szukaj
Amerykanie coraz częściej osiedlają się w sąsiedztwie podobnie myślących rodaków
Mieszkaniowa segregacja
Niepewna przyszłość demokracji ceną za dobre sąsiedztwo?

Miło mieć wokół siebie znajomych, którzy myślą tak samo, ale ceną jest polaryzacja społeczna - a nawet przyszłość samej demokracji.

Paulville

Grupa ludzi z Teksasu postanowiła założyć osiedle, na którym będą mieszkać wyłącznie zwolennicy Rona Paula, pisze The Economist. Pan Paul to do niedawna kandydat na prezydenta z ramienia republikanów i zagorzały libertarianin. Jego fani mogą postawić sobie dom na pustym kawałku Teksasu nazwanym "Paulville". Tutaj będą wolni: wolni od płacenia za "styl życia innych, z którym się nie zgadzają", i wolni od irytującego towarzystwa tych, którzy nie podzielają ich miłości do wolności.

Cynicy śmieją się po cichu i nawet sam pan Paul nie jest entuzjastycznie nastawiony wobec pomysłu. Ale pragnienie odseparowania się od innych, które wykazują jego wyborcy, nie jest w Ameryce niczym nietypowym. Amerykanie coraz częściej formują się skupiska ludzi o podobnych upodobaniach. Konserwatyści zamieszkują obok konserwatystów, liberałowie przeprowadzają się do dzielnic liberałów.

Sklep z bronią

Wyjaśnienie jest takie, pisze The Economist, że Amerykanie często się przeprowadzają. Zanim się osiedlą, jeżdżą samochodem po okolicy, patrzą, czy jest tam sklep z bronią, kościół ewangelicki, samochody z nalepkami "W" (jak George W. Bush), kursy jogi albo sklep z żywnością organiczną. Przyciągają ich miejsca, do których pasują. Amerykanin, który się przeprowadza, wybiera nie między dzielnicą ekskluzywną a podupadającą, a między kilkoma różnymi lokalizacjami na tym samym poziomie zamożności, ale kulturowo bardzo odległymi.

Z czasem taka segregacja doprowadza do tego, że mieszkańcy obracają się w kręgu ludzi o identycznych poglądach politycznych. Co więcej, im bardziej są wykształceni, tym bardziej są ograniczeni. A to dlatego, że wykształcone osoby są zazwyczaj zamożniejsze i mają więcej możliwości wyboru miejsca zamieszkania. Są też bardziej mobilne i dużo częściej się przeprowadzają.

Stąd też wzięło się zjawisko "landslide county" - okręgów wyborczych, w których kandydat na prezydenta z jednej partii zgarnia przynajmniej 60 proc. głosów. W 1976 roku jedynie 26,8 proc. wszystkich Amerykanów mieszkało w "jednomyślnych" okręgach. Kiedy George Bush wygrał w 2004 roku niewielką przewagą głosów, proporcja ta wynosiła już 48,3 proc.

"Żyjemy w potężnej pętli sprzężenia zwrotnego"

Tak przynajmniej twierdzi Bill Bishop, autor książki "The Big Sort". W niezliczonych telewizyjnych show, gazetach, książkach, blogach i kazaniach słyszymy echa własnych myśli o tym co dobre, a co złe. Można zapytać: No i co z tego? Jeśli ludzie są szczęśliwsi z tego powodu, to dlaczego mielibyśmy im tego zabraniać? Nikomu przecież nie dzieje się krzywda.

W segregacji kryją się jednak pułapki, uważa pan Bishop. Badania dowodzą, że jeśli grupa ludzi jest ideologicznie jednorodna, to jej członkowie stają się coraz większymi ekstremistami. Nawet bystre, bezstronne osoby nie są odporne na radykalizację poglądów. Debaty zaczynają polegać na tym kto kogo przekrzyczy. Kraj rozpada się na "zbałkanizowane" społeczności, których członkowie są kulturowo sobie obcy. Zgorzkniali ustawodawcy nie mogą doprowadzić do konsensusu i uporać się z długofalowymi problemami, takimi jak chwiejący się system emerytalny i służba zdrowia.

Randki tylko dla demokratów dot net

Nie tylko zresztą "segregacja mieszkaniowa" odpowiada za "bałkanizację" amerykańskiej polityki. Różnorodność kanałów telewizyjnych pozwala widzom oglądać tylko te wiadomości, które podsycają ich uprzedzenia. Internet oferuje zresztą jeszcze bardziej wyszukane filtry. Strony takie jak conservativedates.com albo democraticsingles.net pozwalają na wyszukanie partnera pod kątem ideologicznych afiliacji. Także coraz bardziej popularne w Stanach Zjednoczonych nauczanie w domu pozwala chronić dzieci przed poglądami, które nie odpowiadają rodzicom.

Przekonaj się sam, czy diabeł ma rogi

W społeczeństwie amerykańskim zanikła ciekawość, alarmuje Susan Jacoby, autorka książki "The Age of American Unreason" w artykule dla amerykańskiego dziennika Los Angeles Times. Ludzie nie wykazują zainteresowania odmiennymi poglądami. "Możliwe, że drogi wyboru zostały zamknięte i że kultura przyszłości zdominowana będzie przez prostolinijnych obywateli o niezachwianych poglądach", pisał Richard Hofstadter w klasyku z 1963 roku "Anti-Intellectualism in American Life". Ale trend w kierunku ignoranckiej prostolinijności zagraża przyszłości demokracji. Duch dociekliwości, który wymaga poznania dowodów z pierwszej ręki i nie trywializuje odmiennych punktów widzenia, jest esencją politycznego i intelektualnego zdrowia każdego społeczeństwa.

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj