Spłukani po Potopie
W zbrojowni na Zamku Królewskim w Sztokholmie otwarto wystawę „Łupy wojenne”. Znaczną część eksponatów stanowią przedmioty zrabowane w Polsce w latach Potopu i wcześniej.
Józef Brandt: Pochód Szwedów do Kiejdan
Wikipedia

Józef Brandt: Pochód Szwedów do Kiejdan

Gustaw II Adolf
Wikipedia

Gustaw II Adolf

Eksponatem, który zwraca uwagę natychmiast po wejściu na wystawę, są tabele astronomiczne sporządzone ręką Mikołaja Kopernika podczas jego studiów w Krakowie. Szwedzi wywieźli je z Fromborka. Prawdziwym polskim sezamem jest jednak trzecia sala ekspozycji. Czego tam nie ma! Królewskie zbroje polskich Wazów, marmurowa rzeźba Jana Kazimierza, hełmy i miecze husarii z polskimi transkrypcjami, chorągwie i proporce ze znakami Orła i Pogoni, herby trumienne królowej Konstancji, drugiej żony Zygmunta III, strzelby hajduków, jedwabne tkaniny zdobione złotem, a nawet róg myśliwski sporządzony z rogu ostatniego tura zabitego w lasach sochaczewskich. Wszystko popłynęło z Potopem za morze, zabrane w połowie XVII w. przez wojska Karola X Gustawa, głównie z warszawskiego zamku.

Rzeczpospolita Obojga Narodów „musiała zapłacić wysoką cenę za silną politykę ekspansywną Szwecji w XVII w. I była to nie tylko polityczna cena. Może być ona również wyrażona olbrzymią liczbą przedmiotów sztuki, które szwedzcy żołnierze wywieźli z ziem polskich” – pisze w katalogu sztokholmskiej wystawy dyrektor Zamku Królewskiego w Warszawie Andrzej Rottermund. Dyrektor cytuje inwentarz zamku sztokholmskiego z 1656 r., z którego wynika m.in., że z Warszawy do Sztokholmu wywieziono około dwustu obrazów, 20 tureckich dywanów, 28 bogato zdobionych tureckich namiotów, 5 plafonów, instrumenty muzyczne, brązy, marmury, chińską porcelanę, tkaniny, księgi i rękopisy. Równie wielkie straty poniósł Kraków. Szwedzi plądrowali także magnackie pałace poza stolicami. – Jeszcze dzisiaj – ubolewa Rottermund w Sztokholmie – polscy historycy sztuki nie mogą odżałować łupów, które na 150 wozach wywieziono z siedziby Lubomirskich na zamku w Wiśniczu.

Gustaw II Adolf (1594–1632) i jego następcy łupili, by się wzbogacić i podnieść splendor Szwecji. A była to wtedy uboga kraina na peryferiach Europy, gdzie nawet pałace królewskie wykładane były zwykłymi deskami. I podobnie jak biblijni wodzowie, którzy oddawali Jahwe na ofiarę najlepsze sztuki bydła zabrane wrogom, tak i szwedzki monarcha dzielił się z Bogiem, oddając szwedzkim kościołom pobielanym wapnem bogato inkrustowane ołtarze, ambony, przedmioty liturgiczne, obrazy i chrzcielnice specjalnie w tym celu wyszukiwane w Europie.

Gustaw Adolf był pionierem współczesnego rabunku przedmiotów kultury. Na długo przed Napoleonem, który na swoje wyprawy przezornie zabierał brygady do pakowania rabowanych dzieł sztuki, szwedzki władca wcielił do swojej armii specjalistów. Na miejscu przeglądali oni biblioteki, a najcenniejsze książki ładowali do zalewanych smołą beczek, w których bez uszczerbku trafiały morzem do Szwecji. W ten sposób Uppsala wzbogaciła się o zbiory biblioteki kopernikańskiej z Fromborka, w tym o jeden z pierwszych egzemplarzy rewolucyjnego dzieła „O obrocie sfer niebieskich”. Nieżyjący już dziś językoznawca Józef Trypućko, wykładowca uppsalskiego uniwersytetu, zaczął po wojnie katalogować polskie starodruki w Szwecji. Obok zbiorów z Fromborka zajmował się też równie cennymi księgami z biblioteki w Braniewie.

W swym zamiłowaniu do grabienia bibliotek Szwedzi byli wyjątkowi jak na ówczesną Europę – inni raczej palili książki: chcieli osłabić w ten sposób potencjał intelektualny przeciwnika. Gustaw Adolf był władcą światłym i chciał, żeby jego poddani dorównywali wiedzą ludziom na kontynencie. Czytał „O prawie wojny i pokoju” Hugona Grocjusza i próbował wcielać w życie zawarte w tym dziele wskazówki. Polecił wojskom oszczędzać kobiety, dzieci i duchownych, co nie przeszkodziło jednak Szwedom w wymordowaniu całej ludności Magdeburga. Grocjusz pisał m.in., że prawa boskie dają napastnikowi przyzwolenie na łupy, jeśli oblegane miasto odmawia kapitulacji lub wojna jest sprawiedliwa, a pokój westfalski (1648 r.) za taką uznał wojnę trzydziestoletnią.

I na to powołują się dzisiaj Szwedzi odpierając zarzuty ograbionych krajów: branie łupów było zgodne z duchem tamtych czasów. Zdobycze stanowią dziś część naszego, szwedzkiego dziedzictwa narodowego, odpowiadają na zgłaszane czasem żądania zwrotu zrabowanych przedmiotów. Twórcy wystawy w Sztokholmie próbują wykazywać zrozumienie dla tych pretensji. – Nie są one całkiem pozbawione racji – mówi kustosz zbrojowni Sofia Nestor. – Zwłaszcza że Polska, która zawsze była terenem przemarszu wrogich armii, pozbawiona jest wielu historycznie wartościowych przedmiotów, które uległy zagładzie. Paradoksalnie część z nich uratowali dla potomności właśnie łupieżcy, czyli np. Szwecja, którą wojny omijały.

Wychodzi na to, że gdyby Szwedzi nie wywieźli z Polski cennych przedmiotów, zapewne zaginęłyby one w późniejszych zawieruchach wojennych. Być może.

Henryk Bukowski, powstaniec styczniowy i założyciel istniejącego do dziś w Sztokholmie domu antykwarycznego, próbował odkupywać polonica ze zbiorów prywatnych i po śmierci w 1900 r. ofiarował je Muzeum Polskiemu w Rapperswilu w Szwajcarii. W 1927 r. zbiory przekazano Polsce, przejęło je Muzeum Narodowe i Biblioteka Narodowa. Jednak większość druków i rękopisów uległa zniszczeniu podczas II wojny światowej (spalone przez hitlerowców w pałacu Krasińskich po powstaniu warszawskim). Z drugiej strony jednak wiele naprawdę cennych zabytków – z arrasami i szczerbcem na czele – szczęśliwie przetrwało. Natomiast część zrabowanych skarbów zaginęła w Szwecji. Niektóre spłonęły w pożarze starego zamku Trzy Korony w 1697 r., inne rozproszyły się po świecie.

Nawet gdyby Szwecja zdecydowała się na zwrócenie zrabowanych dzieł, nie byłoby to wcale proste. Komu zwrócić na przykład czołowy eksponat sztokholmskiej wystawy, jakim jest hełm Iwana Groźnego? Owszem, został wywieziony przez Szwedów z Warszawy w 1655 r., ale wcześniej zrabowały go z Kremla w 1612 r. polskie wojska okupacyjne. – Ustalenie pierwotnego właściciela skradzionych zabytków po latach stanowi olbrzymi problem – mówi pani Nestor. To kolejny argument przeciwko ich zwrotowi. Szwedzi skłaniają się raczej w kierunku uznania dóbr za wspólne europejskie dziedzictwo kulturalne, o które razem dbamy i je utrzymujemy. Przekonują też, że miejsce przechowywania nie jest dzisiaj tak istotne. Dzieła można przecież łatwo przenosić.

Wiele zdobyczy z Polski pokazywano przed kilkoma laty na Zamku Królewskim w Warszawie na wystawie „Orzeł i Trzy Korony”. W obecnej ekspozycji sztokholmskiej brakuje najcenniejszego chyba szwedzkiego łupu, słynnej „Diabelskiej Biblii” („Codex Gigas”), tymczasowo wypożyczonej Czechom, którzy już w latach 90. energicznie domagali się jej zwrotu. Nie ma także na wystawie „Srebrnej Biblii” („Codex Argenteus”), zawierającej fragmenty przekładu Biblii na język Gotów z IV w., również czeskiej, chociaż pochodzącej z Rawenny. Kanclerz biblioteki uniwersyteckiej w Uppsali nie wypuszcza jej ze skarbca, odkąd na początku lat 90. pewien Polak próbował ją ukraść.

Biblie te mają dla Czechów nie tylko historyczną, ale przede wszystkim symboliczną i emocjonalną wartość. „Diabelską Biblię” wykonano w Czechach w XIII w. w klasztorze benedyktynów. Podobną wartość ma przechowywany w sztokholmskiej zbrojowni miecz husyty Jana Żiżki, który w rękach wojownika możemy oglądać na matejkowskiej „Bitwie pod Grunwaldem”. Szwedzi wykonali elektroniczną analizę stali i twierdzą, że miecz nie mógł być własnością Żiżki, ponieważ wykonano go dopiero w XVI w. Ale nie umniejsza to symbolicznego znaczenia, jakie ten przedmiot ma dla Czechów.

Czy mamy zwrócić „Srebrną Biblię” Czechom? – goście wystawy mogą odpowiedzieć na to pytanie, wrzucając złoty żeton do umieszczonych w zbrojowni skrzynek. Wcześniejsze badania na innych grupach wykazały, że niespełna 20 proc. Szwedów pogodziłoby się z jej oddaniem. Po zrabowaniu przez wojska szwedzkie i wywiezieniu jej z Pragi w 1648 r. „Srebrna Biblia” trafiła w ręce prywatne (część łupów przejmowali dowódcy) i krążyła po Europie, dopóki nie wykupili jej Szwedzi, wchodząc ponownie w jej posiadanie. Kto dziś jest więc jej prawowitym właścicielem?

Polacy akceptują stan dzisiejszy. Zdaniem profesora Rottermunda, brak poważnej dyskusji świadczy o tym, że problem nie jest dla władz polskich priorytetem, a i muzealnicy uznają obecne stosunki własnościowe. Może dlatego, że plądrowanie uchodziło w dawnych czasach za nieodzowny element wojny i odbywało się w zgodzie z ówczesnymi międzynarodowymi zasadami, a dopiero od XX w. stanowi łamanie prawa wojennego?

Ale nadal toczą się spory o jego interpretację. Czy historyczne dokumenty niemieckie, które po wojnie znalazły się na terytorium Polski, powinny ją teraz, zgodnie z niemieckimi roszczeniami, opuścić? Czy nie stanowią one skromnej tylko rekompensaty za utracone przez nas miliony książek i setki tysięcy dzieł sztuki? Ciągnące się od kilkunastu lat rozmowy między Berlinem a Warszawą na temat utraconych przez obie strony skarbów kultury będą toczyły się jeszcze bardzo długo.

Odmawiając zwrotu zabytków, Szwedzi wykonują jednak od czasu do czasu gesty dobrej woli. Dzięki temu powrócił do Warszawy słynny sztokholmski rulon przedstawiający na 15 metrach triumfalny wjazd Zygmunta III do Krakowa w 1605 r. z okazji małżeństwa z austriacką księżniczką Konstancją. Zamordowany szwedzki premier Olof Palme podarował go Zamkowi Królewskiemu w 1974 r., kiedy składał wizytę w Polsce. Gest ten spotkał się z umiarkowaną krytyką w Szwecji. Niedawno też oddano indiańskim szczepom w Kanadzie ich religijne totemy zabrane przez szwedzkich etnografów. Również australijscy Aborygeni otrzymali zdobyte w podobny sposób szczątki swoich przodków.

Sztokholmska wystawa czynna będzie przez cały 2008 r.
 

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj