szukaj
Śnieżne zjeżdżalnie
Nie ma to jak rodzina. Zwłaszcza gdy jeździ na nartach. Specjalne atrakcje i oferty dla tak świetnej klienteli czekają we wszystkich stacjach alpejskich. Szkolne ferie to stan podwyższonej gotowości. Szacuje się, że z powodu marnej zimy w kraju w Alpy wybierze się nawet pół miliona Polaków więcej niż zwykle.

Na początku i pod koniec sezonu na stokach przeważają narciarze lubiący jeździć samotnie lub w grupach koleżeńskich. Pozostałe tygodnie to czas wyjazdów rodzinnych - mawiają pracownicy biur podróży specjalizujących się w turystyce zimowej. Wniosek z tej prawidłowości może być jeden: właśnie ta grupa gości przynosi największe zyski. Zwykle nie zadowoli się skromną kwaterą o turystycznym standardzie, lecz wybierze wygodniejszy apartament bądź hotel.

W trosce o dzieci częściej też skorzysta z posiłku w którejś z restauracji na stoku oraz z usług instruktorów. Rodzice maluchów będą zapewne skłonni oddać je do narciarskich przedszkoli - nie dość, że pociechy uczą się tam pierwszych kroków na nartach, to mają zapewnioną opiekę, więc oni sami mogą wreszcie pojeździć.

W cenie są też wypożyczalnie sprzętu - wszak dzieci szybko rosną i trzeba go często zmieniać. A i wieczorem po nartach trzeba zapewnić pociechom jakieś zajęcie - chociażby na basenie... Narciarska rodzina jest wreszcie klientem perspektywicznym - za parę lat najmłodsi dziś goście mogą zechcieć wrócić do stacji znanej z dzieciństwa.

Nic dziwnego, że logo stacji przyjaznej rodzinom ma w zimowym biznesie sporą wartość. Własnego konceptu na przyciągnięcie narciarskich rodzin szukają nawet stacje, które dotąd reklamowały się jako areny zawodów alpejskich rangi Pucharu Świata bądź uchodziły za idealne tereny dla wyznawców najwyższego stopnia wtajemniczenia, czyli narciarstwa pozatrasowego (free ride'u czy ski-touringu). Standardem stały się w efekcie narciarskie przedszkola dla najmłodszych i snowparki dla uprawiających snowboard nastolatków. A i innych pomysłów - ku zadowoleniu narciarzy - jest mnóstwo.

Austria: raj dla początkujących

Symbolem nowej tendencji w Austrii jest ranga, jaką wśród właścicieli tamtejszych ośrodków narciarskich ma certyfikat „Wel-come Begginers". Przyznaje go Związek Kolei Linowych po serii szczegółowych audytów, obejmujących różne ważne dla stawiających pierwsze kroki na nartach kryteria. Badana jest więc m.in. jakość przygotowania tras, ale też ich szerokość oraz stopień nachylenia. Rolę gra to, czy wyciągi mają konstrukcję ułatwiającą wsiadanie niewprawnym jeszcze narciarzom i czy na stoku wydzielono tereny do zabawy dla dzieci. Kontroli podlegają też programy przedszkoli i szkółek narciarskich - atutem m.in. są wspólne kursy narciarstwa dla dzieci i rodziców.

O tym, jak wyśrubowane obowiązują kryteria, świadczy już to, że na razie prawo do posługiwania się znaczkiem „Welcome Begginers" zdobyło w całej Austrii ledwie 12 ośrodków (Gerlitzen, Kreischberg, Hochkönigs, Kasberg, Hochkar, Hochficht, Dachstein-West, Rauriser Hochalmbahnen, Bergbahnen Stuhleck, Tauplitz, Fageralm i Montafoner).

Innym cenionym znakiem jakości jest prestiżowa nagroda DSV (Deutcher Skiverband), przyznawana najlepszym rodzinnym ośrodkom narciarskim w całych Alpach. W ostatnich latach najczęstszym jej laureatem jest tyrolski Serfaus-Fiss-Ladis (godzina jazdy od Innsbrucku, 185 km tras w 90 proc. sztucznie dośnieżanych i uchodzących za jedne z najlepiej nasłonecznionych w Austrii). Wszystko za sprawą Murmli Parku - położonego na wysokości niemal 2 tys. m n.p.m. ośrodka nauki jazdy dla dzieci. Regułą jest tu, że narty mają być zabawą. Dlatego do jego wyposażenia należy przygodowy tor przeszkód, narciarskie karuzele i czarodziejskie dywany (pod tą nazwą pracują taśmy transportujące dzieci pod górę), śnieżne zjeżdżalnie itd. A nawet przeznaczona wyłącznie dla dzieci kolejka linowa z miejscowości Serfaus.

Ośrodki tyrolskiej doliny Zillertal (obejmującej 639 km tras na wysokości od 550 do 3250 m n.p.m. i pokrytej niemal 200 nowoczesnymi wyciągami) proponują nawet żłobki dla dzieci, które nie przekroczyły trzech lat! A o jakości tutejszych żłobków i narciarskich przedszkoli świadczy choćby przyznana za miniony sezon nagroda Best Babysitting. Także położony o godzinę jazdy od Strasburga region Skiamade (860 km tras, sięgających aż 2700 m n.p.m.) na specjalnej stronie (www.skiamade.com/family) kusi całą paletą ofert obowiązującego przez cały sezon programu „Family".

Przykładowo: w rodzinach z więcej niż trójką dzieci za karnet zapłaci tylko dwoje z nich - reszta jeździ gratis. A od 15 marca do końca sezonu darmowe karnety, w ramach prezentu wielkanocnego, dostaną wszystkie dzieci, które nie przekroczyły 15 roku życia (jedynym warunkiem w obu przypadkach jest, by karnet wykupiło przynajmniej jedno z rodziców). Wtedy też obowiązują najkorzystniejsze ceny w apartamentach i wypożyczalniach sprzętu (rodzina z dwójką dzieci za siedem noclegów, karnety i sprzęt może zapłacić niewiele ponad 750 euro).

Po innego rodzaju przynętę dla młodzieży sięgnęła bodaj najbardziej snobistyczna i najdroższa austriacka stacja, czyli położone przy granicy ze Szwajcarią Ischgl. Na inaugurację sezonu ściągnęło ze Stanów Zjednoczonych aktualną supergwiazdę MTV, pochodzącą z Barbados amerykańską piosenkarkę pop Rihannę. Jej darmowy koncert u podnóża masywu Silvretta przyciągnął ponad 15 tys. widzów i przerodził się w całonocną party na ulicach miasteczka. Inna rzecz, że tylko niewielu z jego uczestników wybrało się następnego dnia na 230 km okolicznych tras. Ischgl nastawione jest właśnie na chcących się zabawić gości. Tutejszy slogan reklamowy ujmuje to delikatnie jako „zawsze młodych duchem", ale wynajęty przez miasteczko specjalista od public relations podaje znaczące statystyki: o największej w Austrii liczbie hoteli czterogwiazdkowych - jest ich ponad 80 - oraz o średnich wydatkach tutejszego gościa, znacznie wyższych niż w innych stacjach, bo sięgających dziennie 155 euro. Dodaje też, że Ischgl przoduje też wśród austriackich ośrodków pod względem sprzedaży prezerwatyw. Lecz nawet tam, w kurorcie o takim profilu, działają przedszkola dla dzieci - ba, prowadzą je często poszczególne hotele, co gwarantuje wysoki poziom.

Dla większości narciarskich rodzin z Polski wybierających się na zimowy urlop decydujące może być jednak najbardziej prozaiczne kryterium - odległość. Wszak wciąż najtańszym, a dzięki brakowi ograniczeń w bagażu także najwygodniejszym rodzinnym środkiem podróży jest samochód. A austriackie Alpy - z racji położenia - mają pod tym względem niebagatelną przewagę nad konkurencją.

Włochy: dla każdego coś dobrego

Stacje narciarskie Włoch kuszą słońcem i zasłużoną renomą zawsze doskonale przygotowanych tras. - Włosi traktują narciarstwo przede wszystkim jako formę popularnej rekreacji. Dlatego przy wytyczaniu tras przyjmują, że przynajmniej połowa z nich ma być łatwa, a wszystkie muszą być idealnie wyratrakowane - opowiada szef jednego z biur podróży specjalizujących się w tamtejszym rynku. Dowodem, że także Włosi przyjęli zasadę, iż każda stacja powinna być przyjazna rodzinom, mogą być dwa ośrodki o różnym charakterze: Sestierre i Chiesa Valmalenco.

Położone tuż przy granicy z Francją Sestierre zasłynęło jako arena konkurencji narciarskich igrzysk olimpijskich 2006. Dziś kusi 400 km tras - od takich, na których podczas olimpiady rozgrywano biegi zjazdowe i slalomy, a teraz służą alpejczykom ścigającym się w Pucharze Świata, po dostępne nawet dla początkujących. Ale Vialattea - bo tak określa się region Sestierre i okoliczne doliny - to także aż cztery snowparki dla nastoletnich miłośników snowboardu oraz dwa wydzielone i w pełni wyposażone place dla uczących się narciarstwa dzieci. Atrakcją dla młodych fanów sportów zimowych może być też oczywiście możliwość nocowania w wiosce olimpijskiej. Z kolei Chiesa Valmalenco to historyczna i otoczona z trzech stron trzytysięcznikami miejscowość w dolinie Valtellina (60 km od popularnego w Polsce Bormio). Oferuje 68 km tras o różnym stopniu trudności, w większości położonych na górującym nad wioską i zwykle nasłonecznionym płaskowyżu (wyciągi docierają na prawie 2400 m n.p.m.). Małe hotele o różnym standardzie gwarantują domową atmosferę i posiłki. O tym, że Chiesa jest świetnym miejscem na zimowe ferie dla dzieci i młodzieży, świadczyć może to, że na zimowe obozy wybiera ją co roku kilkanaście szkół z Belgii i Holandii.

Włoskim standardem są nie tylko - jak wszędzie - darmowe karnety dla małych narciarzy (zwykle do 8 roku życia), ale i sięgające 60 proc. zniżki na miejsca w hotelach. - Z reguły im lepszy hotel, tym atrakcyjniejsze proponuje upusty - zdradzają polscy touroperatorzy. W tym sezonie do wyboru Włoch jako miejsca rodzinnych ferii może skłaniać i to, że gospodarze zimowe wakacje mają już za sobą. Nie ma więc obawy o tłok w ośrodkach i na stokach.

Szwajcaria: narty, psy i termy

Podobny przykład troski skrajnie różnych ośrodków narciarskich o rodzinnego klienta w Szwajcarii dają Nendaz i Leukerbad, położone w regionie Wallis (przy granicy z Włochami i Francją).

Nendaz wchodzi w skład Czterech Dolin - jednego ze światowej sławy szwajcarskich regionów narciarskich (należy do niego m.in. znane z Pucharu Świata Veysonnaz). Szczyci się on 512 km tras narciarskich, liczbą dni słonecznych porównywalnych z francuską Riwierą, niepowtarzalnymi widokami na dolinę Rodanu z jednej strony oraz najwyższe alpejskie czterotysięczniki: Mont Blanc, Matterhorn i Monte Rosa z drugiej. - Ale najbardziej dumni jesteśmy z tego, że możemy reklamować się jako stacja przyjazna tak zwolennikom narciarstwa ekstremalnego, jak i rodzinnego - mówi Adeline Favre z Nendaz Tourism. Rzeczywiście: dość powiedzieć, że szczyty i granie otaczające Nendaz są częstymi miejscami startu międzynarodowych zawodów free ride'owych, a sam szef Nendaz Tourism Sebastien Epiney należy do czołówki szwajcarskich narciarzy tourowych. Równocześnie Nendaz od 10 lat legitymuje się certyfikatem „Families Welcome", nadawanym przez Szwajcarską Federację Turystyki miejscowościom gwarantującym odpowiednie warunki wypoczynku rodzinnego (w całym kraju miano to przyznano 31 ośrodkom).

Są ku temu powody: w samym Nendaz działają aż 4 przedszkola narciarskie (przyjmują nawet dwulatki!), a tamtejsi instruktorzy oferują duże zniżki dla rodzin, które wspólnie chcą się uczyć jeździć. Place zabaw dla dzieci widać zresztą nie tylko na stokach, ale i w miasteczku. Osobną atrakcją są lodowiska, tory saneczkowe i wreszcie możliwość przejechania się saniami ciągniętymi przez osiem psów rasy Husky. Dla nastolatków magnesem są dwa snowparki - jeden dla adeptów freestylu, drugi dla zaawansowanych. Tej zimy otwarto tu też pierwszy w Europie Burton Progression Park - firmowane przez najpopularniejszego producenta sprzętu snowboardowego miejsce do - jak zapewniają organizatorzy - „wydajniejszego niż w tradycyjnych snowparkach treningu ewolucji snowboardowych i freestylowych".

Z kolei położone również w Wallis Leukerbad to zimowy kurort, a równocześnie największe w całych Alpach centrum termalne i odnowy biologicznej. Na narciarzy i snowboardzistów czeka 50 km tras, a wszyscy goście mogą korzystać z 4 olbrzymich kompleksów termalnych (z 65 źródeł wypływa dziennie 3,9 mln litrów wody o temperaturze sięgającej nawet 51 st. Celsjusza). Przoduje wśród nich Burgerbad - z 10 basenami oraz licznymi innymi atrakcjami: długą na 70 m zjeżdżalnią, specjalnie wyposażonymi basenami dla dzieci. Młodzież ma też do dyspozycji centrum sportowe z krytym lodowiskiem, kortami tenisowymi i siłownią.

Obie stacje są też dowodem, że narty w Szwajcarii nie muszą być koszmarnie drogie. Przykładowo: w Nendaz cały dzień opieki nad dzieckiem (w tym lunch) kosztuje 42 euro, za trzydniowy kurs narciarski (trzy godziny dziennie) czteroosobowa rodzina zapłaci 320 euro. Z kolei w Leukerbad rodzice z dwójką małych dzieci są w stanie znaleźć apartament (z 6-dniowym karnetem narciarskim i biletem do term) za niewiele ponad 600 euro. Także ceny samych karnetów nie odbiegają od europejskiej średniej. Wyjątkowo drogie są za to wciąż połączenia międzynarodowe z telefonów komórkowych.

Dla wybierających się na narciarski urlop w Szwajcarii ważne jest i to, że Swiss Air Lines nie pobierają - w przeciwieństwie do większości linii konkurencji z tanimi włącznie - dodatkowej opłaty za przewóz sprzętu. Na dodatek, publiczna komunikacja stoi tam na światowym poziomie. Dość powiedzieć, że już w podziemiach lotniska w Zurychu (utrzymującego tytuł „Best Major European Airport" m.in. z racji doskonałego oznakowania, niewielkich odległości do wyjść i punktualności) można wsiąść do ekspresu Intercity, który dzięki oddanemu dwa miesiące temu tunelowi Lotschberg (37 km długości, co daje mu status najdłuższego na kontynencie) w niecałe trzy godziny dowozi narciarzy do podnóża Alp, skąd autobusem mogą szybko dotrzeć do docelowej stacji.

Francja: daleko, lecz pięknie

Spora odległość jak na podróż samochodem jest tu główną barierą. Nawet wybór samolotu niewiele pomaga z racji gorszej sieci połączeń lokalnych (z Polski tanie linie latają jedynie do Grenoble, skąd autobusem można dotrzeć tylko do najbliższych stacji). Na tych jednak, którzy zaryzykują, czekają najrozleglejsze w całych Alpach stoki. Na dodatek, usytuowanie większości stacji na dużej wysokości oraz dogodny układ wyciągów oraz tras sprawia, że ze skibusów trzeba korzystać sporadycznie - a to istotny szczegół podczas wyjazdów rodzinnych. Znaczenie ma wreszcie panujący we Francji kult małych dzieci - widać go także w atmosferze panującej w narciarskich przedszkolach.

Francuzi już od wielu lat w opisie swoich stacji uwzględniają to, czy są one przyjazne rodzinnym wyjazdom. Dla atmosfery narciarskich wczasów ważne jest i to, że we Francji odchodzi się już od koncepcji stacji-blokowisk z jak najmniejszymi studiami. Coraz popularniejsze są przyjazne dla oka, bo wkomponowane w krajobraz, budynki z większymi apartamentami. Okazuje się, że w interesujący sposób można zaprojektować nawet dużą stację. Udało się to choćby w Puy Saint Vincent czy Oz en Oisans w kompleksie Alpe d'Huez - obiektach niemałych, ale tak wtopionych w otoczenie, że nie rażą.

Coraz częściej na potrzeby narciarskiego biznesu wykorzystuje się już istniejące wioski alpejskie: powiększa się w nich jedynie bazę noclegową i dobudowuje wyciągi. Przykładem Val Cenis w dolinie Bessans przy granicy z Włochami czy Les Aillons w Alpach Północnych. Stworzono tam sieć wyciągów i tras biegowych, nie naruszając układu miejscowości. Przeciwnie: oryginalną architekturę regionu traktuje się jako atut dla turystów. Powstają nawet całe grupy wiosek połączonych wyciągami, jak choćby rozbudowywany dopiero od paru lat, więc nowoczesny i niezatłoczony, Les Sybelles w Dolinie Maurienne - 310 km tras na nasłonecznionym płaskowyżu u stóp szczytu L'Ouillon (2431 m n.p.m.).

Osobną jakością - właśnie z punktu widzenia rodzinnego wyjazdu - jest kompleks Valmorel-St. Francois Longchamp. Te dwie stacje, położone po przeciwległych stronach wspólnego pasma, lecz połączone wyciągami, oferują stoki i dla wytrawnych narciarzy (po stronie Valmorel), i dla początkujących (od St. Francois Longchamp).

Niezależnie więc, gdzie rodzina zamieszka (przyjemniej jest w Valmorel), najeździć mogą się wszyscy. A o to przecież podczas rodzinnych wyjazdów chodzi. Jak widać, narciarskiemu biznesowi udało się przewalczyć podstawową trudność: konieczność pogodzenia nie tylko różnych poziomów zaawansowania, ale i odmiennych oczekiwań rodziny na zimowych wczasach.
 

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj