szukaj
Z tarczą na tarczy
Prezydenta George’a Busha witamy w Polsce już po raz trzeci, wkrótce do Waszyngtonu pojedzie Lech Kaczyński. Na poziomie oficjalnym stosunki z USA wyglądają znakomicie. Jednak miłość Polaków do Ameryki, niegdyś gorąca i żarliwa, dziś stygnie. A lista pretensji do Wuja Sama jest coraz dłuższa.
Sondaże dowodzą spadku popularności i prestiżu Ameryki oraz malejącego poparcia dla polsko-amerykańskiego sojuszu. Lektura złośliwych komentarzy na temat Stanów Zjednoczonych w Internecie sugeruje, że Polacy widzą w nich nowego Wielkiego Brata, który dyktuje im, co robić. Plany umieszczenia w Polsce tarczy antyrakietowej odbiera się jako przykład zależności wasalnej. Społeczna percepcja to fakt polityczny, więc polscy przywódcy muszą wyciągnąć z tego wnioski. Ale i Amerykanie powinni – jeżeli nie chcą stracić najlepszego przyjaciela w Europie.

Lista zażaleń: Waszyngton nie zwiększył nam pomocy na modernizację armii – nadal przeznacza na nią 32 mln dol. rocznie (koszt jednego samolotu). Na światowej liście jej odbiorców zajmujemy dalszą pozycję, za takimi krajami jak Pakistan czy Kolumbia. Chociaż wojska polskie kierowały sektorem w Iraku, komisja Bakera i Hamiltona nie zainteresowała się opinią Polaków szukając wyjścia z irackiego bagna. Ekipa Busha raz po raz wykazuje arogancję: jej przykładem była opisana przez Radosława Sikorskiego historia oferty w sprawie tarczy: dołączono do niej od razu wzór pozytywnej odpowiedzi. Były minister obrony i senator PiS ostrzegł rząd USA, że lekceważeniem polskich postulatów zrazi do siebie polską społeczność. Oferta w sprawie amerykańskiego systemu obrony przeciwrakietowej (NMD) przewiduje budowę w Polsce 10 wyrzutni rakiet przechwytujących rakiety dalekiego zasięgu wystrzelone z Iranu. Uzupełnieniem bazy w Polsce byłby radar wczesnego ostrzegania w Czechach. System ma bronić USA i większość terytorium Europy. Idea wydawała się atrakcyjna – ulokowanie bazy w Polsce silniej wiąże Stany Zjednoczone z Polską, ponieważ będą one broniły kraju, w którym mają swoje instalacje wojskowe. Jednak obecność NMD na polskim terytorium naraża kraj na nowe niebezpieczeństwo, gdyż właśnie z tego powodu może się on stać celem ataku. W czasie wizyty w USA w 2006 r. premier Kaczyński domagał się zatem dodatkowych gwarancji bezpieczeństwa. Amerykanie odmówili.

Dotychczasowe stanowisko USA można streścić tak: bierzcie tarczę i bądźcie szczęśliwi. Tymczasem baza zwiększa nasze bezpieczeństwo, ale przed zagrożeniami ze strony krajów, które nam nie zagrażają. W odróżnieniu od USA mamy z Iranem stosunki dyplomatyczne chłodne, ale poprawne – mówi Sikorski. Były szef MON przypomniał, że Waszyngton zapowiadał, iż „przekona Rosję do tarczy”, ale nie zrobił tego. Kreml, doskonale wiedząc, że NMD mu nie zagraża, nadal protestuje i straszy zerwaniem układów rozbrojeniowych. – Tarcza stwarza Rosjanom wymarzony pretekst do dzielenia NATO, mobilizowania opinii przeciw Zachodowi i straszenia Polaków. Mamy więc prawo przyjąć, że Rosjanie zrobią to, co zapowiadają, tj. umieszczą wokół naszych granic kilkaset rakiet średniego zasięgu wycelowanych w Polskę. Broni takiej nie trzeba użyć, żeby miała efekt polityczny. Rosjanie powiedzą: myśleliście, że Ameryka was chroni, ale to nasze rakiety są u waszych granic – mówi Sikorski.

Dyrektor wydziału ds. Europy i Eurazji w departamencie stanu, były ambasador w Warszawie Daniel Fried odpowiada, że rozumie argumenty Sikorskiego, ale nie pojmuje konkluzji, że z tego powodu Polska ma ustąpić rosyjskim żądaniom. – Sugestia, że Polska nie powinna się zgodzić na tarczę ze strachu, jest złym argumentem. Iran wyposażony w broń nuklearną będzie mógł zagrażać Europie. Nie bezpośrednio Polsce, ale Europie generalnie. A Polska nie powinna myśleć o swym bezpieczeństwie jako problemie tylko narodowym, a o bezpieczeństwie Europy jako całości – mówi Fried. Jest to bezpieczeństwo „wspólne i niepodzielne” – dodaje były ambasador i podkreśla, że USA „nie udzielą Rosji prawa weta” w sprawie tarczy w Polsce.

Wywody amerykańskiego dyplomaty nie przekonują Sikorskiego. Ma on pretensję do szefa Pentagonu Roberta Gatesa, że powiedział w Warszawie, iż Rosja nie zagraża Polsce i nie będzie jej zagrażać w przyszłości. – Z naszej analizy wynika, że kierunek wschodni jest jedynym kierunkiem, z którego nam cokolwiek grozi. Jak przewidzieć, kto będzie u władzy w Rosji za 5 czy 10 lat? Na tej samej zasadzie my możemy zapytać, dlaczego Ameryka obawia się Iranu, skoro według wywiadów upłynie od 5 do 10 lat, zanim ten kraj będzie miał broń atomową i rakiety dalekiego zasięgu – dopytuje nasz były minister obrony.

Polska wstępowała do NATO sądząc, że będzie to organizacja tradycyjna, broniąca głównie europejskiego terytorium przed zagrożeniami, do obrony przed którymi zostało powołane. – Uważaliśmy, że jesteśmy krajem leżącym na głównym kierunku zagrożenia: ze wschodu. Tymczasem mamy teraz nowe NATO, ekspedycyjne, zorientowane na takie regiony jak Bałkany, Bliski Wschód czy Afganistan. Aby jednak podtrzymać zainteresowanie i użyteczność sojuszu dla obu stron Atlantyku, musi obowiązywać niepisany kontrakt, że będziemy się angażować w operacje nowego sojuszu, które służą bezpieczeństwu Stanów Zjednoczonych, ale USA w zamian też pomyślą o nas. Irak i Afganistan to nasze gesty przyjaźni wobec Ameryki. Tarcza byłaby gestem kolejnym. Przyszedł czas na namacalny gest wzajemności, który nas upewni, że tradycyjne, transatlantyckie zobowiązania nadal obowiązują – podsumowuje Sikorski.

Jak widać, debata wokół tarczy rozwinęła się w niedobrym kierunku. System, którego uzasadnieniem miały być nowe zagrożenia, po rozpadzie ZSRR i atakach z 11 września – islamski ekstremizm i „państwa bandyckie” – trzeba tłumaczyć przed zarzutem, że prowadzi do nowej zimnej wojny. Rosji udało się pogłębić w USA wątpliwości co do planów umieszczenia bazy w Polsce i Czechach – większość mediów odnosi się do nich wrogo lub sceptycznie. Dominujący w Kongresie demokraci obcinają fundusze na budowę bazy. Moskwa usiłuje uczynić z tarczy nową kość niezgody między Ameryką a Europą, bardziej podatną na rosyjski szantaż. Starała się podzielić Unię Europejską, licząc na odrodzenie „starej” i „nowej” Europy. Udało się to częściowo – w Niemczech i gdzie indziej pojawiły się pretensje, że Amerykanie zamierzają umieścić tarczę poza NATO na mocy dwustronnych porozumień z Pragą i Warszawą. Waszyngton nie chce mieszać w to sojuszu, ponieważ, jak twierdzi, tak szerokie gremium obradowałoby nad NMD w nieskończoność, i proponuje zintegrowanie tarczy z natowskimi systemami obrony przed rakietami krótkiego zasięgu. Ale próby wbicia klina między Amerykę a Europę i podzielenia Unii się nie udają głównie dlatego, że Rosja z groźbami przedawkowała. Oraz dzięki temu, że we Francji i Niemczech rządzą dziś bardziej od swych poprzedników proamerykańscy: Nicolas Sarkozy i Angela Merkel.

Dawniej popierająca inwazję w Iraku Polska mogła coś od Waszyngtonu wytargować, choć ówczesny rząd tego nie wykorzystał.Była to sytuacja wyjątkowa, niejako nienormalna. Podział Europy i jej złe stosunki z Ameryką nie leżą w naszym długofalowym interesie – mówi polski dyplomata zastrzegający sobie anonimowość. Dziś sytuacja jest inna: ekipa Busha pogodziła się z głównymi mocarstwami UE. Ocieplenie nastąpiło zresztą wcześniej. – Ekipa Busha zrozumiała, że wobec fiaska w Iraku desperacko potrzebuje pomocy Europy i zależy jej na zjednoczonej Unii Europejskiej – mówi Charles Kupchan z nowojorskiej Rady Stosunków Międzynarodowych.

Sytuacja wróciła więc do normy – głównymi europejskimi partnerami dla Waszyngtonu są oprócz Londynu Berlin i Paryż. Polska to średni europejski kraj, ważny, o ile przyczynia się do umocnienia Unii. Rola amerykańskiego konia trojańskiego w Europie się skończyła. – Teraz chodzi o to, aby nie dać się wcisnąć w rolę Czarnego Piotrusia – mówi wspomniany polski dyplomata. To jednak stale grozi. – Przedstawiciele polskiego rządu zdają się czasem przeceniać znaczenie swego kraju jako sojusznika USA, zwłaszcza po zmianach we Francji i Niemczech. Wygląda czasem, że Polska, spierająca się z Brukselą o wiele spraw, pełni rolę psuja w UE, nie gra w drużynie – mówi Kupchan, za prezydenta Clintona szef wydziału europejskiego w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego. W ocenie pozycji Polski Zbigniew Brzeziński idzie jeszcze dalej, w zeszłym roku udzielając wywiadu „Polityce” powiedział nawet, że nasz kraj jest dziś „trzeciorzędnym sojusznikiem Ameryki” (POLITYKA 33/06).

Mimo to Sikorski uważa, że sprawa tarczy stwarza nową okazję, gdyż w USA „chwila zainteresowania Polską znowu się otworzyła”. Jego zdaniem znajdujemy się w pozycji nawet silniejszej niż w 2003 r., bo wtedy nasze poparcie wojny miało wagę „głównie propagandową”, natomiast teraz chodzi o namacalny konkret: 300 ha pod budowę bazy w miejscu, które najlepiej Amerykanom odpowiada. Co zatem należy robić? Wyjątkowo twardo negocjować, ze świadomością, że bazy wcale nie musimy mieć.

Radosław Sikorski uważa za dyskusyjny nawet koronny argument za tarczą: że gwarantuje ona, iż sojusz z USA nie będzie papierowy. Wielka Brytania – przypomina senator – miała bazę na Cyprze, ale nie uchroniło to wcale cypryjskich Greków przed inwazją Turcji (w latach 70.), która nie ruszyła bazy. Bazę 10 wyrzutni rakiet, planowaną na Pomorzu, można ewakuować drogą morską w tydzień. Lepszą gwarancją, że NATO będzie rzeczywiście bronić Polski – uważa Sikorski – byłaby lokalizacja na jej terytorium bazy AGS (Allied Ground Surveillance – sojusznicza baza rozpoznania lądowego NATO). Mogłaby ona powstać w Powidzu kosztem 4 mld euro i zatrudniać 3 tys. osób. To byłoby dopiero prawdziwe zobowiązanie. Końcowy wniosek? – Zagrożenie, którym uzasadnia się tarczę, jest mgławicowe, technologia zawodna, sprawa niesie duże ryzyko regionalne i jest niewygodna wewnątrzpolitycznie – mówi Sikorski.

W budżecie na tarczę Waszyngton nie umieścił funduszy na zaspokojenie polskich postulatów, jak baterie rakiet Patriot czy system THAAD, chociaż – jak wynika z wyliczeń byłego ministra – aby osiągnąć ten sam efekt co z tarczą w Europie, trzeba by zbudować na wschodnim wybrzeżu USA 3 lub 4 podobne bazy. – Amerykanie sądzą, że gdy przyjdzie co do czego, naszym politykom ugną się nogi w kolanach i na wszystko się zgodzą. Dlatego długofalowym stosunkom z USA dobrze zrobiłoby otrzeźwienie. Jeżeli Amerykanie nie spełnią naszych minimalnych postulatów, powinniśmy przeciągać negocjacje z nadzieją, że następny prezydent USA będzie bardziej realistyczny. Arogancja ekipy Busha wyrządziła już dość szkód w stosunkach transatlantyckich. W Busha już nie warto inwestować – dodaje.

W rozpoczętych negocjacjach działania rządu RP wydają się zgodne z tymi zaleceniami. – My się nie spieszymy. To Amerykanie są pod presją czasu – mówi polski dyplomata. Kadencja Busha upływa w styczniu 2009 r. i do tego czasu plany przewidują rozpoczęcie budowy bazy. Wynik rokowań pozostaje wszakże niewiadomą. Sikorski uważa za błąd, że rząd RP jeszcze przed rozpoczęciem rozmów oświadczył, że tarczę popiera. Rząd USA nie odsłania kart – Fried daje do zrozumienia, że wyjdzie naszym postulatom naprzeciw, ale odmawia ujawnienia, jakie gotowy byłby spełnić. Polski głos w Waszyngtonie w sprawie tarczy odezwał się publicznie dopiero w formie wspomnianego artykułu Sikorskiego. Od wizyty premiera 9 miesięcy temu nikt z naszego rządu w stolicy USA się nie pojawił.

Na przeszkodzie do udzielenia Polsce gwarancji związanych z tarczą stoi zasadnicza różnica perspektyw. – Ameryka przejmuje się polityką Putina, ale nie uważa, że trzeba fortyfikować wschodnią granicę NATO. Polska i USA żyją na innych planetach w tej sprawie – mówi Kupchan. Waszyngton wciąż liczy na pomoc Moskwy w sporze z Iranem. Jak więc przekonać Amerykanów, że warto ryzykować, bo Polska jest wartościowym partnerem? Czy docenią, że obiecaliśmy im dalszą pomoc w Iraku i Afganistanie? Fried zapowiada, że Bush będzie rozmawiał z Kaczyńskim m.in. o Rosji, Ukrainie i Białorusi. Polskie opinie w sprawach wschodniej Europy były zawsze czołowym wątkiem w kontaktach polsko-amerykańskich. Ośrodek Studiów Wschodnich lepiej zna się na Rosji niż CIA. – Jednak do pełnienia roli eksperta w sprawach rosyjskich – zwraca uwagę zastrzegający sobie anonimowość dyplomata – potrzebny jest pewien poziom dialogu z Rosją i dobre stosunki z krajami Unii Europejskiej – a z tym są problemy. Polska zyskała uznanie mediacją w czasie pomarańczowej rewolucji, ale dziś sytuacja na Ukrainie jest bardziej skomplikowana i zainteresowanie tym krajem w USA znowu spadło. Poza tym Warszawa nie ma już monopolu na zrozumienie dawnego bloku sowieckiego – Merkel i Sarkozy, ze swoimi wschodnioeuropejskimi korzeniami, też mają tu coś do powiedzenia.

Tarcza dominuje w palecie tematów do rozmów. Polsce zależy na amerykańskiej pomocy w zwiększeniu swego bezpieczeństwa energetycznego, ale możliwości rządu USA są tu ograniczone – biznes kieruje się względami komercyjnymi. Inne wątki: pomoc wojskowa i wizy straciły na znaczeniu. Polska jest krajem coraz zamożniejszym i MON ma podobno kłopot z wydaniem pieniędzy z budżetu, więc może i bez prezentów poradzi sobie z modernizacją armii. Po wejściu do UE Polacy jeżdżą tam na saksy i coraz mniej potrzebują łaski w postaci amerykańskich wiz. Ich zniesienie wciąż się odwleka, bo w Kongresie zależy na tym tylko politykom mającym polsko-amerykański elektorat, co dotyczy zaledwie kilku stanów wschodniego wybrzeża i środkowego zachodu. Ambasador w Waszyngtonie Janusz Reiter porównał starania o włączenie Polski do programu bezwizowego do pracy Syzyfa. Kiedy kamień zostanie wtoczony na górę, nikt w Polsce może tego nie zauważyć.

Związek Polski z Ameryką przechodzi z etapu romansu, gdy uczucia oparte są po części na złudzeniach, w fazę małżeństwa, w którym płaszczyzn tarcia jest dużo więcej. W dodatku małżeństwa, które nie może być całkiem partnerskie z racji ogromnej dysproporcji między jego uczestnikami i na które Polska jest niejako skazana w powodu swego nieszczęsnego położenia geopolitycznego. Z tego ostatniego obie strony zdają sobie sprawę i głównie dlatego pojawiły się objawy pierwszego małżeńskiego kryzysu. Ambasador Reiter martwi się nawet we wspomnianym wywiadzie, że Polsce grozi obsesja „antyamerykańskości”, widoczna od dawna w Europie Zachodniej, gdzie często mówi się Ameryce „nie” dla poprawy własnego samopoczucia. Do tego jednak chyba jeszcze daleko. Na razie w stosunkach z amerykańskim olbrzymem przechodzimy od sentymentów do mówienia o interesach.

Autor jest korespondentem PAP w Waszyngtonie.

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj