Nowemu Jorkowi daleko do "zielonego miasta"
Wymarzone zatłoczenie
Ponoć Bóg wymyślił wieś, a człowiek miasto. Ale kto do diabła i po co wymyślił Nowy Jork?!

Dziennik „New York Post" doniósł niedawno, że po wprowadzeniu nowych regulacji prawnych dotyczących poziomu dopuszczalnego hałasu liczba zażaleń zgłoszonych do wydziału ochrony środowiska w Nowym Jorku wzrosła o 81 procent. W odczuciu mieszkańców Manhattanu, którzy nie mają tyle szczęścia, by mieszkać w ekskluzywnej dzielnicy Hamptons, „miasto, które nigdy nie śpi" straciło obecnie wiele ze swego uroku.

 
- Im częściej oglądam moje miasto, lubię je nie coraz bardziej, ale coraz mniej - stwierdził już w roku 1843 amerykański pisarz i filozof Henry David Thoreau. Na skutek takich właśnie frustracji w latach 70. Nowy Jork znacząco się wyludnił. Malejące koszty transportu odebrały mu uprzywilejowaną pozycję, jaką zawsze cieszył się z racji swojego położenia w pobliżu szlaków wodnych. Produkcyjne zagłębie opustoszało, a przedstawiciele klasy średniej zaczęli opuszczać miasto.

 
Jak podkreśla Edward Glaeser, ekonomista z Uniwersytetu Harvarda, rozwój technologiczny w niektórych dziedzinach przyczynił się do tego, że miasto traciło na znaczeniu - samochody i urządzenia klimatyzacyjne ułatwiały życie na przedmieściach i popychały coraz więcej Amerykanów ku cieplejszemu Południu i Zachodowi. Gdy północno-wschodnia część kraju się wyludniała, takie miasta jak Dallas, Phoenix i Houston były najszybciej rozrastającymi się aglomeracjami USA. Z Nowego Jorku natomiast w latach 70. ubyło 824 tys. mieszkańców.
 
Powrót do miasta

 
Od tamtego czasu zaszły jednak zmiany. Część północno-wschodniej Ameryki wciąż się wyludnia, ale nie dotyczy to Nowego Jorku. Jak oznajmił burmistrz miasta Michael Bloomberg, w ciągu najbliższych kilkudziesięciu lat Nowy Jork - którego ludność szacuje się obecnie na około 8,2 miliona - przyjmie ponad milion ludzi, a do roku 2030 jego populacja wzrośnie do dziewięciu milionów. Miasto znów się rozrasta.

 
Edward Glaeser i inni ekonomiści tłumaczą to na dwa sposoby. Pierwszy wiąże się z sukcesem miast w epoce globalizacji, drugi - z wyborem, jakiego dokonuje człowiek w roli konsumenta. Zgodnie z przewidywaniami ONZ w roku 2008 po raz pierwszy ponad połowa ludności świata będzie mieszkać w miastach. Jak podkreśla Lamia Kamal-Chaoui z Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju, autorka niedawnego raportu na temat miast świata, wzrost liczby ludności Nowego Jorku nie jest niczym wyjątkowym. Dotrzymuje mu kroku Londyn, gdzie, zdaniem Johna Rossa, dyrektora polityki gospodarczej i biznesowej przy urzędzie burmistrza miasta Kena Livingstone'a, co roku przybywa około 90 tys. mieszkańców - 40 tysięcy w wyniku naturalnego rozwoju, a dalszych 50 tysięcy z zagranicy (najwięcej z Chin, Afryki i Polski).

 
Są też miasta, które rozrastają się jeszcze szybciej niż Nowy Jork i Londyn. Kamal-Chaoui wskazuje Madryt, gdzie liczba mieszkańców wynosi obecnie sześć milionów, głównie za sprawą imigrantów z Ameryki Łacińskiej oraz prężnie rozwijający się Stambuł, którego populacja zwiększyła się od lat 50. dziesięciokrotnie do obecnych 16 milionów, co stanowi jedną piątą ludności Turcji.

 
Jednakże nie wszystkie miasta świata wkroczyły na drogę rozwoju. Zwiększającej się liczbie mieszkańców Londynu towarzyszy pustoszenie wiosek i miast w Polsce i na Ukrainie. Także z miast Węgier i Czech ubywa mieszkańców. W Stanach Zjednoczonych globalizacja przyczyniła się do upadku Detroit, gdy utrzymywanie fabryk w bogatych krajach Zachodu przestało się opłacać. Nowy Jork przetrwał, bo zachował przewagę konkurencyjną w gospodarce opartej na wiedzy, przede wszystkim w sektorze finansowym.

 
- Przez wiele lat miasta uchodziły za miejsca okropne, za pozostałości rewolucji przemysłowej - mówi Michael Batty, profesor urbanistyki z Centrum Zaawansowanych Informacji Przestrzennych na University College w Londynie. - Okazuje się jednak, że miasto bardzo pasuje do zglobalizowanego świata. Tak wiele zależy dziś od bliskości między ludźmi. Dowodzi tego duża liczba wynalazków oraz stron internetowych, zwiększająca się gwałtownie wraz ze wzrostem ludności miast.

 
Mieszkańców przybywa prawdopodobnie również dlatego, że do miast ciągną konsumenci. We wprowadzeniu do dyskusji zatytułowanej „Miasto konsumenta" profesor Glaeser oraz współautorzy Jed Kolko i Albert Saiz nazwali to zjawisko „potrzebą zagęszczenia". Ludzie chcą dziś mieszkać na obszarach gęsto zaludnionych, ponieważ oferują im one to, czego potrzebują - operę, zawody sportowe, muzea, najróżniejsze restauracje. We Francji na przykład profesor Glaeser i jego koledzy naukowcy ustalili wyraźną zależność między liczbą restauracji a rozrastaniem się miast. - Nie da się uciec przed potęgą konsumenta - mówi Glaeser.
 
Potęga konsumenta

 
Liczba „imigrantów-konsumentów", powracających do miast w poszukiwaniu lepszej jakości życia, jest stosunkowo niewielka w porównaniu z setkami tysięcy imigrantów ekonomicznych, którzy tradycyjnie osiedlają się w (często podupadłych) dzielnicach śródmiejskich. Jednakże „imigranci-konsumenci" są bardzo ważni, ponieważ są bogaci. Dobrze wykształceni, kreatywni, czyli właśnie tacy, jakich burmistrz Nowego Jorku potrzebuje do swego projektu PlaNYC, który ma uczynić Nowy Jork bardziej przyjaznym dla środowiska, ułatwić wchłonięcie kolejnego miliona przybyszów do 2030 roku, jednocześnie zapobiegając przeludnieniu Manhattanu.

 
Micheal Bloomberg chce nałożyć opłaty za wjeżdżanie samochodem do najbardziej zatłoczonych części miasta. Ogłosił też, że do 2012 roku wszystkie taksówki będą musiały mieć napęd hybrydowy, co ma znacząco zmniejszyć zanieczyszczenie powietrza. Chce także zasadzić milion nowych drzew i doprowadzić do tego, że każdy nowojorczyk miałby nie dalej jak dziesięć minut drogi spacerkiem do najbliższego parku. Przedstawiciele wyższej klasy średniej coraz częściej traktują te innowacje jako coś oczywistego.

 
Choć do przekształcenia Nowego Jorku w „zielone" miasto droga jeszcze daleka, Bloomberg może się pocieszać informacją podaną niedawno przez jeden z magazynów, że mimo otaczającego ich brudu i nadmiernego hałasu nowojorczycy należą do najzdrowszych ludzi w całym kraju.

 

 

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj