Nowojorskie wspomnienia 11 września
Jesteśmy bardziej uważni
Zapytaliśmy nowojorczyków o wspomnienia związane z 11 września 2001 roku, a także o to, jak oni oraz ich miasto zmienili się w czasie ostatnich 6 lat.

 

 
CAROL PHAIR

Pracownik naukowy New York University.
 

PAUL RODRIGUEZ
Artysta, grafik, mieszka niedaleko Ground Zero.
 

CARY CONOVER
Fotograf, m.in. „Village Voice" i „New York Times".
 

OWEN FRANCIS
Właściciel zakładu introligatorskiego w SoHo.
 

BEN PETTINATO
Z wykształcenia antropolog, z zawodu drukarz, z powołania artysta. Urodził się i wychował w Nowym Jorku.
"Coraz częściej myślę o tym, żeby na stałe przenieść się do Europy."
 
RHONDA ROLAND SHEARER
Artystka, badaczka historii sztuki i aktywistka.
"Znowu ktoś każe obcinać koszty zamiast zadbać o ludzkie bezpieczeństwo."

 

TED FISHER
Właściciel firmy drukarskiej przy Canal Street na dole Manhattanu.
"Wszyscy w Nowym Jorku są ostrożniejsi i uważniejsi, starają się upewnić, ze wszyscy jesteśmy bezpieczni." 
 

SOFIA PEREZ
Dziennikarka i pisarka. Urodzona i wychowana w Nowym Jorku.
 

 

YALING CHEN
Historyk sztuki, kuratorka należącej do MTA kolekcji sztuki. Urodzona na Tajwanie, w NYC mieszka od ponad dziesięciu lat.
"Chyba nie jestem też odosobniona w tym, że inaczej teraz patrzę na ludzi na ulicy czy w pociągu." 

CAROL PHAIR
Pracownik naukowy New York University.


Przez ostatnie dwa lata z nikim nie rozmawiałam o 11 września. Chyba dlatego, że tragedia była tak wielka, dotknęła wszystkich tak głęboko, iż nawet rozmowa o niej byłaby trywializowaniem. To prawda, życie toczy się dalej, ale będzie już na zawsze naznaczone katastrofą. Kiedy pierwsza wieża runęła, padłam na kolana - moje nogi dosłownie odmówiły posłuszeństwa i już tak zostały, do ostatniej eksplozji. Kiedy otrząsnęłam się z szoku, następnego dnia, pojawił się gniew: kim są ci ludzie i jakim prawem nam to zrobili? Ale dzięki temu mieliśmy poczucie bycia pewną wspólnotą - kiedy szedłeś ulicą zmartwiony lub smutny, przechodnie spontanicznie pytali, czy wszystko w porządku i czy mogą pomóc.

Ludzie jednak zapominają, bo „czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal". Tylko czasem myślę o tym jak bardzo niebezpieczne mogło było powietrze pełne pyłu i azbestu, którym oddychaliśmy przez dobre dwa tygodnie. Kiedy zdaję sobie sprawę, jakie może to mieć skutki dla mojego, ale zwłaszcza mojej córki, zdrowia, znów wpadam w gniew. Od 2001 roku leczę się na depresję.

Trzeba uszczelnić granice i rząd idzie w dobrym kierunku, choć mógłby robić więcej. Cieszę się, że zaostrzono kontrole na lotniskach. Powiem więcej, mimo że nie będzie to poprawne politycznie: powinno się je nasilić zwłaszcza w stosunku do muzułmanów. Nie czarujmy się - to w końcu oni stali za zamachami. Z drugiej strony, czy jeśli następny wariat-ekstremista zaplanuje samobójczy zamach na, powiedzmy, Times Square, będziemy w stanie go powstrzymać? Nie.


PAUL RODRIGUEZ
Artysta, grafik, mieszka niedaleko Ground Zero.


Myłem podłogę w kuchni, kiedy usłyszałem syreny strażackie i wozy policyjne. Mimo że dźwięki takie są normalne w tej części miasta, coś mnie tknęło. Włączyłem telewizor - cisza, radio - też nic. Po kilku minutach moja przyjaciółka zadzwoniła z wiadomością: „Samolot uderzył w wieże WTC, metro nie działa a wszystkie mosty są zamknięte przez policję. Nie mam jak wrócić na Brooklyn". Przyszła do mnie, wypiliśmy całą butelkę tequili i słuchaliśmy małej lokalnej rozgłośni z New Jersey. Dziwne, bo choć wyżłopaliśmy całą butelkę, nie byliśmy nawet zawiani (ten błąd naprawiłem później, udając się do pobliskiego baru).

Następny dzień był trudniejszy - poszedłem w stronę Ground Zero z kolegą, który twierdził, że dzieje się tam historia i koniecznie musimy to zobaczyć. O mało mnie nie aresztowano. Pamiętam ulgę przesłuchującej mnie z pistoletem przy głowie policjantki, kiedy usłyszała moje nazwisko i nie brzmiało ono z arabska. Jej przełożony nawet mnie przeprosił, tłumacząc, że wszyscy są w napięciu. To był sygnał, że rzeczy nie toczą się swoim torem: nowojorski gliniarz przeprasza?

Ale na poważnie, Nowy Jork zmienił się zaraz po 11 września, tak jakbyśmy wszyscy zawarli niepisaną umowę - „nasi" zginęli, musimy się trzymać razem. To poczucie solidarności mocno się rozmyło, a atak na Irak nasilił wrogość do Ameryki, tym razem ze wszystkich stron świata. To zupełnie tak, jakbyśmy po japońskim ataku na Pearl Harbor ogłosili wojnę z Australią. Irak nie miał nic wspólnego z atakiem na World Trade Center, a ludzie, którzy tę tragedię spowodowali, ukrywali a może i nadal ukrywają się w Afganistanie, Arabii Saudyjskiej i Sudanie. Od inwazji na Irak nie nazywam sam siebie Amerykaninem, raczej nowojorczykiem. Kiedy tylko widzę ludzi rozwieszających flagi z hasłami popierającymi naszą misję w Iraku, chce mi się cisnąć wiązką niecenzuralnych wyrazów.




CARY CONOVER
Fotograf, m.in. „Village Voice" i „New York Times".


Spałem, kiedy się zaczęło. W moim ówczesnym mieszkaniu, przy Stanton Street numer 9/11. Ale ktoś mi ciągle przeszkadzał - a to domofon, potem znów telefon, chwilę później ktoś załomotał do drzwi. Był to mój sąsiad Gavin, który przerażony, z kremem do golenia na twarzy, wydyszał że samolot uderzył w World Trade Center. Ubrałem się, zabrałem sprzęt fotograficzny i wszedłem na dach budynku. Poranek był tego dnia piękny i bezchmurny, dzięki czemu wyraźnie zobaczyłem wielką dziurę ziejąca w Północnej wieży WTC. Najpierw pomyślałem: jak oni to naprawią? Przez szkło aparatu widziałem jak drugi samolot uderzył w wieżę Południową, ale dopiero po kilku sekundach doleciało mnie crescendo gniecionego metalu, szkła i betonu. Naciskałem spust migawki bez przerwy, instynktownie. W końcu zdecydowałem, że wejdę na Most Brooklyński, z którego najlepiej widać miasto. Już na moście usłyszałem pojedyncze jęki, ludzi zakrywających rękami usta, jęczących „Nie!". Ja sam wydałem wtedy dźwięk podobny do skowytu zranionego zwierzęcia - implodowała pierwsza Wieża.

Kiedy minął pierwszy szok, ludzie zaczęli iść w stronę Brooklynu. Ja wróciłem na Manhattan, pod prąd. Nigdy nie zapomnę tego zapachu, dymu, szlochających ludzi przykrytych białym pyłem.

Każdy z moich przyjaciół radził sobie z tym przeżyciem inaczej. Mój ówczesny współlokator Craig, także fotograf, nie lubił o tym rozmawiać, nie chciał o 11 września słuchać i właściwie przestał być fotografem. Coś się w nim wypaliło. Ale większość mówiła: musimy być silni, nie pozwolimy, by ta tragedia nas złamała. Teraz, z perspektywy, mogę tylko powiedzieć, że po raz pierwszy poczułem wtedy jak może czuć się człowiek, który stracił bliską osobę. Może trochę dzięki temu dorosłem? Ale przede wszystkim ktoś zrobił wielką krzywdę mojemu miastu. Poczułem że jeszcze bardziej chcę tu mieszkać, zostać, nie dać się. Co więcej - chcę dołożyć swoją cegiełkę, śledzić i być kronikarzem wypadków po 11 września, bo historia cały czas się dzieje.

OWEN FRANCIS
Właściciel zakładu introligatorskiego w SoHo.


Pamiętam, że był to wtorek, bo w poniedziałek, 10 września, mój ojciec obchodził urodziny. Byłem spóźniony, a kiedy szedłem do pracy, ludzie patrzyli w stronę World Trade Center, i powiedzieli mi, że mały samolot rozbił się o jedną z wież. „Wypadek" - pomyślałem i zająłem się pracą, bo miałem pilne zlecenie. Ale przez cały czas słuchałem radia i w pewnym momencie zdałem sobie sprawę z tego, że sprawa jest poważniejsza niż myślałem. A potem usłyszałem tąpnięcie.

Po zawaleniu się obu wież telefony komórkowe zamilkły, moja linia naziemna cały czas działała, udostępniłem więc telefon ludziom, którzy masowo o to prosili. Nie chcąc przeciążać linii mówiłem, że mogą użyć telefonu tylko jeśli jest to sprawa życia i śmierci. Dopiero dzień później przypomniało mi się, że moja była dziewczyna pracowała w World Trade Center. Może to dziwne, może byłem w szoku, ale nawet nie próbowałem się z nią skontaktować. Do dziś nie wiem (i chyba nie chcę wiedzieć) co się z nią stało.

Cały Dolny Manhattan był zablokowany przez tydzień - tylko okoliczni mieszkańcy, po okazaniu dokumentów, mogli przebywać w tej strefie. Chciałem iść do pracy, ale przez tydzień nie mogłem się dostać do mojego sklepu. Straciłem około 40 procent dochodów tego roku, 3 lata zajęło mi wyjście na finansową prostą. Co prawda banki oferowały pożyczki, by wesprzeć lokalne biznesy na dolnym Manhattanie, ale nie chciałem niczyjej pomocy. Przez dwa lata żyłem na minusie: nie chodziłem do restauracji, przestałem zabawiać się hazardem, jednym słowem: zacisnąłem pasa. W tej chwili moje życie się polepszyło, a ogląd świata i wielkiej polityki nieco się zmienił. Nie jestem zwolennikiem terroryzmu, ale uważam że ktoś, kto dla nas jest terrorystą, dla innych może być bojownikiem o wolność. Weźmy historię Ameryki - państwo to zostało założone przez terrorystów, przynajmniej za takich uznawali ich Brytyjczycy. A Wałęsa? A Mandela?

Jak mówię, nikogo nie bronię ani nie winię, ale Osama Bin Laden został wyszkolony przez Amerykanów, by walczyć w Afganistanie z Rosjanami. Kiedyś był naszym sojusznikiem, teraz jest wrogiem. Chcę przez to powiedzieć, że polityka to brudna gra, w której nie wygrywa nikt. Nie warto się więc nią emocjonować, trzeba robić swoje. Po 11 września poczułem potrzebę czegoś stabilnego, zapragnąłem założyć rodzinę. Kilka dni temu oświadczyłem się mojej dziewczynie, która powiedziała „tak".

BEN PETTINATO
Z wykształcenia antropolog, z zawodu drukarz, z powołania artysta. Urodził się i wychował w Nowym Jorku.
"Coraz częściej myślę o tym, żeby na stałe przenieść się do Europy."

Doskonale pamiętam tamten dzień - siedziałem tu, gdzie teraz, w moim biurze, mniej niż milę od World Trade Center. Kiedy nastąpiła katastrofa, było masę paniki i rozpaczy - ale też niedowierzania, mimo że widzieliśmy wszystko z tak bliska. W parę tygodni później turyści już fotografowali się na tle ruin. Nie byłem specjalnie tym zdziwiony ani rozzłoszczony, w końcu taka chorobliwa fascynacja katastrofą to część ludzkiej natury: mimo tysiącleci ewolucji jesteśmy ciągle jedynie bardziej ambitnymi małpami. Nie sądzę też, byśmy za sprawą tego wydarzenia choć odrobinę zmądrzeli czy nauczyli się czegoś jako gatunek. Irytuje mnie tylko jedna rzecz: to jak bezwstydnie tragedia 9-11 została wykorzystana jako pretekst do wojny. Przerażające, jak mało osób zadało w kontekście całej sprawy naprawdę istotne pytania: co tak naprawdę było powodem tego ataku? Jaka polityka przywiodła nas do tego punktu?

Skoro o tym, mowa, uważam, że 9.11 należy już dziś do historii; jedynie ci bezpośrednio dotknięci katastrofą myślą o tym wydarzeniu inaczej. Reszta po prostu żyje dalej, jakby nigdy nic. Jedyne, czego wszyscy doświadczamy jednakowo, to uczucie utraconej jedności. Pamiętam,jak zaciekłe były spory polityczne w tygodniach po ataku, jak skrajne i emocjonalne postawy prezentowali biorący w nich udział. Podziały, które się wtedy ujawniły, trwają, nawet po tych sześciu latach, i to często nawet pomiędzy przyjaciółmi. Przestałem w ogóle dyskutować na tematy polityczne z niektórymi znajomymi, bo wiem, że nie ma szans, żebyśmy się zgodzili.

Poza tym zmieniło się niewiele. Może tylko takie powierzchowne głupoty, jak ta akcja "If you see something - say something" („Zobaczyłeś coś? Zareaguj!"), którą raczą nas w metrze - krótko mówiąc, namawianie ludzi, by donosili jedni na drugich. Moim zdaniem nie ma szans, żeby to działało. Mimo całego tego gadania o podwyższonej gotowości, nadzwyczajnych środkach, żółtych, czerwonych i fiołkowych alarmach - kiedy coś się naprawdę stanie, cała machina staje, jak przekonaliśmy się ostatnio przy okazji wybuchu na 42 Ulicy czy awarii komunikacji po przejściu wielkiej burzy kilka tygodni temu. Władze jedynie straszą ludzi, by łatwiej ich kontrolować i zapobiegać stawianiu niewygodnych pytań. Masa pieniędzy została wydana nie wiadomo na co, a bezpieczeństwo kraju i miasta wcale się moim zdaniem nie poprawiło - wręcz przeciwnie. Najwyraźniej urzędnicy - i federalni, i miejscy - nie robią tego, co do nich należy.

Owszem, myślałem o tym, żeby wyjechać z Nowego Jorku po 9.11, ale bynajmniej nie dlatego, że się boję terrorystów. Mam po prostu dość irytowania się na mój rząd i nie widzę sposobu, by coś skutecznie zmienić: szansa na amerykańskiego przywódcę, za którego nie musiałbym się wstydzić, są w bieżącej chwili niemal żadne. Coraz częściej więc i coraz poważniej myślę o tym, żeby na stałe przenieść się do Europy.

RHONDA ROLAND SHEARER
Artystka, badaczka historii sztuki i aktywistka. Po ataku z 11 września była osobiście zaangażowana w niesienie czynnej pomocy strażakom i policjantom pracującym na Ground Zero.
"Znowu ktoś każe obcinać koszty zamiast zadbać o ludzkie bezpieczeństwo."

Byłam w powietrzu, na pokładzie samolocie z Mediolanu, kiedy usłyszeliśmy informację, że coś strasznego stało się w Nowym Jorku. Samolot zawrócono i utknęliśmy w Halifaxie, w Kanadzie. Nie dało się tego wszystkiego wytłumaczyć inaczej niż atakiem atomowym, więc przez jakiś czas próbowałam zmierzyć się z myślą, że moja rodzina, cały dobytek, wszyscy znajomi - przepadli. Inny szok: jako obywatelka USA zawsze się łudziłam, że amerykański paszport to magiczna przepustka, oznaczająca, że mój rząd wydobędzie mnie z każdej opresji. A tu tymczasem - jestem jak uchodźca: stoję z innymi pasażerami, okutana kocem, bagaże w rządkach, psy nas obwąchują... Rząd Kanady nie chciał ani nas przyjąć, ani wypuścić, więc tkwiliśmy tam wiele godzin, nie wiedząc, co z nami będzie. Cały czas myślałam tylko o tym, żeby wrócić do domu - mimo, że mój dom był niecały kilometr od strefy dotkniętej katastrofą.

Po powrocie zaangażowałam się w pomaganie policji i strażakom - wciągnęła mnie w to moja córka, która odkryła niemal natychmiast po katastrofie, że ludzie na dole pracują bez podstawowych narzędzi, więc po prostu wyniosła z mojej pracowni rzeźbiarskiej wszystko, co mogło się przydać na Ground Zero: narzędzia do spawania, maski ochronne... Kiedy sama zaczęłam wykonywać telefony i organizować pomoc, okazało się, że pomimo, iż nikt we władzach miasta nie miał pojęcia, jak się do tego zabrać (niekompetencja była porażająca - nikt nie potrafił zamówić dla robotników właściwych masek ochronnych, sama widziałam!), urzędnicy krzywo patrzyli na chętnych do pomocy z zewnątrz. Każda inicjatywa, choćby nawet niezbędna i naprawdę pomocna, traktowana była jak otwarty atak. Widać tak to już jest z biurokracjami.

Nie zapomnę pierwszego razu, kiedy znalazłam się na Ground Zero: przytłoczenia rozmiarami tej katastrofy, ogromem zniszczenia - uczucia pustki. To było tak przygnębiające i tak intensywne, że nawet duchowni, którzy tam byli, czuli się emocjonalnie i moralnie przytłoczeni. Nie chciałabym nigdy więcej doświadczyć niczego podobnego. Jestem ekstremistką, jeśli chodzi o pomysł na to, co powinno się stać z miejscem, gdzie stało World Trade Center. Najchętniej zostawiłabym wszystko tak, jak było po zawaleniu się Bliźniaczych Wież: tę kupę gruzu, poskręcanej stali, tę ziejącą dziurę. Mogliśmy sobie na to pozwolić, jako kraj i jako miasto; z pewnością żadne inne pomniki nie będą działać równie mocno jako memento przeciw przemocy. Nie ma potrzeby budować żadnych wielkich pomników, i bez nich wszyscy nieustannie myślą o tym, co się tu stało. Ktokolwiek mieszka w Nowym Jorku, odczuwa brak i zmianę za każdym razem, kiedy patrzy w dół Manhattanu i nie widzi wież, które przez tyle lat były nieodzownym punktem orientacyjnym. Ale może trzeba było wszystko odbudować dokładnie takie, jakie były przed katastrofą? W każdym razie każde rozwiązanie pasowałoby mi bardziej niż te polityczne przepychanki, które Giuliani i jego następcy nam zafundowali. Nikt prawie o tym nie wie, ale na Ground Zero ciągle znajduj się setki szczątków ofiar. Burmistrz Giuliani podjął zupełnie niepotrzebną i nieodpowiedzialną decyzję, kiedy z ekonomicznych pobudek kazał przerwać akcję ratunkową. Przez to rodziny ofiar nacierpiały się bardziej, niż to było konieczne - a naukowcy stracili szanse, by na przyszłość lepiej zapobiegać podobnym nieszczęściom. Pamiętam doskonale, jak po całych Stanach kursował pociąg, wiozący stal i gruz z World Trade Center - a na jego przedzie był wymalowany portret burmistrza. Giuliani wolał wykorzystać resztki WTC do realizacji swoich politycznych ambicji niż pozwolić na prawidłowe przeprowadzenie akcji ratunkowej i późniejszych badań. Co zaś jest już całkiem nie do przyjęcia - mimo tego, że wiadomo, iż przy budowie WTC łamano niezliczone przepisy, nikt nie zadaje sobie trudu, żeby nie popełniać dwa razy tych samych błędów. Nie ma stali z WTC, więc nie ma dokładnych badań i nie ma na czym się uczyć. Tymczasem znowu ktoś każe obcinać koszty zamiast zadbać o ludzkie bezpieczeństwo, i znowu komuś to uchodzi na sucho. Z tym mam największy problem.

TED FISHER
Właściciel firmy drukarskiej przy Canal Street na dole Manhattanu.
"Wszyscy w Nowym Jorku są ostrożniejsi i uważniejsi, starają się upewnić, ze wszyscy jesteśmy bezpieczni."

Jedenastego września rano jechałem do pracy przez West Side Highway i słuchałem audycji Imusa w radiu; ktoś zadzwonił i powiedział, że mały samolot uderzył w World Trade Center. Akurat dojeżdżałem do biura, nieopodal Canal Street; widziałem pożar. Miałem przy sobie aparat fotograficzny, więc zrobiłem parę zdjęć. Kiedy dojechałem do pracy, poszedłem na górę budynku zobaczyć, co się dzieje. Masę osób tam już stało, obserwując wydarzenia. Widzieliśmy, jak runęły wieże; widzieliśmy, jak ludzie skakali z okien płonących budynków. To był koszmar: kobiety płakały, mężczyźni zastanawiali się, jak powinniśmy się ewakuować. Cały czas robiłem zdjęcia. W parę dni po katastrofie ci, co wiedzieli, że mam te fotografie, zaczęli mnie prosić o kopie. Razem ze znajomym grafikiem postanowiliśmy więc zrobić z nich pamiątkową broszurę. Wydrukowałem to u siebie i rozdałem ludziom. Część kopii trafiła do strażaków i wylądowała w pamiątkowych gablotach, których mnóstwo się wtedy widywało.

Nie wierzę w żadne z tych teorii spiskowych, o których tyle się słyszy: jak dla mnie jest dość dowodów, by wierzyć, że za zagładą WTC stali ludzie Al-Kaidy. Przyznali się do tego, nawet okazali radość z powodu katastrofy. Czułem wielką złość, kiedy to się stało, i chciałem wziąć odwet na tych, którzy ponosili odpowiedzialność za tę tragedię. Nawet, jeśli to nie Irak za tym wszystkim stał - moim zdaniem to dobrze, że zajęliśmy się zdemontowaniem reżimu, który przez tyle lat irytował nie tylko Amerykę, ale i ONZ. Jedyne, co mi przeszkadza, to że powody do agresji były kłamliwe; wychodzi na to, że nie powinniśmy w ogóle być w Iraku.

Przed 9.11 nie zdawałem sobie sprawy, że ludzie zdolni są do aż takiego zła - a już szczególnie w imię religii. To był dla mnie szok, uświadomić sobie, że jest taka masa ludzi, którzy chcą zaszkodzić temu krajowi i jego mieszkańcom. Moi rodzice przybyli do Ameryki jako imigranci z Austro-Węgier; byli tam bardzo biedni i źle ich traktowano. Tutaj byli w stanie prowadzić dostatnie życie, opłacić mnie i mojemu rodzeństwu znakomitą edukację; myślę, że każdy, kto tu przyjeżdża - nieważne, chrześcijanin, muzułmanin czy żyd - ciągle ma szansę osiągnąć to, co im się udało, jeśli tylko pracuje wystarczająco wytrwale. Dlaczego ktoś miałby chcieć zniszczyć Amerykę, która daje ludziom takie wspaniałe możliwości, która udziela pomocy finansowej krajom na całym świecie?

Po katastrofie czułem wielki smutek, ale do głowy mi nie przyszło, żeby się wynosić z Nowego Jorku. Kocham to miasto; urodziłem się tu i wychowałem. Nowy Jork jest ciągle cudowny, pełen energii - świetne miejsce. Tylko że nie da się tu nie myśleć o 9.11. Myślę o tym niemal codziennie, idąc do pracy - nasz budynek stoi nad wjazdem do Holland Tunnel i widzi się masę tych nowych zabezpieczeń, które Port Authority zamontowało. Wszyscy w Nowym Jorku są ostrożniejsi i uważniejsi, bardziej przyglądają się, co inni robią, starają się upewnić, ze wszyscy jesteśmy bezpieczni. Ta napięta uwaga i smutek będą z nami zawsze, a przynajmniej nie miną za mojego życia.

SOFIA PEREZ
Dziennikarka i pisarka. Urodzona i wychowana w Nowym Jorku.


Byłam w redakcji pisma, w którym pracowałam, na Bleecker Street, kiedy to się stało - musiałam przejść piechotą przez całe miasto, żeby wrócić do domu, na Queens. Pamiętam doskonale, że w całym tym zamieszaniu wszyscy mówili tylko o jednym - o powrocie do domu, gdziekolwiek on był. Dziwny instynkt, jak u gołębi. To może dziwnie zabrzmieć, ale kiedy teraz to wspominam, dochodzę do wniosku, że dla mnie całe doświadczenie obróciło się ku dobremu: moje miasto okazało się niezłomne i pełne międzyludzkiej solidarności, a te jego cechy, które zawsze ceniłam sobie najbardziej, przetrwały mimo najgorszych przeciwności losu.

Owszem, byłam wściekła, patrząc na turystów, którzy fotografowali się na tle Ground Zero. Kusiło mnie, żeby podejść do nich i zapytać - co, kurczę, w ramki sobie tę fotkę oprawisz? Nie podobało mi się też, jak media prezentowały całe zajście: to nieustanne odtwarzanie tych samych klipów w kółko nie budziło większego współczucia, raczej zabijało te autentyczne odczucia, które ludzie na początku mieli, zamieniało prawdziwe zdarzenie w jeszcze jeden film katastroficzny. Mam też spory problem z tym, że nagle Nowy Jork - miasto uważane za nieamerykańskie przez resztę obywateli tego kraju - nagle znalazł się na sztandarach w pochodzie ku celom, które nie mają nic wspólnego z tym, co Nowy Jork reprezentuje. Wczoraj nas nie lubili - dziś wysyłają koce i skarpety. Mimo to uważam, że 9.11 to nie tylko nowojorskie doświadczeniem: to, co się stało, dotyczy wszystkich Amerykanów. Mam nadzieję, że poszerzy to trochę ludziom horyzonty - może przynajmniej część z nich dostrzeże wreszcie, ze świat nie kończy się na Ameryce. Co do teorii spiskowych, to myślę, że sam fakt ich istnienia jest interesujący - najwyraźniej ludzie zaczynają kwestionować oficjalne wersje, co świadczy o tym, że przychodzi im do głowy, że nasze władze straciły zaufanie obywateli.

Nie zachwycałam się architekturą World Trade Center, kiedy ciągle istniało, choć to miejsce istniało na mojej prywatnej mapie miasta. Kiedy ktoś znajomy przyjeżdżał z innego stanu, zabierałam go na taras widokowy, bo panorama stamtąd nie miała sobie równych; lubiłam chodzić do oranżerii przy World Financial Center; moi rodzice świętowali rocznice ślubu w restauracji Windows of the World... Kiedy nagle zabrakło Bliźniaczych Wież, zaczęłam o nich myśleć jak o utraconym członku rodziny - no wiesz, jak o takiej ciotce, której się specjalnie nie lubiło, i dopiero po jej śmierci zaczyna doceniać i tęsknić. Nie mam skonkretyzowanej wizji, co powinno stanąć na miejscu WTC, ale na pewno nie chciałabym, żeby projekt zagospodarowania Ground Zero skupił się na robieniu kasy, a nie na upamiętnianiu wydarzenia i jego ofiar.

Czy moje życie zmieniło się po 9.11? Może na pewien czas tak, ale ileż w końcu można żyć w ten sposób? W którymś momencie coś się dzieje i człowiek sobie uświadamia, że tak naprawdę nigdy nie jesteśmy bezpieczni. Dla mnie takim momentem była katastrofa samolotowa nad Rockaways, dwa miesiące po ataku na WTC. Kiedy to się wydarzyło, pomyślałam sobie: rany, ci ludzie byli we własnych domach, jedli śniadanie - i nagle buch! Skoro więc nigdy nie jesteśmy stuprocentowo bezpieczni, może równie dobrze można uznać, że jesteśmy super bezpieczni przez cały czas i nie ma potrzeby żyć w nieustannym lęku. Znam ludzi, którzy po 9.11 miesiącami nie korzystali z metra i non stop łykali pastylki uspokajające. Znam takich, co uznali, że to jest koniec świata - i skutkiem tego albo wracali do porzuconych partnerów, albo uprawiali seks na prawo i lewo, próbując się w ten sposób jakoś uspokoić. Paradoksalnie, dla wielu doświadczenie patrzenia na tyle zniszczenia i śmierci było powodem, by poczuć się bardziej żywym, by zacząć doceniać i korzystać z tego, co jest nam dane.

YALING CHEN
Historyk sztuki, kuratorka należącej do MTA kolekcji sztuki. Urodzona na Tajwanie, w NYC mieszka od ponad dziesięciu lat.
"Chyba nie jestem też odosobniona w tym, że inaczej teraz patrzę na ludzi na ulicy czy w pociągu."

Mieszkałam w Nowym Jorku już od dobrych paru lat, kiedy o się stało. Najmocniej pamiętam kompletny surrealizm całej sytuacji: szłam właśnie do pracy, w SoHo, kierując się na południe - a nagle wszyscy ludzie gnali w przeciwnym kierunku. Pamiętam doskonale przerażone, zaszokowane twarze przechodniów. Pamiętam też jedno zabawne zdarzenie: dwóch moich kolegów, którzy w codziennych relacjach nigdy nie mogli dojść do porozumienia, nieoczekiwanie pogodziło się, kiedy dotarła do nas wiadomość o ataku - nagle obydwaj byli stuprocentowo zgodni co do tego, że muszą natychmiast wyjść, nie czekając na nikogo...

W pewien sposób zaczęłam podawać w wątpliwość amerykańską wizję świata. Bardzo mnie zirytowały prasowe ataki na Susan Sontag, która ośmieliła się zauważyć, że terroryści, którzy dokonali ataku na WTC, zasługują na wiele obelg, ale nie na to, by ich nazywać tchórzami. Pamiętam też inne dziwne zdarzenie: trafiła w moje ręce mała książeczka pamiątkowa, wykonana przez dzieci z podstawówki, która przeznaczona była dla nowojorskich strażaków. Pełno w niej było stwierdzeń, które nie miały nic wspólnego z prawdą - to przerażające, kiedy sobie człowiek uświadamia, że ktoś - rodzice, nauczyciele, pani z telewizora - nakładł tych bzdur dziecku do głowy! To wszystko bardzo dało mi do myślenia i ugruntowało moje przekonanie, że warto mieć otwartą głowę i unikać postrzegania świata przez pryzmat stereotypów.

Co do Ground Zero, nie należę do zwolenników tej idiotycznej Freedom Tower, którą zamierzają tam postawić. Myślę, że w tej inwestycji chodzi wyłącznie o pieniądze i przepychankę do władzy; nie ma to nic wspólnego z upamiętnianiem 9.11. A skoro o tym mowa - co doprowadzało mnie do najprawdziwszej furii zaraz po katastrofie, to ludzie, którzy próbowali natychmiast zarobić na tragedii. Nad zgliszczami jeszcze dym się nie rozszedł, a już kramarze sprzedawali pamiątki i koszulki. Byłam tak oburzona, że nawet kilka razy nakrzyczałam na tych handlarzy, domagając się, żeby zwinęli się z tym swoim chłamem. Niestety, niewiele to pomogło: zbyt wiele osób widziało w tym szanse na łatwe pieniądze. Nie zmienia to faktu, że do dziś mnie to oburza.

Myślę, że powinniśmy po prostu przejść nad tym wszystkim do porządku dziennego, przestać się nad sobą rozczulać i rozdrapywać rany. OK, to była wielka tragedia - ale dziś jej miejsce jest w książkach do historii. Ludzka wytrzymałość ma swoje granice, życie toczy się dalej, ludzie muszą żyć, bawić się, robić zakupy. To prawda jednak, że coś z tamtych wspomnień pozostaje w człowieku na zawsze. Miałam ostatnio małe deja vu, kiedy wracałam z pracy w dniu, kiedy wybuchła rura - niedaleko mojego biura, na 42. Ulicy: znowu szłam w przeciwnym kierunku niż wszyscy dookoła, uciekający z miejsca wybuchu. Wyraz twarzy przechodniów dokładnie przypomniał mi wydarzenia ranka 11 września, sześć lat temu... Chyba nie jestem też odosobniona w tym, że inaczej teraz patrzę na ludzi na ulicy czy w pociągu - zawsze się zastanawiam, czy to swoi, czy wrogowie i czego się po nich można spodziewać.

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj