szukaj
Europejska polityka przyjaźni
Europa dobiera się w pary
Jeśli Paryż z Londynem, to Warszawa z Berlinem.

Jest tajemnicą poliszynela, że za prezydentury Nicolasa Sarkozy'go francusko-niemiecka przyjaźń nie kwitnie. Prezydenta Francji i kanclerz Niemiec dzieli bardzo wiele. Sarkozy szuka więc wsparcia w nowych aliansach, choć oczywiście stara się zachować co się da ze starych. W zeszłym tygodniu wyprawił się w tym celu za Kanał La Manche. Zacieśnia stosunki z Wielką Brytanią i równocześnie zapewnia, że Niemcy ciągle bardzo kocha.

Polityczny cel wizyty francuskiej pary prezydenckiej jest jasny: Nicolas Sarkozy chce zacieśnić więzy przyjaźni między Francją i Wielką Brytanią. Zbliżenie z USA, a wiadomo, że Sarkozy jest proamerykański, będzie jeszcze bardziej owocne, jeśli Francja przemówi jednym głosem z Wielką Brytanią - najlepszym sojusznikiem Waszyngtonu. Czekając na wyniki listopadowych wyborów w USA nie zaszkodzi zacieśnić stosunki z najlepszego sprzymierzeńcem Waszyngtonu niezależnie od tego czy w Białym Domu zasiądzie McCain, Obama, czy Hillary Clinton. Podobne ukłony Sarkozy kieruje też do innych akolitów Ameryki, przykładowo goszcząc przed kilkoma dniami w Paryżu prezydenta Izraela Szymona Peresa.

Połączenie sił Francji i Zjednoczonego Królestwa również dla UE może okazać się bardzo korzystne. Szczególnie w obliczu objęcia przez Francję przewodnictwa w Unii 1 lipca b.r. A pole manewru jest ogromne, gdyż w zjednoczonej Europie nie ma przecież mowy o aliansie przeciwko komuś - to słowa samego Sarkozy'ego wygłoszone w Londynie. Czy więc Niemcy i cała Unia mogą spać spokojnie?

I tak i nie. Oczywiście nowy sojusz Sarkozy'ego z Gordonem Brownem nie jest wymierzony przeciwko Niemcom. Jednak dodatkowo obciąża on i tak już ciężkie od różnic poglądów dossier francusko-niemieckie. Francja Sarkozy'ego staje się bowiem bardziej anglosaksońska, a więc mniej kontynentalna, niż dotąd. Niemcy zaś, choć nie mają zamiaru zmieniać sojuszy - w końcu chodzi o subtelności - muszą poczuć się nieco osamotnione. Jakoś wszyscy lgną do Londynu, a nie do Berlina.

Między Paryżem i Londynem też nie ma pełnej zgodności poglądów i te właśnie różnice Sarkozy chce złagodzić. Główna linia podziału przebiega dziś paradoksalnie nie między Dover i Calais, a poprzez Turcję i Morze Śródziemne. Paryż jest przeciwny przyjęciu Turcji do UE i chce budować dość mglistą Unię Śródziemnomorską, w której grałby oczywiście pierwsze skrzypce. Londyn, jak i większość, jeśli nie wszystkie kraje Unii, w tym szczególnie Niemcy, chce szybkiej akcesji Turcji. W projekcie śródziemnomorskim dostrzega zaś wyłączne zagrożenie własnych interesów. Nota bene, jeszcze bardziej śródziemnomorskich pomysłów Sarkozy'ego obawia się Berlin. Jest więc o czym dyskutować.

Nicolas Sarkozy w czasie wizyty w Londynie niby brał tylko udział w przejażdżce karocą w towarzystwie Elżbiety II i zaprezentował na forum międzynarodowym nową żonę - Carlę Bruni-Sarkozy. Chodzi jednak nie o podbicie serc Brytyjczyków oglądających kolorowe obrazki w "The Sun" czy "The Daily Mirror", ale o zdobycie w Wielkiej Brytanii ważnego sprzymierzeńca. Na trzy miesiące przed objęciem prezydencji europejskiej przez Paryż to plan, który może przynieść wiele korzyści politycznych.

Sarkozy nie marzy nawet o poparciu Londynu dla francuskiego dossier śródziemnomorskiego. Gotów jest natomiast dyskutować z Gordonem Brownem możliwość bardziej elastycznego stosunku do europejskiej akcesji Turcji. Francja chce też pomóc Wielkiej Brytanii w przebudowie jej starzejącego się parku elektrowni atomowych, a brytyjska armia zakupi europejskie Airbusy, w których ważny jest francuski udział. Pomoc militarna Paryża w Afganistanie też jest już de facto przesądzona, choć ma nad nią jeszcze debatować francuski parlament. Dla zatarcia różnic między Paryżem i Londynem Sarkozy jest też gotów zrezygnować z dopiero co ogłoszonej twardej postawy wobec Chin i bojkotu ceremonii otwarcia olimpiady w Pekinie.

To Londyn, a nie Berlin (a jeszcze mniej Paryż, co musi Sarkozy'ego uwierać) jest dziś kluczem do Unii. Dlaczego? Stoi za tym brytyjski potencjał gospodarczy, elastyczność brytyjskiej gospodarki i modelu społecznego. Nie bez znaczenia jest też polityka konsekwentnie nonszalanckiego stosunku rządów Jej Królewskiej Mości do spraw Unii.

Francja ma do zaproponowania dominującej dziś w UE Wielkiej Brytanii sąsiedzki alians i głębszą współpracę gospodarczą na wzór stosunków z Niemcami. Jednym z osiągnięć Sarkozy'ego są plany regularnych spotkań (co 6 miesięcy) na szczycie między prezydentem Francji i premierem Wielkiej Brytanii. Do tej pory takie konsultacje odbywały się tylko między Francją a Niemcami. Dyplomatyczna ofensywa Sarkozy'ego na Wyspach Brytyjskich nie pozostawia wątpliwości, że wierzy on w starą prawdę, iż przyjaciół szukać należy blisko siebie.

A Polska? Polska zawsze była krytyczna wobec zasady szukania przyjaciół pod bokiem - szczególnie w odniesieniu do Niemiec. Dziś, gdy Berlin musi czuć się osamotniony, premier Tusk ma ogromne pole do popisu i w obecnej atmosferze do tej zasady warto wrócić. Z afery wokół ratyfikacji traktatu lizbońskiego wynika, że na piekleniu się Jarosława Kaczyńskiego Tusk tylko zyskuje. Grzechem byłoby z takiej koniunktury nie skorzystać. Tylko co Tusk mógłby kanclerz Merkel zaproponować? Polska nie ma bowiem ani lepszych od niemieckich elektrowni atomowych, ani udziału w produkcji samolotów. A sama dyplomacja uśmiechów wiele nie przyniesie.

Wysiłki Sarkozy'ego mogą jednak doprowadzić do powstania brytyjsko-francusko-niemieckiego twardego jądra nieformalnie dominującego UE, gdyż Berlin nie pozostanie biernym obserwatorem. Polska mogłaby do tej osi dołączyć, ale, jak się wydaje, wyłącznie dzięki uprzywilejowanemu partnerstwu z Niemcami.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj