szukaj
Same czarne konie
Po pierwszych starciach prawyborczych w USA wiadomo tylko, że nic jeszcze nie wiadomo. Sensacja goni sensację, pojawia się fuks za fuksem. Tak nie było w Ameryce już od lat.

Fot. IowaPolitics.com, Flickr, (CC BY SA)

8 stycznia senator John McCain wygrał republikańskie prawybory w New Hampshire, co media porównały do wskrzeszenia Łazarza. – To pokazuje, że nie potrzeba aż tak wielu doradców, konsultantów i innych ekspertów – mówi rzecznik senatora Mark Lenzi. McCain sam jest inny: do wyborców zwraca się: „przyjaciele” (jak prezydent Reagan), nie mówi o zmianach – co w kółko powtarzają pozostali kandydaci – tylko o prawdzie, którą będzie głosić niezależnie od sondaży. Do dziennikarzy powiedział kiedyś: „Dziękuję, palanci”, co wcale mu nie zaszkodziło, gdyż i tak jest ich ulubieńcem – cenią go za niezależność we własnej Partii Republikańskiej (GOP) i wojnę prowadzoną z potężnymi grupami interesów.

McCain na wiele może sobie pozwolić, w tym na nieco staromodny styl kampanii. Dziś zdobywa się elektorat inaczej, tak jak to robi na przykład jego główny rywal Mitt Romney. Były gubernator Massachusetts przegrał w New Hampshire, bo ma osobowość nie przywódcy, a raczej sympatycznego dyrektora korporacji, który zapragnął zostać prezydentem i powie wszystko, aby to osiągnąć. Gdyby nie brzmiał fałszywie, jego 25 mln wydane w New Hampshire prawdopodobnie przyniosłoby należyty zwrot. Romney był bardzo dobrym biznesmenem.

Współczesna kampania wyborcza w USA staje się coraz bardziej wyrafinowaną maszyną. Sterują nią setki wyspecjalizowanych fachowców: strategów, konsultantów, pollsterów (od badania opinii), a napędzają olbrzymie pieniądze. Pieniądze – jako decydujący czynnik zwycięstwa – rosną z wyborów na wybory. „Zebraliśmy od prawyborów w Iowa 10 mln” – to odpowiedź dyrektora finansowego, gromadzącego finanse na kampanię Hillary Clinton, Terry’ego McAuliffa, na pytanie, czy nie obawia się jej porażki w starciu z Barackiem Obamą. Mamy kasę, nie mamy się czego bać.

Organizatorzy zbiórek funduszy to też profesjonaliści, o których biją się poszczególne sztaby wyborcze – w ostatnich tygodniach, kiedy charyzmatyczny senator z Illinois uwodził tłumy, jego ludzie próbowali skaperować kilku pracujących dla Hillary. Obie demokratyczne gwiazdy zebrały ponad 100 mln dol.; dokładnie nie wiadomo ile – publicznie ujawnia się to co kwartał – i chwalą się, że zbierają w tempie miliona dolarów dziennie. Kampania jest coraz kosztowniejsza: główny wydatek to drogie ogłoszenia telewizyjne, ale trzeba też opłacić najlepszych ekspertów.

Najpierw bowiem należy dokładnie rozpoznać potencjalny elektorat. Służą do tego badania opinii grup potencjalnych wyborców, wyprofilowanych według wieku, zawodu, dochodów i innych zmiennych, jak miejsce zamieszkania (miasto, wieś, regiony). Wyborcy niezależni, nie zarejestrowani w żadnej partii, są najważniejszym celem agitacji prowadzonej przez telefon, listownie i drogą ogłoszeń radiowych i telewizyjnych.

Jak poznać zapatrywania takich wyborców? Specjaliści badają ich reakcje na wypowiedzi kandydatów w debatach telewizyjnych – używa się w tym celu specjalnych urządzeń błyskawicznie rejestrujących odzew w postaci krzywych na wykresie. Efekt tych zabiegów – przesłanie wyborcze – jest starannie spreparowane pod adresata. Kandydaci mówią w rezultacie to, co wyborcy chcą usłyszeć. Znawcy tematu podkreślają, że wszyscy obecni kandydaci mają dziś lepsze, bardziej profesjonalne machiny wyborcze niż kiedykolwiek.

Czy mówiący wyuczonym tekstem amerykański polityk staje się sztucznym tworem machiny wyborczej? Niezupełnie – prawybory w New Hampshire i Iowa potwierdziły, że liczy się ostatecznie osobowość kandydata. Mike Huckabee wygrał w Iowa dzięki poparciu protestanckich fundamentalistów, ale także dlatego, że jest dowcipnym, ciepłym i komunikatywnym człowiekiem, który potrafił bronić swoich decyzji jako gubernator Arkansas, niepopularnych na republikańskiej prawicy.

W odróżnieniu od wyborów prezydenckich prawybory to głównie konkurs piękności, ponieważ różnice programów i poglądów czołowych kandydatów tej samej partii są minimalne. Wyborcy, znudzeni porównywaniem np. planów reform systemu ubezpieczeń zdrowotnych Clinton i Obamy – które wykluczają oczywiście jako „nieamerykańskie” powszechne ubezpieczenia państwowe – interesują się, jak kandydat mówi, jakim językiem i tonem, czy da się lubić, ile ma dzieci i czy nie zdradzał żony. Spod maski polityka wypatrują człowieka.

Dlatego w New Hampshire była Pierwsza Dama przeważyła szalę na swoją korzyść, kiedy porzuciła pozę chłodnej, totalnie kontrolującej się osoby, dała upust emocjom, otworzyła się i zaczęła odpowiadać na wszystkie pytania. Kamery uchwyciły ją ze łzami w oczach. Łzy mogły być szczere, ale zmiana wizerunku spontaniczna nie jest. Image dostosowuje się do okoliczności. Wszystko jest częścią planu. Hillary musiała ukazać swoją ludzką stronę – tym bardziej że jest „kandydatką współczucia”, obrońcą słabych. Jej wyborcy to demokraci biedniejsi, mniej wykształceni, związkowcy, pracownicy administracji publicznej – tradycyjny elektorat partii.

Barack Obama to już inny plan, zapowiedź przyszłości. Wiosną zeszłego roku w Internecie, a potem w telewizji, pojawił się wideoklip z Obama Girl, czarnowłosą modelką Amber Ettinger, która tańczy i śpiewa, że podkochuje się w senatorze z Illinois. Autor filmiku mówi, że nie zamierza agitować na rzecz Obamy, bo nie interesuje go polityka, a fenomen jego popularności. Swoim pomysłem trafił jednak w sedno – Obama to polityka sexy i polityka epoki Internetu. W sieci jego zwolennicy mobilizują dla niego poparcie i atakują rywali. W znanym wideo umieszczonym na portalu YouTube Hillary Clinton wystąpiła w złowrogiej roli Wielkiego Brata z powieści „Rok 1984” Georga Orwella. Przez Internet Obama zbiera fundusze na kampanię – nie od PAC’s (komitetów akcji politycznej), czyli od potężnych grup nacisku: wielkich korporacji, związków zawodowych i zrzeszeń profesjonalnych jak Hillary, tylko od indywidualnych Amerykanów. Zebrał w ten sposób więcej od byłej First Lady.

Jego fani to idealistyczni młodzi ludzie, którzy w tym roku po raz pierwszy pójdą głosować, studenci i absolwenci najlepszych uniwersytetów, japiszony, specjaliści High Tech, dzieci zamożnych rodziców. Publicyści piszą o ruchu społecznym, ale jest to ruch doskonale zorganizowany do prawyborów, w których używa podobnych profesjonalnych metod jak wszyscy amerykańscy politycy.

Entuzjastów Obamy łączy wiara w niego jako polityka, który przyniesie Ameryce – jak sam mówi – fundamentalne zmiany. Nie jest jasne jakie: senator z Chicago rzadko zagłębia się w szczegóły, mówi ogólnikami, a media zdają się traktować go łagodniej niż innych kandydatów i nie pytają zbyt wnikliwie, co właściwie zamierza. Jego zapowiedzi zjednoczenia kraju ponad politycznymi podziałami brzmią raczej zagadkowo. Trudno też na razie ocenić, na co właściwie mają nadzieję jego sympatycy.

Obama i Clinton rywalizują o demokratyczny elektorat, wkraczając na zawłaszczony przez przeciwnika teren. Hillary, uważana za kandydata status quo, popieranego głównie przez starzejących się baby-boomers, w Iowa pokazała się po prawyborach z weteranami rządu swego męża, ale już w pięć dni później w New Hampshire pojawiła się na tle grupy nastolatków, z córką Chelsea na czele. Sygnał był oczywisty: młodzież jest z nami.

Obama, przeciwnik wojny i rzecznik wycofania wojsk z Iraku, chce się uwiarygodnić u jastrzębi obiecując zbrojną interwencję w Pakistanie. Wspomagający swoją żonę Bill Clinton mówi, że jej rywal to fairy-tale, postać z bajki, czym dyskretnie daje do zrozumienia – jak to odczytało wielu – że w wyborach prezydenckich ma mniejsze szanse z powodu swego koloru skóry. Kampania nabiera tonów nieprzyjemnych – były doradca Clintona Dick Morris uważa, że była Pierwsza Para będzie wygrywać rasową kartę, aby pogrążyć przeciwnika. Większość demokratycznego establishmentu jest za Hillary, pomagają jej najtęższe mózgi w partii, ale może się to zmienić, jeżeli partyjne doły postawią na Obamę. Sygnały tego się pojawiają – senator zyskał niedawno poparcie największego związku zawodowego w Nevadzie.

Jeszcze dalsza od rozstrzygnięcia jest walka o nominację prezydencką w Partii Republikańskiej. Liczy się tam wciąż co najmniej trzech albo i czterech kandydatów, ale żaden nie jest na razie w stanie zjednoczyć GOP odtwarzając zbudowaną przez prezydenta Reagana konserwatywną koalicję.

Fot. www.JohnMcCain.com 

John McCain przemawia do serc republikańskich rzeczników silnej obecności wojskowej USA na świecie, ale nie ufa mu wielki biznes, któremu naraził się opozycją wobec cięć podatkowych Busha, i przeciwnicy nielegalnej imigracji, którzy nie mogą mu darować projektu ustawy o amnestii, to jest ułatwieniach w zalegalizowaniu pobytu w USA.

Mitt Romney próbuje udawać konserwatystę, jednak robi to nieprzekonująco, jest mormonem, i zupełnie brak mu charyzmy.

Mike Huckabee to najnowszy idol religijnej prawicy, ale zarazem niechętny wielkim korporacjom populista, pobłażliwy w dodatku dla przestępców – czerwona płachta na byka dla prawicowych rzeczników ładu i porządku.

A co stało się z Rudym Giulianim, niedawnym liderem wyścigu? Konserwatywni wyborcy z interioru, którzy słyszeli o nim tylko to, że oczyścił Nowy Jork z mętów i wykazał się przywództwem w trudnych dniach po 9/11, dowiedzieli się po prostu, że były burmistrz popiera prawo do aborcji, równouprawnienie gejów i sam, dla zabawy, przebierał się za kobietę. Rudy wypadł z łask i faworytów nie ma. Podobnej sytuacji nie było dawno w GOP, partii znanej z dyscypliny i wczesnego wyłaniania nominatów.

Przed nami prawybory jeszcze w 45 stanach i zdaniem ekspertów wszystko może się zdarzyć. Nikt z kandydatów nie ma dość funduszy, żeby prowadzić kampanię w każdym z tych 45 stanów, wszyscy więc kalkulują, gdzie warto zainwestować z jakimiś szansami odniesienia sukcesu, a gdzie wysiłek poszedłby na marne. Ponieważ jednak sytuacja jest płynna – wygrana kogokolwiek w kolejnym stanie zmienia układ sił – przypomina to, jak ktoś powiedział, trójwymiarowe szachy. Giuliani, na przykład, zignorował zupełnie prawybory w Iowa i New Hampshire, stanach konserwatywnych i niewielkich (mało delegatów na konwencję), i koncentruje się na Florydzie. Huckabee, były pastor, prowadzi kampanię w Karolinie Południowej, gdzie podobnie jak w Iowa, 40 proc. republikanów to „nowo narodzeni” (ewangeliczni) chrześcijanie. Romney stawia na Michigan, bo stamtąd pochodzi jego rodzina. McCain liczy na stany z bazami wojskowymi, gdzie jest najbardziej popularny. Do niedawna zdawało się, że o rezultacie prawyborów zadecyduje superwtorek 5 lutego, kiedy głosuje ponad 20 stanów, w tym największe, jak Kalifornia i Nowy Jork, ale i to stoi pod znakiem zapytania, zwłaszcza w Partii Republikańskiej.

Według jednej z teorii, prawybory w dużych stanach faworyzują kandydatów establishmentu – nie można bowiem tam odwiedzić wszystkich domów i liczą się głównie spoty telewizyjne. Dotyczy to szczególnie gęsto zaludnionych stanów obu wybrzeży, gdzie wielki rynek winduje w górę ceny ogłoszeń. Sprzyjałoby to zatem Hillary Clinton? Niekoniecznie, gdyż i Obama dysponuje ogromnymi funduszami i wszędzie stworzył potężne sztaby wyborcze. W stanach z liczną murzyńską ludnością, głównie na południu, może liczyć na jej poparcie. Czołowi czarni politycy wahali się, czy przyłączyć się do obozu senatora z Illinois, ale z czasem przekonali się do niego. Nie bez znaczenia było namaszczenie Obamy przez królową amerykańskich telewizyjnych talk-shows, wszystkim znaną, czarnoskórą Oprah Winfrey.

Komentatorzy wyrażają satysfakcję, że wyścig do nominacji prezydenckich się przedłuża. Oznacza to, że inaczej niż w poprzednich latach stany, w których prawybory odbędą się później, będą miały wreszcie coś do powiedzenia. Tymczasem bukmacherzy z Las Vegas obstawiają zwycięstwo Hillary Clinton w wyborach prezydenckich w stosunku 5:4. Szanse Obamy oceniają niżej (2:1), ale wyżej od wszystkich kandydatów republikańskich. Te zakłady oddają obecne nastroje w Ameryce: demokraci są pełni optymizmu i zadowoleni ze swoich kandydatów do Białego Domu, w prawyborach głosują liczniej niż poprzednio. Republikanie tkwią w depresji spowodowanej polityką prezydenta Busha, dziękują mu, że nie miesza się do kampanii wyborczej i mówią o potrzebie zmian.

Do wyborów jednak daleko i za 10 miesięcy wiele się może zmienić. Recesja, o której mówi się coraz głośniej, wzmocni pozycję demokratów, i to raczej Hillary Clinton. Poważny kryzys międzynarodowy zadziała na korzyść GOP, zwłaszcza Giulianiego i McCaina. Na razie zaś wiadomo tylko, że nic jeszcze nie wiadomo.
 

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj