szukaj
Giuliani Rudy
Rudy koń
Gdyby wybory w USA odbyły się tuż po zamachach na WTC, to on siedziałby dziś w Białym Domu. Teraz Rudy Giuliani jest najpoważniejszym kandydatem prezydenckim republikanów i jedynym, który może rzucić wyzwanie Hillary Clinton.

 

Dochodziło poniedziałkowe południe, kiedy dwóch mężczyzn zaczaiło się na klatce schodowej domu na Manhattanie. Jak co tydzień mleczarz przyszedł punktualnie, by zebrać pieniądze od swoich klientów. Rabusie uderzyli, gdy wchodził na pierwsze piętro. W pakamerze pod schodami jeden zabrał mu 128 dol., a drugi zajął się wiązaniem i kneblowaniem ofiary. Nim skończył, zjawiła się policja, a wspólnik zniknął razem z łupem. Harold Giuliani – ojciec przyszłego burmistrza Nowego Jorku i kandydata na prezydenta USA – trafił na półtora roku za kraty. Był 2 kwietnia 1934 r.

Pobyt w Sing Sing pchnął karierę Harolda na nowe tory. W latach 40. Giuliani senior zaczął ochraniać lichwiarski interes swego szwagra Leo D’Avanzo, który trudnił się także nielegalnymi zakładami bukmacherskimi. Gdy w 1944 r. przyszedł na świat Rudy, jego ojciec kijem baseballowym łamał nogi opornym dłużnikom, był także zamieszany w zabójstwa na zlecenie mafijnego klanu Lucchese, jednego z pięciu, które w latach 40. rządziły Nowym Jorkiem. Zmarł na raka prostaty w 1980 r., ale jego niechlubna przeszłość stała się powszechnie znana dopiero w 2006 r., po publikacji książki Wayne’a Barretta „Wielka iluzja: nieopowiedziana historia Rudy’ego Giulianiego i 11 września”.

Giuliani junior, dziś czołowy kandydat republikanów na prezydenta, przez lata skrzętnie ukrywał rodzinny sekret. We wspomnieniach napisał tylko, że ojciec uczył go boksu, interesował się sportem i głosował na partię republikańską. Gdy Rudy w 1981 r. zaczął robić karierę w ministerstwie sprawiedliwości i FBI rutynowo pytała go o zdarzenia z przeszłości, mogące utrudnić mu walkę z przestępczością, nawet nie zająknął się o mafijnych powiązaniach ojca. Dziś Giuliani mówi, że to właśnie ojciec wpoił mu szacunek do prawa. Harold nie chciał, by syn poszedł w jego ślady. Rudy wziął to sobie do serca.

Z resortu sprawiedliwości przeniósł się w 1983 r. do nowojorskiej prokuratury, gdzie w ciągu kilku lat wyrósł na pogromcę mafii. W głośnym procesie doprowadził do skazania bossów nowojorskich rodzin, w tym szefa klanu Lucchese, dla którego kiedyś pracował jego ojciec. Pod koniec lat 80. Rudy Giuliani był już jednym z najskuteczniejszych prokuratorów okręgowych w historii USA. Zbił wystarczający kapitał zaufania, by z impetem wejść w politykę. Postanowił zostać burmistrzem Nowego Jorku.

Udało się dopiero za drugim podejściem. W 1989 r. o włos przegrał z Davidem Dinkinsem. Zastąpił go cztery lata później, wygrywając pod nośnymi hasłami obniżenia podatków i przywrócenia porządku w mieście ogarniętym plagą handlu narkotykami i włamań do samochodów. Jako burmistrz skupił się na strukturalnej walce z przestępczością zamiast na wsadzaniu bossów do więzień. Giuliani działał zgodnie z „teorią zbitej szyby”: tak jak wybite okno w opuszczonym budynku ośmiela chuliganów do tłuczenia pozostałych, tak bezwzględne usuwanie drobnych przejawów bezprawia likwiduje podświadome przyzwolenie na poważniejsze przestępstwa. W ramach słynnego programu „zero tolerancji” wydał wojnę nie tylko nowojorskim handlarzom narkotyków, ale także żebrakom. Dał policji carte blanche na stosowanie przemocy, zatrudnił 7 tys. dodatkowych funkcjonariuszy. W efekcie przez 8 lat rządów Giulianiego liczba przestępstw popełnianych w Nowym Jorku spadła aż o połowę.

Ale pod koniec lat 90. mimo widocznych sukcesów legenda burmistrza zaczęła blaknąć, a nowojorczycy mieli dość aroganckiego i pewnego siebie Giulianiego. Irytowały jego bezpardonowe wojny toczone z coraz to nowymi przeciwnikami, a przede wszystkim hipokryzja. Jak wtedy, gdy z niesmakiem katolika i konserwatysty boczył się na akty wystawiane w miejskiej galerii, sam zwiedzając ją z kochanką, i to w środku głośnego rozwodu z drugą żoną. Mało tego, jak się później okazało, do swej przyszłej trzeciej żony Giuliani dojeżdżał w weekendy 150 km na koszt miasta. Zapewnił jej nawet policyjną ochronę.

Jego więdnącą karierę polityczną uratował Osama ibn Laden. 11 września 2001 r. w Nowym Jorku miały odbyć się prawybory na urząd burmistrza, w których Giuliani praktycznie nie miał szans. Co się tego dnia zdarzyło, wiadomo: doszło do największej tragedii w historii Ameryki i aktu terroru na niespotykaną skalę. Na dodatek Amerykanie zobaczyli całą bezsilność państwa – gdy w telewizji migały walące się wieże World Trade Center, władze federalne znikły z pola widzenia. W obawie przed zamachem prezydent przez cały dzień latał nad Ameryką, a wiceprezydent zamknął się w bunkrze. Na ziemi został tylko Rudy Giuliani.

Burmistrz, który w chwili zamachu jadł śniadanie na Manhattanie i sam omal nie zginął w ataku, błyskawicznie uruchomił akcję ratunkową i udał się na miejsce tragedii. Krzepiąc wstrząśniętych Amerykanów pod nieobecność prezydenta, stał się sławny w całych Stanach i za granicą. Oprah Winfrey obwołała go „burmistrzem Ameryki”, Jacques Chirac „Rudym-skałą”, brytyjska królowa Elżbieta II ofiarowała mu szlachectwo, a tygodnik „Time” tytuł Człowieka Roku 2001.

Złośliwi mówią, że bez sławy zdobytej na gruzach WTC nie mógłby wystartować na prezydenta. Sam Giuliani twierdzi, że ważniejsze jest doświadczenie, które zebrał, kierując miastem po zamachach. Napisał o tym nawet książkę, połączenie autobiografii z typowo amerykańskim poradnikiem zarządzania w stylu: jak zarobiłem mój pierwszy milion. W „Przywództwie” przywołuje kilka zasad, z których korzystał: „otaczaj się wybitnymi ludźmi”, „miej przekonania i przekazuj je innym”, „bądź przykładem”, „stawiaj czoło tyranom”, „rób wszystko po kolei”, „mniej obiecuj, a obietnice spełniaj z nawiązką”, „niczego nie zakładaj z góry”, wreszcie: „pamiętaj, jak ważne są pogrzeby”.

Ale najważniejsza, polityczna zasada Giulianiego to „mów w kółko o 11 września”. Kampanię prezydencką w całości oparł na zamachach i bohaterskiej pracy dla miasta. W Internecie krążą nawet filmiki zmontowane z wypowiedzi telewizyjnych Giulianiego, w których przez kilka minut nie mówi nic poza „11 września”.

Na martyrologii zamachów Giuliani oparł wizję wieloletniej walki z islamofaszyzmem, którą według niego muszą podjąć Stany Zjednoczone (jego głównym doradcą ds. polityki zagranicznej jest autor tego terminu, noekonserwatysta Norman Podhoretz). Ale na tym konkrety i radykalizm się kończą. Jego oferta dla wyborców to połączenie bezpieczeństwa zewnętrznego, dobrego zarządzania państwem i umiarkowanego konserwatyzmu. Bez pustych obietnic, wielkich słów i nachalnej propagandy wartości.

Ta niepozorna wizja jest na tyle nośna, że pojawili się już ludzie podważający zasługi byłego burmistrza pod WTC. Uczestnicy akcji ratunkowej założyli organizację Strażacy dla Prawdy (na wzór Weteranów Łodzi Patrolowych dla Prawdy, którzy w 2004 r. skutecznie storpedowali kampanię prezydencką Johna Kerry’ego). Przypominają, że Giuliani nie zapewnił nowojorskim ratownikom środków do sprawnej łączności, przez co ponad 300 strażaków w północnej wieży WTC nie usłyszało rozkazu odwrotu i zostało pogrzebanych pod gruzami. Wytykają mu także, że próbował przerwać przeszukiwanie ruin zaraz po wywiezieniu ze zgliszcz 200 mln dol. w złocie, należących do Banku Nowej Szkocji. Były burmistrz jest też obwiniany o to, że pracujący w Ground Zero nie dostali masek chroniących przed rakotwórczym azbestem.

Mimo prawdziwości zarzutów inicjatywa strażaków nie pogrąża Giulianiego. Zgodnie z ogólnokrajowymi sondażami Rudy-skała ma największe szanse na zdobycie republikańskiej nominacji przed listopadowymi wyborami prezydenckimi. Ale dla Giulianiego zaczyna się właśnie pięć najtrudniejszych tygodni w jego politycznej karierze – musi wygrać prawybory, czyli przekonać do siebie własną partię.

A to będzie trudne, bo nominację przyznają najbardziej prawicowi, konserwatywni i religijni republikanie, którzy walczą z aborcją, legalizacją związków homoseksualnych i z niesmakiem patrzą na skandale obyczajowe oraz ograniczanie prawa do posiadania broni. Wskazując Giulianiego, musieliby poprzeć dwukrotnego rozwodnika, przyjaciela gejów, który nie deklaruje zdecydowanej walki z nielegalną imigracją, broni prawa do przerywania ciąży i dybie na domowe arsenały Amerykanów.

Jego kandydatura nastręcza jeszcze jeden problem. Nawet najbardziej ortodoksyjni republikanie mogą wybaczyć Giulianiemu słabostki, kłamstwa i manipulacje, ale przyznając nominację prezydencką, muszą być przekonani, że stawiają na wyrazistego polityka, który – jeśli nie wygra najbliższych wyborów – to przynajmniej poprowadzi partię do późniejszych zwycięstw. Obawiają się, że działający w pojedynkę Giuliani takiej rękojmi nie daje. Z drugiej strony także żaden z jego rywali nie dysponuje silnym zapleczem partyjnym.

Giuliani, namiętny czytelnik biografii sławnych ludzi, zdaje sobie sprawę, że nie tylko kłopotliwe epizody z własnego życia i zabiegi partyjnych rywali mogą przekreślić jego prezydenckie plany. Dobrze nie wróżą także historyczne statystyki: od bardzo dawna żaden burmistrz-republikanin nie został prezydentem. Ostatnio sztuka ta udała się 84 lata temu Calvinowi Coolidge’owi, ulubionemu prezydentowi Ronalda Reagana. Ale tak jak Reagan nie był zawodowym politykiem, tak Giuliani nie jest zwykłym burmistrzem.

Przy wszystkich słabościach posiada decydujący atut: według sondaży jest jedynym republikaninem, który w bezpośrednim starciu może pokonać Hillary Clinton. Tylko on, jako kandydat środka, jest w stanie przyciągnąć niezdecydowanych – wielu z nich łatwiej przełknie Giulianiego niż chociażby mormona Mitta Romneya. Pod warunkiem, że sami republikanie wskażą byłego burmistrza w prawyborach.

 

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj