzam, bo pracuję już jedenastą kadencję – podkreśla. Klub działa 31 lat, a zabawy organizowane są co sobotę. – Z wyjątkiem postu, bo Kościół nie byłby zadowolony – wyjaśnia Machulski.

Zdaniem prezesa zabawa jest dobra, jak jest porządek. Prezes decyduje więc, kto jeszcze może kupić kolejkę. O atmosferze decyduje też muzyka, dlatego bardzo starannie ją dobiera. I kompetentnie. – Za młodu grałem na trąbce i śpiewałem.

Duet: gramy, co chceta

Machulski twierdzi, że już po paru minutach słuchania wie, który zespół do Posklubu się nada, a który nie. Tak odkrył Barbarę Żędzian i zaprosił do grania w klubie. Barbara i Krzysztof, czyli zespół Duet, to gwiazda i weterani polonijnych dancingów. Występują w Posklubie i na Balham, a grono wielbicieli podąża za nimi od klubu do klubu.

Barbara występuje w Londynie od 15 lat. Wcześniej, jeszcze w Polsce, śpiewała piosenki disco polo: – Na Polsacie był „Disco Relaks”, cała Polska tego słuchała. Grała z zespołami Horyzont i Kometa, nagrali nawet parę kaset. – Przez to śpiewanie nawet za mąż nie było czasu wyjść, bo ciągle był człowiek w rozjazdach. Ślub więc wzięłam późno, małżeństwo się nie udało – mówi.

Trochę dla odmiany, trochę dla terapii przyjechała do Londynu. Miała zostać na jakiś czas, została na zawsze. Z Krzysztofem, jako Duet, grają już prawie cztery lata. Wszędzie: w polskich klubach, na przyjęciach, weselach. Ostatnio Barbara prowadzi w klubie na Balham Noc Karaoke. – Samym śpiewaniem nic się nie załatwi. Trzeba ludzi zachęcać do zabawy, pytać, czego chcą posłuchać. Każdy czuje się zaszczycony, jak odezwie się do niego ktoś ze sceny. Czasem, w trakcie występu, mówię prawie tyle, co śpiewam – opowiada wokalistka.

Trzeba wiedzieć, co mówić, i trzeba umieć czymś zaskoczyć: – W zeszłym roku na sylwestra namówiłam kucharza, żeby o północy wyszedł do ludzi i wybił dwunastą na patelni. Trzeba też umieć wyczuwać nastroje: – Czasem decyduję, że nagrodę dostanie ktoś, kto wcale nie był najlepszy, ale na przykład wystąpił pierwszy raz. Za odwagę i po to, żeby przyszedł następny raz.

Wszystkie te talenty pani Basi to jednak za mało, żeby się utrzymać. Dlatego rozkręca drugi biznes – domowe obiady z dowozem do domu. Najwidoczniej pomysł trafiony, bo telefon dzwoni co chwilę.

W domu pani Barbary pod ścianą stoi gitara. – W tym fachu ciągle trzeba się dokształcać. Ostatnio na przykład pani Barbara uczyła się piosenek Dody: – Na jakimś weselu kilkulatek poprosił o coś z jej repertuaru. Nic nie umiałam, więc odwlekałam, dopóki chłopak nie poszedł spać.

Dawniej potańczyć przychodzili starsi ludzie. – Dla nich nauczyłam się takich piosenek jak „Czerwony Pas”, „Tango Milonga” – opowiada. Teraz młodzi chcą przebojów. Więc w sumie Duet gra prawie wszystko.

Batima: czasem się sprzedajemy

W wielu miejscach w Londynie w niedzielne wieczory puby grające polską muzykę przechwytują Polaków wracających z wieczornych mszy. W dzielnicy Ealing, w zachodniej części miasta, znajduje się największa w Anglii polonijna parafia. Co niedzielę przychodzi tu prawie 5 tys. osób, w tym około tysiąca na mszę dla młodych, o 19.00. O tej porze swoje podwoje otwiera znajdujący się paręset metrów od kościoła klub Boulevard, a także pub Windmill, do którego autobusem można dojechać w kilka minut. Sebastian Śliwiński, czyli didżej Batima, zabawia bywalców Polskich Nocy właśnie w pubie Windmill.

Choć na co dzień lepiej czuje się w muzyce house czy trans, zna nieubłagane prawa rynku: – Mężczyzna jest atrakcyjny, gdy podoba się kobietom, didżej – gdy podoba się publiczności. Na moje imprezy przychodzą ludzie od 18 do 60 lat. Chcą odpocząć od tej łupanki, którą gra się w angielskich klubach, dlatego ja proponuję im ciepłe, wakacyjne przeboje, takie jak na przykład „Coco Rumbo” czy „Makarena”. Muszą być też polskie evergreeny – Lady Pank, Kombii czy Oddział Zamknięty.

Batima, były student psychologii społecznej, twierdzi, że psychologia bardzo mu się przydaje: – Trzeba znać reakcje ludzi, umieć wyczuć, kiedy dobrze się bawią, a kiedy chcą zejść z parkietu.

Przydaje się też licencjat z muzykologii, który Batima zrobił jeszcze w Polsce: – Czasem podejdzie ktoś i mówi na przykład: zagraj coś z rapu. A ja mu odpowiadam, żeby w takim razie podał mi różnicę między hip hopem a rapem. Mało kto, jeśli nie studiował muzykologii, wie, jaka jest różnica, więc mam problem z głowy.

Dobry didżej nie może też nudzić publiczności, musi mieć charakterystyczny wygląd i stale coś zmieniać. – Dlatego ja noszę dwa duże kolczyki, choć większość facetów nosi jeden mały – tłumaczy Batima. – Golę też częściowo brwi i do pracy wkładam różne dziwne koszulki. Ale to jest Londyn. Ludzi trudno jeszcze czymś zaskoczyć.

Goście: Anglicy nie umieją się bawić

Kolejna sobota, Duet wchodzi na scenę Klubu Orła Białego. „Gdzie się podziały tamte prywatki” – śpiewa pani Basia, a sala powoli zaczyna się zapełniać. Dziś na pewno będzie dużo ludzi, bo o 22.00 wystąpi prawdziwa gwiazda z Polski – Małgorzata Ostrowska z Lombardu.

Na pani Jance, która z przyjaciółmi zajęła stolik blisko sceny, nie robi to większego wrażenia. – Dawniej było lepiej – mówi. – Polacy mieli dla siebie tylko kilka klubów. Pracować legalnie było ciężko, więc w tych miejscach człowiek naprawdę miał poczucie solidarności z rodakami. Dziś Polacy rozpierzchli się po całym Londynie.

Większość gości Klubu jest jednak innego zdania. Mimo wszystkich zmian, które przyniosło wejście Polski do Unii, polskie dancingi to nadal jedna z najlepszych okazji do nawiązania znajomości z innymi Polakami. – W polskich klubach, tak samo jak w polskim kościele, można język pielęgnować, poszerzyć horyzonty, nawiązać znajomości – mówi pan Henryk, siedzący z kolegami przy stoliku w Orle Białym. – Można poznać także panie, ale oczywiście różnie to bywa. Czasem jest tak jak w tym przysłowiu: Noc minęła nadaremnie, d… była, ale ze mnie.

– Polacy umieją się bawić. Przynajmniej póki nie wypiją – mówi pani Helena, która razem z kolegą, panem Mirkiem, zajęła stolik pod ścianą. Pani Helena rok temu na sylwestra była na zabawie z innym kolegą. Kiedy minęła północ, kolega chwycił ją i podniósł do góry. – Potem okazało się, że połamał mi żebra.

Jednakowoż pan Henryk potwierdza zabawową wyższość Polaków: – Anglicy nie umieją się bawić. Stoją tylko przy barze. Jak już tańczą, to tylko wtedy, gdy Polacy rozkręcą imprezę, a i tak na początku zawsze patrzą dziwnie.

Polacy bawią się głównie w klubach, bo imprezy w domu odpadają. – Gdy ktoś wynajmuje cały dom, tak jak ja – wyjaśnia pan Henryk – to za niego odpowiada i jakichś burd nie chce. Dopijając piwo ubolewa, że żadnych imprez nie organizuje polski konsulat: – To jest kwestia historyczna. Polska przez tyle lat była pod zaborami i przetrwała tylko dlatego, że ludzie pielęgnowali język. Więc my, na emigracji, też musimy to robić. No, i lepiej przecież dać zarobić Polakowi niż obcemu.

Według organizatorów imprez i grających na nich muzyków, w karnawale 2007 r. pielęgnacja polszczyzny na obczyźnie odbywa się za pomocą następujących utworów (według częstości wykonań): „Takie tango” (Budka Suflera), „Czarne oczy” (Ivan i Delfin), „Jedna na milion” (Bartek Wrona), „Jesteś szalona” (Boys) oraz „Ukraina” (czyli „Hej Sokoły”).

Katarzyna Jaklewicz, fotografie Marek Titow

O życiu na emigracji czytaj także w naszym blogu „Bye, bye Poland”

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj