Aktywny wschód Europy
Trialog
Dmitrij Miedwiediew w Berlinie. Angela Merkel w Gdańsku. Donald Tusk w Pradze i Brukseli. Trójkąt Weimarski w Paryżu. Polska i Szwecja występują ze wspólną inicjatywą wobec Ukrainy. Na wschodzie Unii ruch jest większy niż na zachodzie.

Wizytę zapoznawczą Miedwiediewa w Berlinie można potraktować jako kontrapunkt do gdańskiego obiadu Donalda Tuska z Angelą Merkel. Warszawa i Berlin po dwuletniej stagnacji mają do omówienia wystarczająco wiele spraw dwustronnych i wewnątrzunijnych – od polityki historycznej, po przyszłość traktatu konstytucyjnego. Ale zawsze, gdy Niemcy i Polacy rozmawiają o wspólnej polityce wschodniej UE, a więc o europejskiej polityce sąsiedztwa wobec Ukrainy czy o polityce partnerstwa wobec Rosji, to nie są tylko we własnym gronie.

Od zjednoczenia w 1990 r. Niemcy wyraźnie zwróciły się ku Rosji. I Helmut Kohl, i Gerhard Schröder, i Angela Merkel wychodzili z tego samego założenia, że Rosja jest mocarstwem atomowym, członkiem Rady Bezpieczeństwa NZ i musi być pomocna przy rozwiązywaniu problemów europejskich, regionalnych i globalnych. Drugie założenie skrywano za formułą użytą przez obecnego ministra spraw zagranicznych Franka-Waltera Steinmeiera: „zmiany poprzez powiązania”. Można je sprowadzić do prostej tezy: jesteśmy uzależnieni od rosyjskiej energii, więc musimy dbać o dobre stosunki z Rosją i wciągać ją w rozmaite projekty. Przejawem tej strategii, jak się u nas obawiano, mogła być zasada, że w razie czego Rosja zawsze znajdzie się na pierwszym miejscu. Dowodem miał być rurociąg bałtycki, który – jak przyznawano w Niemczech – miał je uniezależnić od ewentualnych wojen gazowych między Moskwą a jej sąsiadami. A zatem wystawiał naszą „Międzyeuropę”, między Rosją a Niemcami, na rosyjski sztych. Późniejsze korekty niemieckiego stanowiska nie zatarły fatalnego pierwszego wrażenia. Tym bardziej że w sporze o amerykańską tarczę antyrakietową rząd federalny przyznał Rosjanom prawo współdecydowania, które faktycznie zbliża się do prawa weta. I wreszcie gdy w Bukareszcie NATO zastanawiało się, czy Gruzja i Ukraina szybciej czy wolniej powinny dochodzić do Sojuszu, Berlin – znów ze względu na Moskwę – zaproponował zwłokę.

Polska mogła odnieść wrażenie, że w swych sporach z Rosją (blokada dostaw ropy do Możejek, rosyjskie embargo na dostawy mięsa z Polski czy neoimperialna polityka historyczna ujawniająca się np. w demonstracyjnym pomijaniu Polski w czasie obchodów 750-lecia Królewca) jest przez niemieckiego sojusznika pozostawiona na lodzie. Ten dysonans pogłębiał fakt, że Warszawa braci Kaczyńskich w sporach wokół konstytucji europejskiej nie ukrywała, że ma na oku właściwie jeden cel: zapewnić sobie możliwość blokowania Niemiec w UE. Cała reszta była już tylko pochodną konfrontacyjnej wizji stosunków polsko-niemieckich. Przejawiała się ona w odpychającym stylu bycia współpracowników premiera, w demonstracyjnej odmowie spotkań, zrywaniu kontaktów i obraźliwych wobec zachodnich sąsiadów wypowiedziach polityków i doradców PiS.

Po wyborach w 2007 r. atmosfera się poprawiła. W czasie swej pierwszej wizyty w Berlinie Donald Tusk dość elegancko zdjął pisowskie rygle z polityki historycznej. I choć potem mogło się wydawać, że przez pół roku nic się nie dzieje, to jednak bez większego rozgłosu reperowano mosty, naprawiano polsko-niemieckie łącza, aktualizowano numery telefonów komórkowych i adresy e-mailowe. Po czym od kwietniowej wizyty Franka-Waltera Steinmeiera u Radka Sikorskiego nastąpił wysyp polsko-niemieckich spotkań. Dawno nie było takiego ruchu między Berlinem i Warszawą.

Po ministrze spraw zagranicznych przyjechała do Polski niemiecka minister nauki Anette Schavan. Po dwóch straconych latach podpisano korzystną dla Polski umowę naukową. Nowa polsko-niemiecka fundacja na rzecz nauki otrzyma na wspólne badania na początek 55 mln euro. W związku z Euro 2012 była też w Warszawie komisja sportu Bundestagu. W końcu Niemcy organizowali mistrzostwa świata, więc możemy się od nich czegoś nauczyć.

O sprawach gospodarczych rozmawiali w Warszawie członkowie komisji ds. finansów Bundestagu, a o polityce wschodniej UE – komisja europejska Bundestagu. Niemiecki minister obrony Franz Josef Jung uzgadniał nad Wisłą współpracę naszych żołnierzy – 3500 Niemców i 1600 Polaków – w Afganistanie. W końcu dowództwo polsko-niemiecko-duńskiego korpusu ze Szczecina kierowało w 2007 r. kwaterą główną ISFAR. A dywizje pancerne z Hanoweru i Poznania od lat współpracują ze sobą. To stamtąd Polska otrzymała 128 Leopardów, które tak zszokowały naszych prawicowców w czasie defilady w Alejach Ujazdowskich. Ponadto Polska, Niemcy, Słowacja, Litwa i Łotwa wejdą do grupy bojowej UE.

Byli też w Warszawie szef SPD Kurt Beck i burmistrz Berlina Klaus Wowereit. Potem odwiedzili nas niemieccy europarlamentarzyści i frakcja Zielonych. Na naradzie wokół wspólnej polityki historycznej spotkała się polsko-niemiecka grupa parlamentarna. Niebawem będą też ze sobą rozmawiać ministrowie zdrowia, bo każdy kraj ma ogromne problemy z niezbędnymi reformami. Na początku lipca rozpoczynają się warsztaty w sprawie wspólnej polityki wschodniej. A polsko-niemiecka Izba Handlowa rozpoczyna wspólne analizy polityki energetycznej.

I wreszcie po wizycie w Gdańsku Angela Merkel przyjedzie we wrześniu do Wrocławia, a może i do Krzyżowej, skoro Fundacja Krzyżowej została w tym roku wyróżniona prestiżową nagrodą polsko-niemiecką. W grudniu minister Sikorski jedzie do Berlina, przedtem jednak wraz ze swym niemieckim kolegą odwiedzi dwujęzyczną szkołę na niemieckim Pomorzu Przednim.

Ta długa lista spotkań zadaje kłam grymaśnym komentarzom, że Donald Tusk niczego nie zdziałał swym berlińskim otwarciem, ponieważ – myśląc kategoriami naszych bulwarówek – nie otrzymał na tacy niczyjej głowy. Strategia premiera w sprawach niemieckich wydaje się czytelna: najpierw trzeba uspokoić trwający od 2003 r. emocjonalny dygot, a potem osiągnąć taki – jak mówi – „stan dobrej równowagi”, który wreszcie pozwoli nam dojść do kwestii najważniejszych dla przyszłości obu krajów i tej części Europy.

Zaczęły się prace nad polsko-niemieckim podręcznikiem historii. A na posiedzeniu polsko-niemieckiej grupy parlamentarnej rozważano nawet wspólne posiedzenie Sejmu i Bundestagu, na wzór podobnego posiedzenia parlamentów niemieckiego i francuskiego w Paryżu... Przedmiotem rozmów jest również utworzenie w Berlinie, na przykład w miejscu nieistniejącego budynku przedwojennej ambasady polskiej, „widocznego znaku” tysiącletnich dziejów stosunków polsko-niemieckich.

Punktem odniesienia dla tych wszystkich projektów są wspólne obchody 70 rocznicy hitlerowskiej – i stalinowskiej – napaści na Polskę w 1939 r. oraz 20-lecia obalenia komunizmu. Oby jednak nie zapomniano o dwóch innych rocznicach, które były fundamentem polsko-niemieckich stosunków w XX w.: o przypadającej w tym roku 90 rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości i zaraz potem o 90 rocznicy traktatu wersalskiego, co prawda wadliwie skonstruowanego, ale jednak stanowiącego o powrocie Polski na europejską scenę.

Skrzywiony obraz tysiąca lat zmagań polsko-niemieckich, który prezydent Kaczyński wytknął w rozmowie byłemu prezydentowi Niemiec Richardowi von Weizsäckerowi, jest wprawdzie głęboko wbity w potoczną świadomość dużej części polskiego społeczeństwa, ale oddaje tylko połowę prawdy. Ponadto narzuca wysoce emocjonalne i plakatowe, choć nieadekwatne wzorce opisu współczesnych problemów. Przejawem – absurdalne porównywanie gazociągu bałtyckiego z paktem Ribbentrop-Mołotow.

I tu również rząd Tuska chce najpierw wygasić emocje i policzyć – o co w energetyce łatwiej niż w polityce historycznej – zyski i straty wszystkich realnych wariantów. Tłumaczymy partnerom – mówi premier – w sposób racjonalny, a więc wolny od historycznej nerwicy, że chodzi nam o bezpieczeństwo energetyczne i dywersyfikację dostaw, o solidarność w ramach UE i stworzenie takich struktur, by Polska nie była z jednej strony pod naciskiem rosyjskiego monopolu, a z drugiej – monopolu zachodnich koncernów dowolnie śrubujących ceny.

Do osiągnięcia swoich celów Polska jednak potrzebuje Niemiec i zrozumienia Skandynawów. Bez Niemców nie zbudujemy gazoportu, a bez Danii i Szwecji – gazociągu norweskiego. To wszystko musi być wpisane w taką współpracę z Rosją, która również Możejkom zapewni normalne dostawy, a nie uczyni z nich obiektu rosyjskiego szantażu.

Ogólny wniosek jest taki: stosunki polsko-niemieckie, dwóch bliskich sąsiadów i partnerów w Unii i NATO, nie są łatwe nie dlatego, że wisi nad nami cień Fryderyka II i Katarzyny czy Hitlera i Stalina, ale dlatego, iż potencjały obu krajów mierzone PKB są jak 9:1. I z tą dysproporcją długo jeszcze będziemy musieli żyć.

W pewnych sprawach Polska posiada know-how, co udowodniła w latach dziewięćdziesiątych, gdy budowała – mimo historycznych obciążeń – dobre stosunki z właściwie wszystkimi sąsiadami. Ale ma bardzo skromne możliwości materialne do zastosowania swej soft power w polityce sąsiedztwa tak skutecznie, jak to robiły Niemcy wobec krajów Europy Środkowo-Wschodniej w fazie naszej transformacji ustrojowej.

Stąd polsko-niemiecki dylemat. Jak ułożyć politykę wschodnią UE, by Berlin czy Paryż nie podejmowały strategicznych decyzji wyłącznie z własnego punktu widzenia. Ale również, by stolice „Międzyeuropy” nie grały roli ani kłopotliwego hamulcowego, ani wasala potakującego seniorom. Trialog niemiecko-polsko-rosyjski powinien być w wielu sprawach możliwy tym bardziej, że w istocie siedzimy po tej samej – unijnej i natowskiej – stronie stołu co Niemcy. Dlatego w interesie Polski jest umacnianie UE, a nie rozwadnianie jej struktur, i szukanie wspólnoty interesów z Niemcami.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj