szukaj
Imigranci w USA: amerykańska ksenofobia?
Oddział zamknięty
Być jak Amerykanin. To nieosiągalny cel kilkunastu milionów mieszkańców USA.

"Tylko nieliczne spośród ich dzieci uczą się angielskiego. Nazwy naszych ulic już pisane są w dwóch językach. Jeśli nie przerwiemy ciągłego ich napływu, wkrótce nas zaleją, tak że nie będziemy w stanie ocalić języka i zagrozi to naszym rządom" - wielu Amerykanów, zwłaszcza tych konserwatywnych, mogłoby się dziś podpisać pod tymi zdaniami. Autorem tego mało znanego cytatu jest niejaki Benjamin Franklin. W 1750 roku niepokoił się o los takich jak on "tubylców", zagrożonych, jego zdaniem, przez imigrujących masowo do Ameryki Niemców, którą to grupę Ojciec Narodu widział jako "najgłupszą część niemieckiej nacji".

 

Wynika z tego, że państwo amerykańskie już u swego zarania przyjmowało imigrantów, ale bez wielkiego entuzjazmu. Argumenty zawsze były te same: przyjezdni stanowią tanią siłę roboczą, obniżają więc stawki wynagrodzeń, przez co "rodowici" Amerykanie tracą stanowiska pracy. Ludność napływowa stanowi także zagrożenie dla kultury amerykańskiej, importuje bowiem ze sobą obce kryteria moralne i religię, i nie asymiluje się z ludnością lokalną. Czasem tylko daje się słyszeć cichy głos tych, którzy twierdzą, że nie istnieje coś takiego jak amerykańska kultura czy kuchnia. Weźmy choćby taki blues czarnych niewolników, przemysł filmowy Hollywood stworzony przez żydowskich imigrantów z Rosji i Polski, oraz hamburgera przywiezionego z Hamburga, pizzę z Włoch i bajgla z krakowskiego Kazimierza.

Amerykańska ksenofobia wyrażała się w USA na wiele sposobów - zakazem kupowania ziemi przez cudzoziemców (w Pensylwanii, na początku XVIII wieku), panicznym strachem przed krucjatą religijną (w Bostonie purytanie wieszali kwakrów, a w Virginii anglikanie wsadzali do więzień baptystów, wszędzie natomiast dyskryminowano katolików, odmawiając im prawa do głosowania i publicznych stanowisk).

Nawet stawianie murów na granicy z Meksykiem to nie jest wymysł administracji George'a Busha - już w 1788 roku gubernator Nowego Jorku John Jay proponował wybudowanie "mosiężnego ogrodzenia, które odgrodzi nas od katolików". Dziś rzeczony mur jest już faktem - od południowej Kalifornii, przez Arizonę aż po Teksas budowane jest tysiąckilometrowej długości ogrodzenie, które ma uszczelnić Amerykę przed inwazją ludności meksykańskiej. Jednak, jak na razie, nawet z murem, tylko jeden na pięciu Meksykanów przekraczających zieloną granicę jest chwytany i zawracany. Dla wielu z nich gra jest warta świeczki - przeczekują kilka dni, czasem miesięcy, płacą grube pieniądze szmuglerom i próbują ponownie, nierzadko w nieludzkich warunkach, przedostać się do raju na północy.

Według różnych szacunków, w USA przebywa obecnie od 12 do 20 milionów nielegalnych imigrantów. I wcale ich nie ubywa, choć nie mają tu łatwego życia, zwłaszcza po 11 września 2001 roku. Zaraz po atakach na World Trade Center rząd uchwalił bowiem tzw. Patriot Act, który m.in. ograniczył mocno możliwość ubiegania się o korektę statusu imigracyjnego.

Właśnie 11 września był katalizatorem nowych antyimigracyjnych nastrojów, podsycanych przez politycznych demagogów. Tymczasem problemem staje się fakt, że w nowoczesnym państwie prawa, nadal uważanym za supermocarstwo, istnieje ogromna szara strefa podludzi, którzy nie mają żadnych praw, pracują po 16 godzin na dobę, a przez pozostałe 8 boją się o swój los.

 

"Zawsze mogą wrócić, nikt ich na siłę nie trzyma" - to ulubiona riposta przeciwników przyznawania imigrantom większych praw. Tak zrobiła 33-letnia Rosa, kiedy w 1996 roku skończyła college w stanie Nowy Jork. Mimo że ma dwa fakultety, nie mogła znaleźć legalnie pracy w swoim zawodzie. Jej wiza turystyczna wygasła po dyplomie, wróciła więc do Meksyku, gdzie pracowała 12 godzin dziennie, w świątek, piątek i w niedzielę, jako szwaczka, zarabiając dolara na godzinę. Wytrzymała dwa lata, wróciła do Nowego Jorku pociągiem (podróż zajęła trzy dni), tym razem z wizą turystyczną i - została. . W październiku wzięli biały ślub, po którym dziewczyna przeniosła się do Teksasu, by być bliżej rodziny. Tymczasem Mark został w Nowym Jorku.

29 października obchodzilibyśmy kolejną rocznicę na odległość, gdyby nie to, że właśnie na ten dzień sędzia w Teksasie wyznaczył nam sprawę rozwodową. To w pewnym sensie metaforyczne - mówi 35-letni nowojorczyk. Na pytanie, czy nigdy nie przeszło mu przez myśl, że robi coś nielegalnego i grozić mu może za to nawet do 5 lat więzienia, wzrusza ramionami: Nie mam wątpliwości, że dobry adwokat wyciągnąłby mnie z tarapatów, ale tak między nami, byłem chyba wtedy młody, dość głupi i nie myślałem o tym że łamię prawo. Chciałem pomóc przyjaciółce, która marnowałaby inaczej swoje zdolności i wykształcenie harując w sweatshopie.

Mniej szczęścia miał Jaime Arellano Cruz, który pracuje w jednym z barów w SoHo na Manhattanie jako przynieś - podaj - pozamiataj. W Meksyku pracował w fabryce, przyjechał do Nowego Jorku 8 lat temu, jako turysta. Wiedział jednak, że zostanie tutaj na czas nieokreślony, bo nie był w stanie utrzymać się za robotniczą pensję w swojej ojczyźnie. Zaczął pracę w warsztacie samochodowym, ale wkrótce jego pracodawca nabrał podejrzeń i zażądał pozwolenia na pracę i numeru podatkowego, których Jaime nie miał. Zgłosił się więc do adwokata, który zgodził się zająć jego sprawą za opłatą 15 tysięcy dolarów. Jaime zaczął spłacać prawnika w ratach. 11 września 2001 roku zmienił wszystko. Prawo imigracyjne zaostrzono, a adwokat Jaime'go zapadł się pod ziemię, razem z częścią pieniędzy.

 

Jeśli nie jest się uchodźcą politycznym, ożenek z obywatelem amerykańskim "dla papierów" to w tej chwili sposób jedyny. Poza tym nie zostaje właściwie nic - Patriot Act zablokował możliwość sponsorowania zielonej karty przez pracodawcę, sponsoring rodzinny ma swoje ograniczenia, a loteria wizowa nie obejmuje Meksyku już od lat.

W czerwcu tego roku amerykański Senat pogrzebał też ustawę, która mogła diametralnie zmienić sytuację milionów ludzi mieszkających i pracujących nielegalnie w USA. Dawałaby ona imigrantom szansę na zdobycie wizy pracowniczej na 2 lata, a po jej wygaśnięciu - na kilka następnych, co w efekcie ułatwiłoby im staranie się o kartę stałego pobytu, a w przyszłości także obywatelstwo.

Po przejściu drogi przez mękę upragniony zielony papierek (który notabene wcale nie jest zielony) ma już w garści Ałła, która przyjechała tu na początku lat 90. z Sankt Petersburga. Początkowo starała się o azyl polityczny, który jak sama przyznaje, i tak jej się nie należał (wydano jej nakaz opuszczenia kraju). Nie wyjechała jednak, została z nadzieją, że "jakoś to będzie", tym bardziej, że kiedy akta jej sprawy leżały jeszcze w sądzie, wydano jej numer social security (jak NIP, jego posiadanie jest równoznaczne z posiadaniem pozwolenia na pracę), zrobiła prawo jazdy (które spełnia w USA rolę dowodu osobistego) i otworzyła konto w banku, dzięki czemu, mimo że przebywała w kraju nielegalnie, mogła funkcjonować przez lata jak każdy przeciętny Amerykanin. 

 

Było mi łatwo wtopić się w otoczenie, tym bardziej, że język nie był nigdy problemem - mówi prawie bez akcentu. W lecie roku 1999 Ałła zakochała się w Waynie, Amerykaninie który pracował razem z nią w brooklyńskiej bibliotece. Zamieszkali razem w grudniu, pobrali się 28 września 2001, dwa tygodnie po atakach na World Trade Center. Byłam przerażona, strach, który i tak czułam podskórnie przez cały swój nielegalny pobyt tutaj, tylko się wzmógł, panicznie potrzebowałam stabilizacji. Dlatego wymogłam małżeństwo. Zresztą wszyscy się wtedy pobierali, pamiętam, że staliśmy w długiej kolejce do Urzędu Stanu Cywilnego - wielu ludzi pragnęło odzyskać utracone poczucie bezpieczeństwa.

 

Jak się okazało, samo małżeństwo nie oznaczało automatycznie zdobycia zielonej karty - wcześniejszy nakaz deportacji skomplikował i wydłużył proces do 6 lat (normalnie trwa on 2-3 lata). Za namową prawnika zaczęłam chodzić na psychoterapię. Po naszym pierwszym spotkaniu, jeszcze w toku sprawy sądowej, stwierdził on, że mam wszystkie oznaki zespołu stresu pourazowego. To najbardziej namacalny skutek bycia nielegalnym imigrantem i do tej pory próbuję się z niego wyleczyć. Jak czuje się teraz? Już się nie boję - jestem spokojniejsza i bardziej asertywna.

Obecna sytuacja nielegalnych imigrantów (masowe kontrole firm, które są podejrzane o zatrudnianie "nielegalnych", utrudnianie korekty statusu, brak jasnych i przejrzystych przepisów) wynika z prowadzonej przez administrację wojny z terrorem. Jeśli damy prawa nielegalnym imigrantom, oznacza to, że popieramy terroryzm - mówią konserwatywni Republikanie. Jednak większość z nieudokumentowanych mieszkańców USA to niezamożni ludzie, którzy przyjechali tu śnić amerykański sen. Podobnie jak pierwsi holenderscy osadnicy, Benjamin Franklin i dziadkowie senatorów, którzy twierdzą, że każdy nielegalny to przestępca. Anglików walczących o niepodległość Ameryki też zapewne nazywano kryminalistami.
 

Tekst i zdjęcia: Ika Sobczak 

 

  

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj