szukaj
Francuska prezydencja w UE
Stracone złudzenia
Francja przejmuje europejską prezydencję w minorowych nastrojach. Miało być wytyczanie świetlanej przyszłości Unii, a zostało Nicolasowi Sarkozy’emu 6 miesięcy modłów, żeby się tylko nie pogorszyło.

Jeszcze kilka tygodni temu prezydent Francji objeżdżał stolice europejskie w poszukiwaniu wsparcia dla dalekosiężnych planów rozpoczynającej się dziś francuskiej prezydencji w UE. Z łatwością uzyskał przychylność Londynu, Berlina, Warszawy, Pragi, Rzymu... Wydawało się, że Sarkozy, jak Napoleon Bonaparte, zdobędzie Europę. Tyle, że tym razem pokojowo.

Plany te spaliły na panewce. A Waterloo Sarkozy'ego nie leży w Belgii, lecz w Irlandii. Zamiast 100 dni chwały zaczyna dziś Sarkozy swoje 6 miesięcy męki.

Z powodu irlandzkiego "nie" powiedzianego traktatowi lizbońskiemu reforma instytucji europejskich nie ruszy z miejsca. To wielki dramat dla całej Unii. Ale o tym, że był to rzeczywisty dramat dowiemy się dopiero za jakiś czas, kiedy okaże się, że irlandzkie weto de facto Unię rozbiło. Oczywiście nie będzie gwałtownego rozpadu, a raczej powolny demontaż (prezydent Kaczyński do demontażu już przystąpił ogłaszając, że nie ma zamiaru ratyfikować traktatu).

Z niesterowalności instytucji europejskich zdają sobie już w pełni sprawę najwięksi nawet euroentuzjaści. Przyszedł czas ratowania mebli z pożaru. I Sarkozy będzie chciał w ciągu najbliższego półrocza właśnie jak najwięcej mebli uratować. Podejmie więc kilka inicjatyw, na które pozwala mu traktat nicejski, ale nie będzie w nich nic przełomowego.

Misja budowania świetności Unii Europejskiej przekształca się w misje wytyczania rozwiązań zapewniających jako takie przetrwanie w obliczu rozszerzającego się kryzysu politycznego i ekonomicznego.

Występując w 3 programie telewizji państwowej w poniedziałkowy wieczór poprzedzający przejęcie europejskiej prezydencji, Sarkozy próbował jeszcze rozpalać nadzieje na budowanie przez Francję potęgi Unii. Ale przepytujących go dziennikarzy interesowały bardziej ceny ropy naftowej, bezpieczeństwo wewnętrzne Francuzów (w tym ekonomiczne) i francuska polityka imigracyjna. Ten ostatni temat jest oczywiście jak najbardziej "europejski", ale wyczuwało się, że nie chodzi o wspólną politykę imigracyjną Unii, a o to jak Francja sama zabezpieczy się przed falą emigracji.

Unia się sypie. A sypie się między innymi dlatego, że dała dojść do głosu populizmom. I wcale nie chodzi o populistyczne przyczyny irlandzkiego, a w r. 2005 francuskiego i holenderskiego, referendum. Ucieczka w populizm to powszechna dziś reakcja rządzących, a pytane o zdanie narody jedynie idą ich śladem. We Francji, Włoszech, Czechach i w Polsce, choć w porównaniu z sytuacją panującą za rządów PiS/Samoobrona/LPR nie musimy się już tak bardzo wstydzić.

Problem w tym, że żaden polityk nie ma rzeczywistej wizji. Wciska się więc ludziom coś, co te wizję miałoby zastąpić: niemożliwe do spełnienia obietnice, mrzonki, promesy wielkości, przekonanie o konieczności zwarcia szeregów w obronie wytypowanych nośnych wartości.

W tym duchu mówił do Francuzów 30 czerwca wieczorem w telewizji prezydent Sarkozy próbując przekonać, że wizję jednak ma. Ale europejska integracja, wspólna europejska armia, wspólny pakiet energetyczno-klimatyczny - to wszystko furda. Francuzi chcieli tylko wiedzieć, kiedy spadną ceny benzyny i skończy się drożyzna. Sarkozy nie dojrzał jeszcze do tego, by obiecać im krew, pot i łzy. Tym bardziej, że w ten poniedziałkowy wieczór musiałaby obiecać to wszystkim bez wyjątku Europejczykom. Również Irlandczykom.

 

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj