Walentynki na Bliskim Wschodzie
Oddajcie nam święto miłości
Zamieszki w płatkach róży, czyli Walentynki po arabsku.
magerleagues/Flickr CC by SA

Nawet święto Walentego na Bliskim Wschodzie to powód do zamieszek i represji. Jak co roku 14 lutego saudyjska policja religijna wyszła na ulice miast, by dopilnować oficjalnego zakazu obchodzenia święta miłości. Z witryn sklepów miały zniknąć wszelkie towary kojarzące się z miłością – czerwone róże, pluszowe przytulanki, kartki z napisem „I love you”, i czekoladowe serca. Dzieciom zakazano ubierać się do szkoły na czerwono. Według wahhabizmu, purytańskiej wersji islamu sunnickiego i oficjalnej doktryny religijnej państwa saudyjskiego, Walentynki to święto pogańskie, które promuje związki pozamałżeńskie. Wahhabizm świętych w ogóle nie uznaje, bo odwracają uwagę od jedynego Boga, a tym bardziej nie akceptuje świętych, którzy namawiają do okazywania miłości. Zafascynowani kulturą Zachodu młodzi Saudyjczycy zamawiali więc kwiaty o świcie, by zaskoczyć ukochanych i przechytrzyć policję. Kwiaciarze cieszyli się, gdyż ze względu na zakaz i ryzyko mogli podnieść ceny. Czerwoną bieliznę mężowie kupowali dla żon na zapleczu sklepów. W Arabii Saudyjskiej randkowanie poza sferą wirtualną jest niemalże niemożliwe (kobiety nie mają prawa wychodzić z domu bez męskiego „strażnika”), więc policja religijna głównie strzegła moralności zamężnych par.

Słynąca w świecie arabskim z flirtu, pięknych, wyzwolonych kobiet i czarujących mężczyzn, stolica Libanu, Bejrut, dziś również nie była w miłosnym nastroju. Kiedyś studenci dawali czerwone róże koleżankom na uniwersytetach, w restauracjach trudno było o stolik, ale odkąd trzy lata temu w dzień św. Walentego zamordowano premiera Rafika Hariri, mieszkańcy Bejrutu posmutnieli. Dziś data kojarzy się tylko z impasem politycznym i podziałem narodu na dwa wrogie obozy, oskarżające się nawzajem o korupcję, umyślne wzniecanie chaosu i przeprowadzanie zamachów na tle politycznym. Zamiast róż w centrum Bejrutu powiewały libańskie flagi: rano odbyła się wielka demonstracja upamiętniająca trzecią rocznicę śmierci Rafika Hariri. Na znak jedności w skłóconym państwie, w którym ostrzeżenia przed wybuchem wojny domowej coraz częściej słychać z ust polityków, podczas nawoływań do muzułmańskiej modlitwy biły dzwony kościelne. Tymczasem kilka kilometrów obok zubożała dzielnica szyicka szykowała się do pogrzebu Imada Mughniyeha, jednego z najważniejszych dowódców Hezbollahu, zamordowanego kilka dni wcześniej w Damaszku. Wielu się martwiło się, że może dojść do konfrontacji między uczestnikami obu demonstracji, a Walentynki dołączą do długiej listy krwawych dat w historii Libanu. „Oddajcie nam Walentynki, oddajcie nam święto miłości” – oskarżały polityków blogi młodych Libańczyków.

Tylko w Palestynie konflikt zdawał się nie mieć żadnego znaczenia dla przebiegu dnia miłości. Do wieczornych obchodów Ramallah przygotowywała się już od kilku tygodni. Dla Palestyńczyków każde święto to okazja na wyrwanie się z przygnębiającej beznadziei, w której żyją już ósmy rok - od początku Drugiej Intifady. Przestała się liczyć niepodległość, wewnętrzne podziały i okupacja izraelska. Na walentynkowe imprezy młodzi ludzie gotowi są wydać wiele pieniądzy, bo wszystkie bary i kluby postarały się o zespoły muzyczne, profesjonalnych DJ-ów i romantyczną atmosferę. Na przykład restauracja Azure proponowała kolację wśród świeczek, rozsypanych płatków róż na stołach i zapachu pot pourri. Na deser podawano czekoladowe fondue z truskawkami.

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj