Papież dla wykształciuchów
Wizerunek ponurego, tępego reakcjonisty ustąpił obrazowi ciepłego i skromnego, acz wymagającego profesora.

Przez długie lata Ratzinger był negatywnym bohaterem mediów jako panzer Kardinal, szef dawnej inkwizycji, dławiący swobodę myśli i dyskusji w Kościele. Dziś o tym czarnym wizerunku, a właściwie gębie przypiętej przed ponad 20 laty wybitnemu teologowi, prawie nikt już nie mówi. Ratzinger papież w ciągu dwóch lat dokonał niemal kopernikańskiego przełomu: zatrzymał lawinę krytyk, poruszył serca i umysły wiernych i intelektualistów, także tych dalekich od Kościoła.

Benedykt to papież dla wykształciuchów. Mogą go nie czytać, ale szanują: pisze dużo i erudycyjnie, a na dodatek jego książki dobrze się sprzedają. Najnowszym tego dowodem będzie „Jezus z Nazaretu” – medytacja teologiczna o Chrystusie, opublikowana na 80 urodziny Josepha Ratzingera. Książka wciągająca jak wszystko, co pisze Ratzinger, ale pod warunkiem, że czytelnik nie jest religijnym analfabetą i ma „odrobinę sympatii” do tematu, o którą prosi go autor. Pierwszy nakład włoskiego przekładu wynosi 350 tys.; pierwszej encykliki Benedykta, w której papież polemizuje z Nietzschem, sprzedało się już 7 mln egzemplarzy.

Stereotyp się posypał

Papież Wojtyła nie miał takiego dorobku pisarskiego obejmując urząd. Nie tylko z tego powodu nie mógł też liczyć na podobną sympatię czy podziw. Uchodził za postać zagadkową i nieprzewidywalną, tak jak świat za żelazną kurtyną, z którego przychodził. Pierwsze dwa lata pontyfikatu Wojtyły umocniły to wyobrażenie. Zwłaszcza w mediach podzielonej Europy zbierał cierpkie uwagi za swój polityczny mesjanizm. Ten zły wizerunek przypieczętowało odebranie prawa do nauczania w imieniu Kościoła księdzu Hansowi Küngowi, który dla opinii zachodniej był autorytetem bardziej miarodajnym w ocenie katolicyzmu niż papież. Do końca pontyfikatu Jan Paweł II nie przyjął prof. Künga i nie uwzględnił próśb teologów o ponowne rozpatrzenie jego sprawy.

Nic dziwnego zatem, że wiadomość o spotkaniu Benedykta XVI z ks. Küngiem, przyjacielem z dawnych lat, kiedy Ratzinger wykładał na tej samej uczelni w Tybindze, zrobiła wrażenie. Tak zaczął się sypać stereotyp pancernego kardynała, mocno już osłabiony wydarzeniami w kwietniu 2005 r. Wtedy to kardynał Ratzinger pokazał, jak silny duch mieszka w jego kruchym ciele, i błyskawicznie wysunął się na czoło Kościoła po śmierci Jana Pawła II. Twarde przemówienie programowe do kardynałów, w którym Ratzinger potępił dyktaturę relatywizmu, nie tylko nie wzbudziło większych protestów w obozie krytyków religii za jej dążenie do monopolu na prawdę, lecz wręcz zjednało mu nowych zwolenników. Ta dobra passa Benedykta XVI trwa odtąd właściwie nieprzerwanie. I to jest wielkie osiągnięcie papieża Niemca, któremu wybacza się potknięcia szybciej i chętniej niż papieżowi Polakowi u początków jego pontyfikatu.

Nie osłabiły tej dobrej passy Benedykta jego spotkania z lefebrystami, czyli ruchem odrzucającym soborowe reformy w Kościele. Nie zaszkodziły mu skutki jego przemówienia do świata akademickiego w Regensburgu, które islamscy ekstremiści wykorzystali do wyprowadzenia na ulice setek tysięcy muzułmanów pod hasłami antychrześcijańskimi i antyzachodnimi (zob. „Papież czyta Koran”, POLITYKA 39/06). Manipulowane masy muzułmańskie nie mają oczywiście pojęcia, co o islamie mówi współczesny Kościół katolicki i jak bardzo zależy mu na dialogu z tą religią i wyrosłą z niej kulturą. Wyznawcom islamu miał to unaocznić gest pojednania, jakim była wizyta Benedykta w Błękitnym Meczecie w Stambule. Był to gest w stylu Jana Pawła II, którego świat muzułmański szanuje najbardziej z papieży.

Ten sam azymut, inne akcenty

Ciągłe porównywanie Benedykta z jego poprzednikiem jest nieuniknione, ale z upływem czasu coraz bardziej mylące. Rekordowo długi pontyfikat Karola Wojtyły odcisnął na współczesnym Kościele piętno tak silne i głębokie, że jego następca, kimkolwiek by był, musi go kontynuować. W żadnym istotnym punkcie Benedykt XVI nie zszedł dotąd z drogi obranej przez Jana Pawła II, Pawła VI i Jana XXIII – papieży epoki soborowej. Mógł więc rozczarować nie tylko katolików zwanych progresistami, ale i katolickich ultratradycjonalistów. Zresztą progresiści chyba nie spodziewali się, że zniesie celibat, pobłogosławi sztuczną antykoncepcję i homoseksualizm, otworzy wielką dyskusję o demokracji i sprawiedliwości w Kościele, a następnie rozpędzi na cztery wiatry watykańską biurokrację i całkowicie zdecentralizuje rządy Kościołem. Przez dwa lata papież wymienił kilku dostojników na ważnych kościelnych urzędach, obniżył rangę dwóch centralnych instytucji kościelnych (rad papieskich do spraw migracji i do spraw dialogu międzyreligijnego), ale kadrowa i strukturalna rewolucja to nie jest.

Większy zawód mogą odczuwać po dwu latach panowania Benedykta katolicy konserwatywni. Nawet jeśli Benedykt ułatwi praktykowanie liturgii przedsoborowej, dopuści szerzej łacinę, nigdy nie będzie działo się to ze szkodą dla wielkiej zdobyczy Drugiego Soboru Watykańskiego – mszy w językach narodowych. Nie nastąpiło też przewartościowanie watykańskich priorytetów. Owszem, więcej się mówi o prawosławiu, mniej o judaizmie i dialogu z islamem, ale to jest zmiana akcentów, a nie azymutu. Kościół Benedykta XVI jest nadal, jak za Jana Pawła II, Kościołem broniącym praw człowieka, w tym do wolności religijnej, głoszącym „cywilizację życia”, odrzucającym ideę „zderzenia cywilizacji” jako sprzeczną z chrześcijańskim uniwersalizmem.

Przeciwstawianie Ratzingera Wojtyle nie ma sensu. Przez prawie ćwierć wieku byli zgranym tandemem u sterów Kościoła powszechnego. Różnią się osobowościami, stylem, doświadczeniem osobistym. Są to różnice ważne, ale nie fundamentalne. Była w Kościele epoka Wojtyły, epoki Ratzingera nie będzie. Dopiero następca Benedykta XVI może otworzyć jakiś nowy rozdział we współczesnej historii Kościoła.

Mimo to papież Ratzinger już wnosi swój wkład i to nawet w dziedzinie, gdzie przewaga Wojtyły wydaje się oczywista. Ratzinger nie ma talentu duszpasterskiego Jana Pawła II, a przyciągnął milion młodzieży na spotkanie w Kolonii w sierpniu 2005 r. Tłumy ściągają na audiencje generalne z udziałem papieża Benedykta tak samo jak z udziałem Jana Pawła. W 2004 r. zobaczyć i pomodlić się z papieżem Wojtyłą przyszło 2,2 mln ludzi. Audiencje i uroczystości religijne z udziałem Benedykta XVI zgromadziły w pierwszym pełnym roku jego pontyfikatu 3,4 mln. Na pewno działa nie tylko osobowość samego papieża, lecz także autorytet jego urzędu, który tak wywindował Jan Paweł II. Benedykt kapitału zaufania pilnuje i pomnaża go na swój własny sposób. Najtrudniejszy dotąd moment przyszedł dla papieża Ratzingera nie po Regensburgu (cytat antyislamski), lecz po przemówieniu w Auschwitz-Birkenau.

Ale i ono nie zniszczyło dobrego wizerunku Benedykta, choć wielu uznało je wręcz za pomniejszenie winy Niemców za hitleryzm i tuszowanie współodpowiedzialności Kościoła za zagładę Żydów. „Nie uważam tych zarzutów za słuszne – napisał Adam Michnik w eseju o Ratzingerze „Wobec walki ras i walki klas”. – Nigdy nie uznawałem pojęcia »winy kolektywnej« – szanuję Niemców, Rosjan czy Polaków, którzy czują się odpowiedzialni za winy swych rodaków, ale odrzucam praktykę narzucania im poczucia winy przez innych”. Inni publicyści zwracali uwagę na świadome nawiązania w oświęcimskiej homilii do pobożności żydowskiej. Stosunki Watykanu z Izraelem nie są dziś tak dobre jak za Jana Pawła II, ale Benedykt traktuje starszych braci w wierze z takim samym szacunkiem i rozwija teologiczny dialog z judaizmem.

Jezus ostrzegał przed bogactwem


W wydanej teraz książce o Jezusie Ratzinger obszerny fragment rozdziału o Kazaniu na górze poświęca refleksjom żyjącego amerykańskiego profesora i rabina Jacoba Neusnera. Neusner jest autorem wydanej w 1993 r. książki „Rabin rozmawia z Jezusem”. Wynik tej fikcyjnej rozmowy wybitnego żydowskiego teologa i religioznawcy z założycielem chrześcijaństwa jest taki, że Neusner zostaje przy swojej wierze, wierze mojżeszowej. Papież jest wyraźnie pod wrażeniem dzieła rabina. Niewykluczone, że ta książka była ważnym impulsem do napisania „Jezusa z Nazaretu”. Ważniejszym niż ostatni wysyp pseudonaukowych rewelacji o „prawdziwym” losie Jezusa w rodzaju „Kodu Leonarda da Vinci”.

Co zafascynowało teologa Ratzingera? Postawa rabina: „Rabbi uznaje odmienność orędzia Jezusa i odchodzi bez cienia nienawiści: chce być całkowicie wierny prawdzie, nie zapominając jednocześnie o prowadzącej do pojednania sile miłości”, pisze papież. Wydaje się, że tak też można by streścić jego własną postawę jako człowieka wierzącego, teologa i przywódcy Kościoła – całkowita wierność prawdzie, pozbawionej nienawiści prawdzie Chrystusa. Wchodzimy tu w głąb traktatu Ratzingera. Papież głosi przyjaźń z Chrystusem jako fundament wiary i kultury chrześcijańskiej. Może z tej pozycji prowadzić dialog z innymi, ale pod warunkiem, że obie strony traktują się poważnie, z szacunkiem i dążą do prawdy, a nie do wygranej w retorycznym pojedynku.

Rozmywanie własnej tożsamości, własnej prawdy jest tu wykluczone. Książka Ratzingera odrzuca podział na dwóch Jezusów – Jezusa historycznego i Jezusa wiary, czyli Syna Bożego, Chrystusa, który wcielił się w człowieka. Zakwestionowanie historyczności i autentyczności Wcielenia niszczy sedno wiary chrześcijańskiej i czyni z niej jeszcze jedną propozycję na rynku idei religijnych. Prawdziwy Jezus jest zarazem Jezusem historycznym i Chrystusem – Bogiem. Ratzinger nazywa go także nowym Mojżeszem, który jako Mesjasz przynosi całemu światu, a nie tylko Narodowi Wybranemu, nową Torę, czyli orędzie chrześcijańskie wypełniające Torę Mojżesza. I właśnie z tym nie zgadza się rabin Neusner. Ale dzięki tej różnicy spojrzenia na Jezusa papież może jeszcze lepiej uchwycić istotę Chrystusa i chrześcijaństwa, i za to jest wdzięczny rabinowi. Nie miejsce tu na bardziej szczegółową relację o papieskim traktacie. Dość powiedzieć, że to wspaniały prezent na dwulecie pontyfikatu i osiemdziesięciolecie urodzin Benedykta XVI.

Zaskakują w nim nie tylko głębia i swoboda teologicznych wywodów, lecz także wycieczki we współczesność, często polemiczne. Nie są one tylko dygresjami mającymi ożywić uczone rozważania. Wynikają z integralnego przeżywania przyjaźni z Chrystusem. Papież jest doskonale świadom zarzutów, że Bóg umarł, a chrześcijaństwo zamienia się w skansen. Nie trzeba dodawać, że ma zdanie radykalnie przeciwne. Jest dokładnie odwrotnie – zdaje się replikować w tym i wcześniejszych dziełach – to świat umiera bez wiary w Boga, w Chrystusa. I sypie przykładami, niczym surowy świecki krytyk współczesnej cywilizacji, i to raczej lewicowy. „W obliczu nadużywania potęgi ekonomicznej – pisze Benedykt XVI – w obliczu okropności kapitalizmu degradującego człowieka do roli towaru ukazały się nam niebezpieczeństwa związane z bogactwem i na nowo rozumiemy, co Jezus miał na myśli, gdy ostrzegał przed bogactwem i przed niszczącym człowieka ubóstwieniem mamony, które znaczną część świata trzyma w swych okrutnych szponach”.

Ratzinger tak pisze o Jezusie, by zdjąć z chrześcijaństwa Nietzscheańskie odium religii tchórzy i nieudaczników. Jezus nie przyniósł światu chleba i pokoju, ale nie przegrał. Przyniósł bowiem ideę uniwersalizmu chrześcijańskiego przekraczającego granice egoizmów narodowych, klanowych i klasowych. Ten uniwersalizm nie pozwala chrześcijaństwu i Kościołowi utożsamiać się z żadną konkretną opcją polityczną, bo – ostrzega papież – „cena, jaką płaci się za stapianie się wiary z władzą polityczną, zawsze polega na oddaniu się wiary na służbę władzy i na konieczność przyjęcia jej kryteriów”. Gdybyż jeszcze nasza katolicka prawica wzięła sobie do rozumu słowa Ojca Świętego.

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj