Przedostatni akt
Fidel Castro oficjalnie zrezygnował z funkcji przewodniczącego Rady Państwa i podobno zajmuje się już głównie kwestiami religijnymi. Ma 81 lat i zaczął rozmyślania o Jezusie. Odkrył podobieństwa, którym się dziwi.

 

Jezus żył na ziemi dużo krócej, niż będzie żył Fidel. Fidelem opiekują się gerontolodzy rumuńscy, którzy wcześniej dbali o Ceausescu. Jedno się już bezpowrotnie skończyło – panienki. Fidel był dziwkarzem jak każdy latynoamerykański caudillo, ale wiek ma swoje prawa.

Kuba utrzymywana była przez Związek Radziecki, który kupował cukier trzcinowy i płacił za dzierżawę terenów pod instalacje militarne. To się nazywało „bratnią pomocą” i nie miało żadnego uzasadnienia ekonomicznego. Monokultura trzciny wyjałowiła gleby na Kubie i kraj, który miał się stać Kuwejtem cukru, zaczął likwidować cukrownie, Fidel odkrył bowiem, że przynoszą straty.

Kiedy Związek Radziecki przestawał istnieć, Fidel, zamiast przyjrzeć się, co robią Chińczycy reformujący gospodarkę według recepty Deng Xiaopinga, wygadywał brednie o tym, że Kuba jest niezatapialnym lotniskowcem socjalizmu. Tymczasem z tego lotniskowca uciekało do USA coraz więcej ludzi i na Florydzie było ich już około półtora miliona. Fidel mówił o nich guzanos (robaki), ale jednocześnie pozwalał wyjeżdżać swoim agentom. Emigranci wymieszani z agentami to bardzo wpływowa w Stanach grupa etniczna. Dała Amerykanom wielu lekarzy i architektów oraz dużą część elektoratu głosującego na republikanów. To oni są najtwardszymi przeciwnikami zniesienia sankcji gospodarczych wobec Kuby, kto wie, czy nie za sprawą agentów. Gdyby bowiem sankcje zniesiono, Fidel dawno już by upadł. Wtedy Kuba poszłaby może śladami ChRL, choć poza sankcjami legła temu na przeszkodzie nieobecność Che Guevary.

Gdyby Che nie pokłócił się z braćmi Castro i gdyby nie wyjechał do Boliwii, gdzie zginął, losy Kuby potoczyłyby się zapewne inaczej. Guevarze już na początku lat 60. nie podobał się system sowiecki, a zwłaszcza jego kubańska odmiana. Mówił: „nie chcę tego gówna dla mojego narodu”. Powiedział to na lotnisku po wyjściu z samolotu, którym wrócił do Hawany z Moskwy. Doszło do ostrej kłótni z Fidelem, mało się nie pobili.

Tymczasem Raul Castro, przyrodni brat Fidela, już instalował system na wyspie. Raul ma mentalność sowieckiego oficera KGB i bardzo mu się sowietyzacja podobała, bo łatwiej się rządzi. Ponadto nadużywa alkoholu. Mówi się nawet o uzależnieniu. Tymczasem Fidel udawał, że o niczym nie wie, a Kubańczycy głośno mówili, że gdyby wiedział, toby do ruiny za drutami kolczastymi nie pozwolił dopuścić. Było odwrotnie. Fidel wiedział wszystko. Jeśli ktoś czegoś nie wiedział, to Raul, którego nie wpuszczano do gabinetów Fidela i jego najbliższych współpracowników. Ścisłe elity, dość często zmieniane przez Fidela, nie obejmowały Raula. Fidel nie lubił go i pogardzał bratem. A dziś, kiedy musi oddać władzę, nie lubi go tym bardziej.

Kto znalazł się blisko Fidela, mógł łatwo utracić pozycję, bo Commandante to osoba niebywale kapryśna i podejrzliwa, a czasem też infantylna. Zdziecinniały staruszek, którego nie wiadomo dlaczego toleruje ciągle największy pisarz języka hiszpańskiego Gabriel Garcia Marquez.

Wielu ludzi z bezpośredniego otoczenia Fidela popadło w niełaskę, na przykład Ramiro Valdes, minister spraw wewnętrznych. Wielu innych postawiono w stan oskarżenia i rozstrzelano. Gdyby – jak mówiliśmy – przetrwał zamęt Che Guevara, może by Kuba stała się dziś „małymi Chinami”, bo bardzo był on zainteresowany rozwiązaniami chińskimi, które uważał za lepsze od sowieckich.

Chiny inwestują w Kubę około miliarda dolarów rocznie. Ale nie są to inwestycje militarne. Budują przyczółek, bo zajęły już miejsce Rosji jako drugie supermocarstwo i chcą mieć nie tylko Chinatown w Los Angeles, ale także „lotniskowiec” u wybrzeży, na którym montują rowery, podstawowy dziś na Kubie środek lokomocji.

Gdyby pozwolono emigrantom kubańskim inwestować na Kubie tak, jak pozwolono chińskim w Chinach – Kuba byłaby dziś dostatnim krajem. Ale za rządów braci Castro trudno to sobie wyobrazić, ponieważ obydwaj są tępymi doktrynerami. Kuba żyje, to znaczy ledwo żyje, z odrobiny ropy naftowej w szelfie Zatoki Meksykańskiej, ale nie wystarcza tego nawet na własne potrzeby. Żyje też z turystyki, bo ma najpiękniejsze plaże na Karaibach, a infrastruktura poprawia się za sprawą inwestorów kanadyjskich i hiszpańskich. Ale ceny są wysokie, jakość usług marna, no i trudno odpoczywać, mając do czynienia z upodlonym światem dookoła, gdzie wszyscy wyciągają ręce.

Kuba żyje także z tego, z czego żyła zawsze, to znaczy z prostytucji. Hawana była seksualnym zapleczem Miami i pozostała nim do dziś, tyle tylko, że obsługa życia nocnego organizowana była kiedyś w sposób profesjonalny, a dziś jest to żebractwo, które uprawiają dziewczęta ze szkoły średniej, pokątnie, za parę tenisówek czy majtek. Pomagają też Kubańczykom emigranci, którzy przysyłają trochę dewiz. Wszystko to jednak kontrolowane jest przez biurokrację rządową i nie można sobie tych pieniędzy wydawać tak, jak się chce.

Kubańczycy, ale to już na najwyższym piętrze władzy, próbowali czerpać zyski z tranzytu narkotyków z Kolumbii do USA, wykorzystując do tego dyktatora Panamy Manuela Noriegę. Zaufani ludzie Fidela, bracia de la Guardia, założyli za jego cichą zgodą departament handlu zagranicznego przy KC Komunistycznej Partii Kuby i pozwalali samolocikom kolumbijskim na międzylądowanie na Kubie w najściślejszej tajemnicy. Fidel uważał, że jeśli narkotyki są potem sprzedawane młodym Amerykanom, to dobrze, bo degeneruje się w ten sposób przyszłych żołnierzy piechoty morskiej, czyli przypuszczalnych napastników, którzy najadą Kubę. Kiedy Amerykanie byli gotowi ujawnić ten proceder i oskarżyć Fidela, ten wezwał z Angoli generała Ochoę, oskarżył go o przemyt i rozstrzelał. Miał z Ochoą porachunki, bo generał nie dawał mu się mieszać w dowodzenie operacjami wojsk kubańskich w Afryce. Uważał, że z odległości 10 tys. km nic nie widać i że Fidel nie ma pojęcia o sytuacji w Angoli. Zarazem wyraził kiedyś przy swoich podwładnych troskę o przyszłość rewolucji kubańskiej i donos trafił do Hawany. Trzeba się było pozbyć generała. Fidel dał w ten sposób kubańskim wojskowym klarowny sygnał: „wszyscy jesteście śmiertelni!”.

Jego awanturnictwo dało o sobie znać najwyraźniej i najostrzej tuż przed kryzysem rakietowym w 1962 r. Nikita Chruszczow odpoczywał wtedy na Krymie w towarzystwie marszałka Malinowskiego. Wskazując na morze, marszałek powiedział: tam, po drugiej stronie, znajdują się silosy z rakietami wymierzonymi w nasze brzuchy. Dlaczego nie mielibyśmy zainstalować takich rakiet na Kubie, żeby celowały w brzuch Kennedy’ego? Mołodiec – odparł na to Chruszczow i zaczęli odpowiednie przygotowania. Na Kubę ruszyło mnóstwo okrętów, które niby miały uczestniczyć w manewrach, ale w gruncie rzeczy wiozły na Kubę silosy, rakiety, ekspertów, ich rodziny, a nawet sprzęt do budowy boiska do piłki nożnej, żeby wojska rakietowe mogły godziwie odpoczywać.

Amerykanom przestało się to wszystko podobać, natomiast porozumienie o rakietach negocjował w Moskwie w imieniu Fidela Che Guevara. Obydwaj zdawali sobie sprawę z niebezpieczeństwa tych kroków, ale Chruszczow zapewnił ich, że chodzi o rakiety defensywne. Tymczasem Amerykanie posłali samolot U2, który sfotografował silosy, a w nich rakiety ofensywne o zasięgu, który pozwalał atakować dowolny cel w USA i w Kanadzie Południowej. Robert Kennedy, brat prezydenta, powiedział Anatolijowi Dobryninowi, ambasadorowi Chruszczowa, że mają zabierać z Kuby swoje „cygara”. Fidel na to odparł, że rakiety powinny pozostać. Nawet jeśli USA zaatakują silosy na Kubie, a Hawana przestanie istnieć, to Związek Radziecki odda uderzenie i w rezultacie wymiany ciosów nuklearnych Stany Zjednoczone znikną z powierzchni ziemi. A zatem za cenę istnienia Kuby dojdzie do likwidacji imperialismo yanke. Chruszczow nie chciał tego słuchać, wyniósł się i od tej pory patrzył na Fidela jak na wariata, a stosunki radziecko-kubańskie osiągnęły na długie lata najniższy z możliwych poziomów.

Fidel Castro i dziesięciu kolejnych prezydentów USA to epopeja sama w sobie. Zaczęło się jeszcze w czasach Eisenhowera, który nie chciał Fidela przyjąć, zlecił to Nixonowi. Z każdym prezydentem USA Fidel wiązał nadzieje na poprawę stosunków, czynił gesty, składał obietnice, a jednocześnie z każdym prowadził wojnę.

Z George’em Bushem Fidel prowadzi walkę na lekarzy. Wysyła ich wszędzie w świat i płaci jak na Kubie. Bush z kolei oskarżył Castro, że przekształca Hawanę w ośrodek seksturystyki porównywalny z najbardziej w świecie znanymi centrami tego typu i że zarazem jest to ogromny rynek harców dla pedofilów. Fidelowi wyrwało się kiedyś podczas przemówienia, że jeśli już Amerykanie zarzucają Kubie, iż na jej terytorium działają prostytutki, to są to najbardziej wykształcone prostytutki na świecie. Co się tyczy delikatnej kwestii ich wieku, to trzeba powiedzieć, że dziewczynka dojrzewa seksualnie na Karaibach mając 11–12 lat, kiedy z biologicznego punktu widzenia staje się gotową do współżycia i prokreacji kobietą.

Zdrowie stało się na koniec poważnym problemem w stosunkach dwustronnych – jakiekolwiek one są – i to zdrowie samego Fidela. Ośrodki decyzyjne w USA mają na pewno swoje tajne scenariusze dotyczące godziny „zero”, kiedy Fidel odda władzę na wieki. W dramacie kubańskim nastąpi jeszcze jeden akt. Po stronie amerykańskiej jako kolejny prezydent wystąpi nie wiadomo kto. Może Barack Obama, może Hillary Clinton. Po stronie kubańskiej zaś – wiadomo: Fidel Castro. Jeśli nie żywy, to jego duch, który unosić się będzie nad wyspą jeszcze długie lata.
 

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj