szukaj
Royal Ségolène
Gazela szybsza od słoni
Jeśli zostanie prezydentem – to w jakiejś mierze jako pogrobowa córka Mitterranda. Ale to jej oko i gust przesądzą o przyszłym pokoleniu francuskiej elity władzy.
Ségolène Royal
Jastrow

Ségolène Royal

Dzieciństwo i młodość Ségolène Royal odzwierciedlają burzliwe losy francuskiego imperium. Urodziła się w 1953 r. w Dakarze, stolicy dzisiejszego Senegalu, a dawniej głównego miasta Francuskiej Afryki Zachodniej. Dorastała w innej części świata – na Martynice, wyspie na francuskich Antylach, wreszcie na francuskiej prowincji, w wiosce. Powie potem: „To było zarówno otwarcie na szeroki świat, jak i na wiejskość, połączenie lokalnego z globalnym”, ale przecież nie z własnego wyboru. Ojciec Jacques Royal był oficerem armii francuskiej i zmieniał garnizony na rozkaz. Wiele rzeczy robiono w tej rodzinie na rozkaz: chłopcom obcinano włosy na wojskowego jeża, dziewczynki obowiązkowo chodziły na lekcje religii, muzyki i szycia, tak jak ich matka. Kazano im pielić ogród. Było ich ośmioro, pięciu chłopców i trzy dziewczyny. Pułkownik miał kiedyś powiedzieć: „Mam pięcioro dzieci i trzy córki”. W niedzielę do kościoła chodzono gęsiego, według rangi i starszeństwa: najpierw pułkownik, potem matka, a za nimi dzieci od najstarszego do najmłodszego. Ojciec był bardzo katolicki, wszystkie dziewczynki chrzczono podwójnym imieniem, pierwsze tak jak Matka Boża: Marie, a więc Marie-Odette, Marie-Nicole, potem chłopak: Gérard, potem Marie-Ségolène i czterech pozostałych braci.

Z wojskowego drylu brało się też spartańskie wychowanie: ojciec nie włączał ogrzewania w pokoju ani nie pozwalał myć się w ciepłej wodzie. Przed posiłkami – modlitwa. Chłopcy – bez prawa do deserów. Jednak dom, w którym mieszkali, był przestronny, trzypiętrowy, powodziło się im dobrze – jako pierwsi w lotaryńskiej wiosce Chamagne mieli telewizor i pralkę automatyczną. Rodzina, choć wielodzietna, nie była biedna, może dlatego, że na pół ziemiańska, na pół wojskowa. Wprawdzie dziadek Ségolène, Florian, urodził się w rodzinie zwykłych chłopów pracujących na roli, lecz został zaadoptowany przez kuzynów, by stać się prawdziwym monsieur, późniejszym generałem Royal. Miał ośmioro dzieci, czterech jego synów zostało oficerami, a najstarszy Jacques to właśnie ojciec Ségolène. Opisują go jako mężczyznę służby, honoru i obowiązku. W 1939 r., choć miał rozpocząć studia w prestiżowej Ecole Polytechnique, zaciągnął się do wojska, po niewoli niemieckiej służył w Indochinach, potem w Dakarze – gdzie urodziła się Ségolène, potem na Martynice, potem został wysłany do Algieru – na ziemię, którą Francja po krwawej wojnie musiała opuścić i która zdruzgotała życie tak wielu francuskim oficerom.

Wyjście z domu

Jacques Royal był człowiekiem do głębi zranionym. „Gdyby śmiał, przyłączyłby się do puczystów z 1961 r. przeciw zdradzie de Gaulle’a opuszczającego Algierię” – pisze Claude Askolovitch, dziennikarz, który badał wczesne lata Ségolène. Klęsce algierskiej czy też surowemu z natury charakterowi jej ojca przypisują młodym Royal dzieciństwo trudne, niewolne od awantur i napięć, „dom bez słów”, jak napisze jeden z biografów. Ojciec i dziadek zamknięci w swoim świecie wartości i porządków, które runęły. Matka, zapewne też niekochana: w wywiadzie prasowym jeden z braci Ségolène, Antoine, twierdził, że chłopcy przezwali ją Folcoche, czyli folle (szalona) i cochonne (świńtucha), często ich biła, odbierała zabawki i słodycze. „Stara Francja” – tak opisze dom ten właśnie buntowniczy brat Antoine.

Bo Antoine przewodził późniejszemu buntowi rodzeństwa przeciw rodzicom, ale Ségolène nie była buntowniczką. Cytowany dziennikarz twierdzi, że dzieciństwo ją zahartowało, nauczyło cierpliwości, a także pogardy dla przywilejów burżuazji. „Rodzina jest miejscem, w którym formują się podstawowe zakazy” – powiedziała bardzo poważnie pani Royal w pewnej debacie telewizyjnej. Stamtąd też na pewno wyniosła jeden z najważniejszych rysów swej osobowości: walkę o prawa kobiet. „Ojciec zawsze mi dawał odczuć, że jesteśmy, siostry i ja, istotami niższymi”. A o matce: „Ośmioro dzieci, poddanie się mężowi. Cóż tu mówić? Jak w powieściach Balzaka!”. Podkreślała też, że kobieta musi pracować, by zdobyć finansową niezależność. Z domu wyszła nie przez bunt, tylko odgrodzenie się – na studia ekonomiczne do Nancy, 40 km od rodzinnej wioski.

Te 40 km pewnego dnia pokonała na rowerze w zimie jej matka, która uciekła od ojca, by szukać pomocy i wsparcia u córki. Ségolène nie tylko bierze jej stronę, zawsze bierze stronę kobiet, lecz nawet występuje przeciw ojcu z procesem sądowym, by zdobyć pieniądze na studia w Paryżu. Matka, która początkowo u niej zamieszkuje, musi dorabiać sprzątaniem, ponieważ mąż nie płaci jej alimentów i nie chce dać rozwodu z powodów religijnych. Proces trwa 10 lat, bo to matka w świetle prawa ponosi winę za rozkład pożycia: to ona opuściła męża. W końcu ojciec przegrywa. Paryż – dokąd Ségolène przyjeżdża na dwuletni kurs przygotowawczy na Science-Po i wynajmuje pokój w Dzielnicy Łacińskiej – jest miejscem innego symbolicznego zerwania z tradycją: młoda absolwentka ekonomii odrzuca pierwszy człon swego imienia: Marie. Drugie zerwanie: w 1978 r. młoda kobieta zapisuje się do Partii Socjalistycznej.

Ojciec, samotny, zapadł na raka i zmarł w 1981 r. Ośmioro dzieci stawiło się na pogrzeb, ale nigdy już potem razem się nie zebrało. Znaczna część rodziny Ségolène, nie rodzeństwo, lecz wojskowi kuzyni, ma jej za złe, że wyniosła poza dom rzeczy, o których w starej Francji po prostu się godnie milczy. Jej rodzony stryj twierdził, że oczerniała ojca i kiedy Ségolène została pierwszy raz ministrem, a on stryj generałem, napisał wręcz list do prasy, że wstydzi się, iż „dla ubarwienia kariery politycznej jego bratanica mitomanka szarga rodzinne nazwisko”. Część rodziny obchodzi nadal rocznicę śmierci Ludwika XVI, ściętego przez Rewolucję Francuską. Ale nie brak też wywiadów prasowych, w których Ségolène mówi o rodzinie ciepło i z sentymentem.

Dla ludzi młodych i ambitnych Francja jest krajem szczególnym. Nie wystarczy studiować; Sorbona to nazwa ceniona jedynie przez nieświadomych przemian profanów z zagranicy. Kto chce coś znaczyć, nie zapisuje się na uniwersytet, gdzie dawno zniesiono egzaminy, lecz stara się zdać do jednej z kilkunastu tzw. grandes écoles, wielkich szkół, gdzie egzaminy obowiązują. Wśród nich króluje Ecole Nationale d’Administration, sławna ENA, kończyła ją większość francuskich ministrów. Cztery piąte studentów ENA pochodzi z Paryża bądź studiowało w Paryżu. Jeśli Ségolène dostała się do tej elitarnej szkoły z prowincji, to dobrze świadczy o jej zdolnościach; choć dostała się za drugim podejściem.

Dziewczyna szefa

Na samym początku studenci ENA, w tym przypadku podczas tygodnia integracyjnego na nartach w Pirenejach w styczniu 1978 r., wybierają imię patrona swego rocznika. Ségolène, zresztą odosobniona, proponuje kobietę – Louise Michel, bohaterkę Komuny Paryskiej: zesłana na 7 lat do kolonii karnej w Nowej Kaledonii odmówiła, by traktowano ją łagodniej niż mężczyzn. Ostatecznie w głosowaniu wygrywa klasyczny bohater Oświecenia – Wolter. Z promocji rocznika Voltaire pochodzi dzisiejszy premier Dominique de Villepin, wyrafinowany intelektualista, autor wielkiej książki o Napoleonie, jak i 800-stronicowego traktatu o poezji (z Baudelaire’a – „Złodzieje Ognia”), a także szef Partii Socjalistycznej François Hollande i minister kultury Renaud Donnedieu.

De Villepin przewodził na tym roczniku frakcji prawicowej, Hollande był szefem sympatyków socjalistów. W tym okresie Ségolène uważano raczej za prawicową: Kiedy Komitet Akcji na rzecz reformy ENA, założony przez Hollande’a, proponuje zbiórkę na koszty stażów dla biedniejszych studentów, Ségolène odmawia datków: nikt jej nie pomagał, pracowała, by zarobić na studia i nie widzi powodu, by pomagać innym. Ale z czasów ENA pochodzi też jest związek z François Hollandem, którego dziś aż trudno rozpoznać na zdjęciu z promocji. Związek ten nie przysparza jej sympatii. „To była dziewczyna szefa. Jej osobowość nie intrygowała” – powie jeden z kolegów z rocznika.

Promocja Voltaire wychodzi w świat jesienią 1980 r., a już kolejnej wiosny ma nadejść wielki rewanż francuskiej lewicy: wraz ze zwycięstwem François Mitterranda wróci ona do władzy po 27 latach.
Najbliższy współpracownik prezydenta – szerpa, jak się na takich mówiło, pomocnik trzymający się w cieniu – Jacques Attali wybrał czworo nowych do Pałacu Elizejskiego: Jean-Louisa Bianco, późniejszego dyrektora generalnego Pałacu, Pierre’a Morela, późniejszego ambasadora w Pekinie i Moskwie, już wtedy znanego dyplomatę, oraz dwoje świeżych absolwentów ENA: François Hollande’a i właśnie Ségolène Royal. Jak Attali ich znalazł? Przez coś, co we Francji określa się mianem réseau, siatki znajomości, z której polityk dobiera swoją stajnię. Hasło: „Szukajcie pomysłów dla prezydenta”.

Ségolène od początku więc była w stajni Mitterranda, o którym powie potem: „Kochałam go ze wszystkich najbardziej na świecie”. Zapewne i on, starszy pan, miał do niej słabość, zarówno dla jej urody, jak i pewnego sznytu starej Francji. „Kiedy się dowiedziałem, że zadaje się z socjalistami, powiedziałem sobie, że wybrała dobry sposób przebicia się w Paryżu. Zawsze była prawicowa. Tak samo jak Mitterrand. To zresztą musiało się Staremu podobać” – cytowała prasa pewnego wtajemniczonego enarka z promocji Woltera. Pierwsze spotkanie Ségo z Mitterrandem było takie: kandydujący na prezydenta i mający już za sobą kilka porażek polityk miał przemawiać na wiecu 600 kobiet, w tym zawziętych feministek, i podobno bardzo się tego obawiał. Jeden z jego doradców prosi 26-letnią Ségolène o pomoc. Ta zdobyła listę szykowanych na spotkanie pytań i opracowała plan. Ponieważ dobrze znała się na prawie pracy i rodziny, zamieściła projekt odpowiedzi oraz sugestie, po czym zaniosła je osobiście do domu Mitterranda, który poprosił, by mu towarzyszyła na wiecu.

To jej pierwszy sukces: Mitterrand wypada świetnie. Ale referat powierzony jej w Pałacu Elizejskim, sprawy kobiece, oczywiście nie był ani pierwszo   ani nawet drugoplanowy. Przez 7 długich lat. Inaczej niż wielu jej kolegów z pałacu prezydenckiego Ségolène nie była częścią – jak to określają – paryskiego mikrokosmosu.

Wielki dzień wypadł 21 maja 1988 r.: inauguracja drugiej kadencji Mitterranda w Pałacu Elizejskim i zarazem ostatni dzień zgłaszania kandydatur do wyborów parlamentarnych. Ségolène na tej ceremonii zaryzykowała. Kiedy prezydent przechodził koło niej, powiedziała: „Chciałabym kandydować”. Na co poirytowany Mitterrand półgłosem: „Proszę po ceremonii”. Prezydent, wielki znawca francuskiej kuchni wyborczej, znalazł dla niej tradycyjnie prawicowy okręg wyborczy z departamentu Deux-Sèvres. I uprzedził: „Pani przegra, ale to pierwszy krok. Po doświadczeniach uda się może następnym razem”. We Francji nie można zrobić kariery politycznej bez solidnej pozycji w terenie: w miasteczku lub w regionie. Ku zaskoczeniu patrona, w czerwcu 1988 r. roku pani Royal zdobyła mandat, a kiedy 4 lata później zwolniło się stanowisko w rządzie – Mitterrand nie miał najmniejszych wątpliwości: trzeba jej dać tekę ministra (środowiska naturalnego 1992–1993; potem była tzw. młodszym ministrem szkolnictwa 1997–2000 oraz rodziny i spraw dzieci 2000–2002).

Tajemnica małżeńska

Małżeństwo Ségolène (nie mają ślubu; krążyły pogłoski, iż zamierzają go wziąć po ponad 20 latach pożycia) uderza trwałością, przynajmniej na tle otoczenia politycznego: premierzy Lionel Jospin, Michel Rocard, Laurent Fabius, Alain Juppé, szef partii rządzącej Nicolas Sarkozy – to rozwodnicy. Royal i Hollande podkreślają, że wspólne zaangażowanie w politykę stanowi jeden z elementów umacniających małżeństwo. Oboje działają na topie polityki partyjnej od co najmniej 15 lat i jakoś nie wchodzą sobie w drogę. Są więc ewenementem w skali światowej. W jednym z komentarzy amerykańskich zwrócono uwagę, że żona prezydenta Clintona, Hillary – która też żywiła ambicje polityczne – odczekała z nimi na koniec drugiej kadencji małżonka.

Kiedy Ségolène wiosną 2006 r. ogłosiła, że będzie się ubiegać o prezydenturę – towarzysz jej życia doświadczał więcej niż towarzyskich niezręczności. Słonie Partii Socjalistycznej, której przecież jest pierwszym sekretarzem, były przeciw nie tylko dlatego, że chciały startować same. Także dlatego, że nie traktowały jej kandydatury – ani jej samej – poważnie. Był to więc bunt na pokładzie? François musiał się gęsto tłumaczyć, że nie doradzał tego kroku żonie. Ale czy w ogóle doradzał? Ostatecznie, jak wiadomo, decyzję podjęto przez wybory powszechne w Partii Socjalistycznej, które 16 listopada pani Royal wygrała zdecydowanie, zdobywając 60 proc. z prawie 200 tys. głosów.

Kiedy Ségolène po raz pierwszy otrzymała propozycję ministerialną (w 1992 r., miała 39 lat), zadzwoniła do prezydenta Mitterranda z podziękowaniem i powiedziała coś takiego: „Trochę się jednak niezręcznie czuję ze względu na François”, dając do zrozumienia, że towarzyszowi jej życia należałoby się jakieś ważne stanowisko. Na co prezydent miał z wielkopańska odpowiedzieć: „Widzę tylko jedno rozwiązanie: ustąpi mu pani swoje stanowisko”. Dziś nikt nie jest w stanie powiedzieć, co się naprawdę dzieje w tym niezwykłym związku szefa jednej z głównych partii politycznych kraju i głównej kandydatki na prezydenta Francji. Najczęściej mówi się, że to ona jest autorytarna i decyduje w małżeństwie; on – ustępuje i łagodzi. Czy François dał się swej towarzyszce życia zdublować na torze kariery? Czy ona naprawdę go pokonała, czy też on, inteligentny i przebiegły, był prawdziwym rozgrywającym: zdając sobie sprawę, że nie ma szans na zwycięstwo i nie mogąc – jako sekretarz partii – popierać jej otwarcie, w istocie zaaranżował jej sukces?

Pytałem wiele osób: nikt we Francji nie umiał albo nie chciał odpowiedzieć. – To tajemnica małżeńska – powiedział jeden ze znanych enarków. Hollande jest przy tym winien poważnego politycznego przestępstwa, które we Francji określa się żartem: délit de sale gueule, dosł. przestępstwo brzydkiej gęby: za gruby, za mały, nie bardzo sexy, by go wybrano na prezydenta. Przy czym naprawdę nikt nie odmawia mu wyjątkowej inteligencji i talentu przywódczego: bez tych przymiotów nie mógłby zresztą kierować partią, w której na co dzień działa przynajmniej czterech mężczyzn o wyraźnie przerośniętym ego, nie licząc też kobiety, byłej minister Martine Aubry, bardzo energicznej córki Jacquesa Delorsa, najbardziej znanego i zasłużonego przewodniczącego Komisji Europejskiej.

No więc w partii kierowanej przez starzejących się ambicjonerów, z których żaden nie ma zamiaru ułatwiać kariery młodszej koleżance, padały na początku roku uwagi ostre i nieeleganckie: „Wybory prezydenckie to nie konkurs piękności!”, „Kto będzie pilnował dzieci?”. To czytelna aluzja do czworga dzieci pary Royal-Hollande: Thomasa (18 lat), Clémence (17), Juliena (15) i Flory (10). Najstarszy rozpoczął studia prawa na Sorbonie i chce być adwokatem. Clémence skłania się ku medycynie. Dwoje młodszych ma jeszcze czas na studia. Jeśli słychać jakieś pochwały rodzicielskie, to raczej dla opiekuńczego ojca.

Co będzie dalej z tym małżeństwem? W Paryżu funkcjonują dwie wersje. Według jednej, dawno już chodzi tylko o małżeństwo fasadowe, w istocie w stanie wojny. Według drugiej, nic złego się nie dzieje, a François będzie Monsieur Pièces Jaunes, Pan Żółtych Drobnych. To aluzja do żony Chiraca, pani Bernadette, która zorganizowała charytatywną zbiórkę drobnych monet (nie było jeszcze euro) – centimów, bitych z żółtawego metalu, a kupujący zostawiali je jako resztę w puszce u piekarza. Bernadette Chirac nazywano więc początkowo lekceważąco Madame Pièces Jaunes, ale puszki – wystawione w sklepach, aptekach, na targach – przyniosły miliony. Ze zbiórki tej wybudowano domy dla młodych bezrobotnych. Tak czy inaczej Monsieur Pièces Jaunes dla François Hollande’a będzie psychologicznie bardzo trudne.

Język Royal

Ségolène Royal przemawia innym językiem. Inaczej niż Sarkozy, który w każdym słowie podkreśla pewność swoich propozycji: „Trzeba nam decydującej zmiany i głębokich reform”. Inaczej niż były premier Laurent Fabius, przywódca tzw. kawiorowej lewicy, który głosi klasyczny program socjalistyczny, nawołuje do równości społecznej. Ségolène wydaje się nieśmiała i ostrożna. Nie mówi: „Oto mój program. Wiem, co trzeba zrobić”. Odwrotnie, raczej: „Wiem, jakie macie prawdziwe problemy, będę się wsłuchiwała w wasz głos”. Jedyna zdecydowana propozycja to projekt prawa energicznie zwalczającego przemoc przeciw kobietom.

Mimo walki z ojcem Ségolène przemawia językiem wartości tradycyjnych; podkreśla znaczenie autorytetu, rodziny, państwa. Zajmuje się nie tyle wielką polityką, gospodarką czy zagrożeniami bezpieczeństwa europejskiego, co problemami szkoły i przemocy na przedmieściach. Jej przeciwnicy mówią, że nie zna się na prawdziwej polityce, ale wyborcy, przynajmniej na razie, bardziej cenią jej podejście do życia. Zwłaszcza że Francuzi wysłuchiwali już wielkich mów prezydenckich – od Mitterranda po Chiraca – i niewiele na tym zyskali. Ze spraw międzynarodowych odnotuję jedną, sympatyczną uwagę, którą usłyszałem od niej samej. Na pytanie o współpracę europejską, pani Royal odpowiedziała: – Francja powinna być mniej arogancka wobec innych.

Na dzień przed decydującą dla socjalistycznych prawyborów debatą telewizyjną, w której Ségo stanęła przeciw słoniom partii, byłemu premierowi Laurentowi Fabiusowi i Dominikowi Strauss-Kahnowi, kandydatka rzuciła niezwykle bulwersującą propozycję. Ponieważ politycy przed wyborami obiecują złote góry, trzeba wprowadzić system kontroli ludowej: jurys de citoyens. Te obywatelskie jury, do których wybierano by drogą losowania – miałyby sprawdzać, czy politycy spełniają złożone obietnice! Obywatele, którzy czują się odizolowani od spraw publicznych, mogliby aktywnie uczestniczyć w życiu politycznym – tłumaczyła Ségo. Rzecz jasna, propozycja wywołała burzę, nawet w PS. Max Gallo, pisarz, były minister w rządzie Mitterranda, twierdził, że pomysł przypomina rewolucję kulturalną w Chinach albo trybunały ludowe w systemach totalitarnych. Proszona o przykład praktycznego zastosowania jury obywatelskiego przytoczyła znane i w Polsce młodzieżowe rozruchy przeciw tzw. CPE (pierwszej umowie o pracę: rząd chciał ułatwić młodym zdobywanie pracy, ale młodzi uważali mniej chronione umowy za dyskryminację): „Gdyby poddano pomysł CPE osądowi jury ze 150 młodych osób – przekonałoby się od razu, że reforma nigdy nie zyska aprobaty Francuzów”. Na oskarżenia o populizm Ségo odpowiada: „Nie boję się ludu”.

Nie boi się więc ludu, zaś swych przeciwników oskarża o to, że „boją się nowych idei”. Odnotowano kilka przypadków, w których pani Royal odwoływała się do osądów ludu. Pytana, co sądzi o członkostwie Turcji w Unii Europejskiej, zapowiedziała: „Zajmę takie stanowisko jak lud francuski”. Ale też stać ją na działania energiczne, bez żadnych konsultacji, a nawet bez uzgodnienia z kolegami z rządu. W 2000 r., po publikacji zatrważających danych o przedwczesnych ciążach w kraju, pani Royal ogłosiła nazajutrz decyzję o rozdawaniu pigułek antykoncepcyjnych w liceach.

Wojna wizerunkowa

Publicyści stwierdzają na ogół ze zgrozą, że wybory w dzisiejszej Francji nie rozgrywają się w rywalizacji programów i idei, lecz dobrego wizerunku. „Jak chcą was uwieść?” – pyta na okładce popularny tygodnik „L’Express” odnosząc to pytanie zarówno do Ségo, jak i Sarko. Ségo nie przepuszcza żadnej okazji; niechętni jej mieli za złe, że pani minister i młoda matka zgodziła się przed 15 laty na sesję zdjęciową z noworodkiem w szpitalu położniczym dla kolorowego tygodnika „Paris Match”. Na uwagę dziennikarza, że François jest bardziej dyskretny, Ségolène odparła: „To normalne. Przecież to ja urodziłam”.

Amerykańska metoda wyłaniania kandydatów – powszechne głosowanie w ramach partii – choć ograniczone przecież do specyficznego elektoratu, pozwoliło socjologom na pewne wnioski: na Royal głosowała przede wszystkim francuska prowincja, otrzymała najwięcej głosów w najmniej rozwiniętych regionach kraju, a najmniej w Paryżu. Poparli ją nie tyle robotnicy, co klasa średnia – i to w pewien określony sposób: przeciw elitom i establishmentowi w ogóle, przeciw dyskursowi paryskiemu. To ją odróżnia od słoni Partii Socjalistycznej. Nawet jeśli Royal też jest po ENA jak Chirac, VGE, Fabius – nie jest uważana za tę samą klasę.

Ostatnie ważne daty: 21 kwietnia 2002 r., nadzwyczajny sukces Le Pena, i 29 maja 2005 r., kiedy Francuzi odrzucili traktat konstytucyjny – były demonstracją prostego ludu przeciw elitom. Tak jest i tym razem, tyle że poprzednio chodziło o czysty sprzeciw, a obecnie znaleziono kogoś, kto ten sprzeciw uosabia.

We Francji, zamaskowanej monarchii, w której prezydent dysponuje władzą i wpływami niezrównanymi z nikim w Europie, jego osobowość, charakter, przyzwyczajenia, mentalność, także gust, urojenia i fobie, nie tylko wizje i poglądy – odciskają się na historii. Prezydenci kształtują krajobraz: Mitterrand sam zdecydował o wzniesieniu szklanej piramidy na głównym dziedzińcu Luwru, tak i wybrał kiedyś panią Royal. To on osobiście dał jej szansę polityczną: jeśli teraz zostanie ona prezydentem, to w jakiejś mierze jako pogrobowa córka Mitterranda. Ale z kolei jej oko i gust przesądzą o przyszłym pokoleniu francuskiej elity władzy.

Współpraca: Magdalena Mughrabi

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj