Wizyta Kadafiego we Francji
Paryż wart jest mszy
W sobotę cały Paryż odetchnął z ulgą. Libijski przywódca pułkownik Kadafi zakończył bowiem swą 5-dniową oficjalną wizytę nad Sekwaną.

 

Trzy samoloty Kadafiego i jego świty odleciały do Sewilli w Hiszpanii, gdzie wódz libijskiej rewolucji rozpoczyna, tym razem 4-dniową, podróż. Potem czekają go jeszcze rzymskie wakacje. Oczywiście we Włoszech. Rzecz nie byłaby warta odnotowania, gdyby nie pytanie, dlaczego przywódcy Francji, Hiszpanii i Włoch gotowi są wystawić swój autorytet na próbę dla spełnienia zachcianki Kadafiego.

Jest o czym pisać. W czasie swej wizyty we Francji przywódca libijskiej rewolucji odwiedził po dwakroć prezydenta Sarkozy'ego w Pałacu Elizejskim. Przyjęty był z honorami w Parlamencie i w siedzibie UNESCO. Poświęcił też godzinę na zwiedzenie pałacu w Wersalu, pół godziny na odwiedzenie Luwru, obejrzał Paryż, rozbił wielki beduiński namiot w ogrodach hotelu Marigny, gdzie przyjmował największych francuskich biznesmenów i polował na bliżej nieokreśloną zwierzynę w podparyskim Rambouillet.

Pomimo napiętego programu znalazł też czas, by skrytykować Francję za nieprzestrzeganie praw człowieka, w tym za złe traktowanie uchodźców. Dodajmy, że w Libii nielegalni uchodźcy, a jest ich ok. 60 tysięcy, umieszczani są w obozach. Znane są też przypadki wyrzucania ich z kraju... na pustynię.

Po tych emocjach prezydent Sarkozy musiał odetchnąć z ulgą, gdy, na jego wyraźną prośbę, Kadafi potępił jednak zamach Al Kaidy w Algierze. Doprowadzenie do sfinalizowania ogromnych kontraktów z Libią (m. in. sprzedaży 21 Airbusów, 14 samolotów bojowych Rafale i budowy elektrowni atomowej - ponoć do odsalania wody morskiej) było dla Sarkozy'ego celem głównym. 10-miliardowy (w euro) kontrakt zszedł jednak na dalszy plan wobec ogromu politycznych reakcji wokół wizyty przywódcy libijskiej rewolucji.

Sarkozy nie zawahał się postawić na szali autorytetu dwójki bliskich mu współpracowników - Bernarda Kouchnera, ministra spraw zagranicznych i Rama Yady - pani sekretarz stanu w ministerstwie Kouchnera ds. praw człowieka. Oboje, choć bojkotowali odwiedziny dostojnego gościa, nie wytrzymali i zabrali publicznie krytyczny głos wobec słów libijskiego przywódcy. Kouchner uznał za "godne politowania" wypowiedzi Kadafiego na temat rzekomego nieprzestrzegania przez Francję praw człowieka wobec imigrantów. Jednak w parlamencie bronił przed atakami opozycji decyzji Sarkozy'ego o zacieśnianiu stosunków z Libią.

Rama Yade, jedyna czarnoskóra minister w rządzie Françoisa Fillona, przyznała, że nie jest w stanie pojąć, dlaczego Sarkozy Kadafiego zaprosił do Francji. Dodała też, że Francja nie może być wycieraczką dla krwawych dyktatorów. W ten sposób wyraźnie zdezawuowała szefa państwa. Równocześnie zyskała w mediach opinię kobiety, która odważyła się powiedzieć "nie" samemu prezydentowi.

Sarkozy wydaje się przełykać tę żabę z trudem, ale skutecznie. Korzystając z piątkowego szczytu w Brukseli tłumaczył, że całą tę hecę zorganizował po to, by ratować pokojowe stosunki świata zachodniego z Islamem. Kadafi, starzejący się i coraz bardziej dziwaczejący dyktator, ale, jak twierdzi Sarkozy, wyrzekający się terroryzmu i broni jądrowej (od r. 2003 i wojny w Iraku), ma być przykładem dla innych przywódców arabskich.

Prezydent Francji podjął ryzyko normalizacji kontaktów z Muammarem Kadafim podczas mediacji zakończonych uwolnieniem bułgarskich pielęgniarek i palestyńskiego lekarza z rąk Libijczyków w lipcu b.r. Obecna wizyta Kadafiego w Paryżu jest przypieczętowaniem paktów podpisanych wówczas w Trypolisie.

Stawiając na uczciwość Kadafiego Sarkozy (i inni przywódcy europejscy) ryzykuje oczywiście swój autorytet. Mówi jednak wyraźnie, że potrzebuje Libii jako elementu układanki mającej zapewnić Francji korzyści gospodarcze (ropa naftowa, kontrakty handlowe) i polityczne (przyszły pakt Euro-Śródziemnomorski mający być gwarantem stabilności i pokoju w basenie Morza Śródziemnego).

Sarkozy idzie w ślady króla Francji Henryka IV, który pod koniec XVI wieku dla zakończenia krwawej wojny religijnej przechodząc z protestantyzmu na katolicyzm wypowiedział słynne "Paryż wart jest mszy". Francuski prezydent okazuje się - podobnie jak Henryk IV - pragmatykiem aż do bólu.

Pytanie tylko, czy wzorowy dyktator Muammar Kadafi wesprze pragmatyzm Sarkozy'ego i czy dotrzyma obietnicy odejścia od terroryzmu i broni jądrowej. Komentatorzy nad Sekwaną mają co do tego sporo wątpliwości.

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj