szukaj
Ahmadinedżad pod wpływem ajatollaha
Czekając na Mahdiego
Prezydent Iranu wierzy w rychłe nadejście islamskiego mesjasza. Wojna atomowa z Izraelem ma tylko utorować mu drogę i przyspieszyć powstanie globalnej republiki islamskiej.

Kiedy Amerykanie podpisywali z Czechami porozumienie w sprawie tarczy antyrakietowej, Iran odpalił swoje rakiety krótkiego i dalekiego zasięgu. Z dnia na dzień takiej próby bez przygotowań przeprowadzić nie można, satelita zauważyłby jakieś ruchy na poligonach. Wszystko musiało być zatem gotowe, a wojsko czekało tylko na sygnał. Eksperci twierdzą, że Iran nie pokazał żadnej nieznanej wcześniej broni, a po próbach wiadomo jedynie, że stanowi zagrożenie dla swoich bezpośrednich sąsiadów, a także dla Izraela. Pytanie, czy zdołał już zbudować jakieś głowice jądrowe i czy jest w stanie zamontować je na swoich rakietach, pozostaje bez odpowiedzi.

Jeśli Izrael nie zbombarduje irańskich instalacji jądrowych, sam może prędzej czy później paść ofiarą ataku. Zanim irańskie rakiety dolecą do Izraela, na Iran spadnie zapewne zmasowany atak amerykański, po którym kraj ten przestanie istnieć.

A nawet jeśli natychmiastowego odwetu nie będzie, izraelski system obrony antyrakietowej wyłapie i zniszczy nadlatujące pociski. Żeby choć jeden trafił w cel, musiałoby ich być bardzo dużo. Czy Iran ma aż tyle rakiet i przede wszystkim – aż tyle głowic? I czy można sobie wyobrazić szkodę, jaką wyrządziłby wybuch choć jednej w kraju wielkości Izraela? I niezależnie od bezpośrednich skutków pożogi, do ilu tysięcy dolarów skoczy wówczas cena baryłki ropy?

Dlatego odkąd prezydent Mahmud Ahmadinedżad zaczął zabiegać o broń jądrową, świat nerwowo poszukuje sposobu, aby wybić mu to z głowy. Sankcje gospodarcze nie wystarczają, zwłaszcza że nie wszyscy klienci Iranu chcą je stosować, a Teheran opływa w petrodolary, za które na czarnym rynku można dziś kupić wszystko. Chiny potrzebują irańskiego gazu i ropy, Rosja chętnie sprzeda kolejne reaktory, Indie nigdy nie poprą żadnego ataku. Tymczasem ten nadciąga wielkimi krokami. Znamienne, że inwestycje w Iranie zwinął tydzień temu francuski Total – koncerny paliwowe, zwłaszcza te z udziałem państwa, są najlepiej poinformowane o strategicznych zagrożeniach.

Ahmadinedżad jest szefem, ale nie głową państwa – na mocy konstytucji najważniejszą osobistością w Iranie jest bowiem zwierzchnik religijny ajatollah Ali Chamenei, noszący tytuł Najwyższego Przywódcy. Sam prezydent to postać dziwaczna, tajemnicza, w wypowiedziach poruszająca się poza granicami rozsądku. Do władzy wyniósł go w 2005 r. George Bush, ignorując pojednawczą ofertę Chameneiego. Po amerykańskiej inwazji na Irak ajatollah pragnął poprawy stosunków z Wielkim Szatanem, bo bał się, że następnym celem inwazji będzie Iran. Bush odrzucił ze wzgardą zaproszenie do dialogu, co sprawiło, że Chamenei poparł w wyborach antyamerykańskiego Ahmadinedżada.

Nawiedzony burmistrz z biednej, wiejskiej rodziny pokonał m.in. bardzo zamożnego, uwikłanego w interesy z Zachodem Muhammada Rafsandżaniego, byłego szefa parlamentu i prezydenta Iranu. Na wiecach Ahmadinedżada wznoszono okrzyki: „Śmierć Anglii”, bo Anglia zgodziła się na powstanie Izraela w brytyjskiej podówczas Palestynie. Na podstawie traktatu z 1907 r. Wielka Brytania razem z Rosją mają teoretycznie prawo dokonania rozbioru Persji, gdyby doszło tam do zamieszania, któremu nie dałoby się położyć kresu. Dlatego jest znienawidzona przez ubogich mułłów.

Jako prezydent Ahmadinedżad znajduje się pod przemożnym wpływem ajatollaha Jazdiego, który głosi, że o przyszłości Irańczyków zadecyduje powrót islamskiego mesjasza. Szyici wierzą, że Mahdi (Przewodnik), czyli Dwunasty Imam, który zniknął w wieku 5 lat, powróci na ziemię w dniach wojennej zawieruchy. Mahdyści wierzą, że świat przekształci się wówczas w republikę islamską i że w światowym rządzie Dwunastego Imama będzie dla nich sporo miejsca. Ahmedinedżad szykuje się do roli arcyministra w tym gabinecie. Kiedy przemawiał w ONZ w 2005 r., jego doradcy widzieli światłość nad głową prezydenta.

Prezydent Iranu działa pod wpływem impulsów i wierzy, że pochodzą one od Boga. Jeden z takich impulsów skłonił go do napisania w 2006 r. listu do prezydenta Busha. 18-stronicowy, entuzjastyczny list wzywał adresata do wspólnego czynienia dobra. Ahmadinedżad bardzo był zdziwiony brakiem odpowiedzi. Nabrał przekonania, że podczas gdy on sam wsłuchuje się w głos Boga, Bush znajduje się w mocy szatana i dlatego trudno się z nim porozumieć.

Izrael jest dla niego instrumentem Amerykanów w walce o podział Bliskiego Wschodu. Ahmadinedżad nazywa ten kraj słabym drzewem, które trzeba wyrwać z korzeniami. Urządził konkurs na karykaturę Holocaustu i konferencję podważającą prawdziwość Zagłady. Gdyby w Izraelu panowała teokracja, prezydent Iranu może by się z nią dogadał. Ale świecki, demokratyczny Izrael jest dla Ahmadinedżada nie do zaakceptowania.

Irański program atomowy zainicjował, jeszcze przed rewolucją mułłów, szach, który miał wsparcie USA i Izraela przeciwko dominacji krajów arabskich na Bliskim Wschodzie. Centra badań jądrowych budowali w Iranie Francuzi i Niemcy, a dostawy surowców szły z Argentyny i Gabonu. Chomeini przerwał kontrakty, rezygnując z energii atomowej, bo jest ona nieislamska. A Chamenei ogłosił nawet fatwę, że broni jądrowej w państwie muzułmańskim być nie może.

Podstawy dzisiejszego programu atomowego stworzono w latach 80. przy technologicznej pomocy Rosji, Chin, Korei Północnej, Pakistanu oraz diaspory irańskiej. Iran twierdził, że musi mieć broń jądrową, bo broń tę miał rzekomo Irak. Saddam Husajn był największym zagrożeniem i wrogiem Chomeiniego, popieranym w tej roli przez USA. Iran chciał jednak mieć broń jądrową przede wszystkim dlatego, że ma ją Izrael, który, nawiasem mówiąc, nigdy się do tego nie przyznał i nigdy nią nikomu nie groził.

Według specjalistów Iran jest dość zaawansowany w produkcji paliwa rozszczepialnego. W zakładach w Isfahanie i Natanzie stoi kilkaset wirówek do otrzymywania sześciofluorku uranu, zbudowanych na podstawie projektów skradzionych w Holandii przez ojca pakistańskiej bomby atomowej Abdela Kadira Khana. W latach 90. Khan sprzedał je Iranowi, Korei Północnej, a także Libii. Oficjalnie Iran wzbogaca uran po to, by mieć własne paliwo do elektrowni jądrowej w Buszer nad Zatoką Perską. Ale Irańczycy planowali też budowę reaktora ciężkowodnego, w którym z wypalonych prętów uranu można otrzymywać pluton.

Przeciwnikiem Ahmadinedżada w samym Iranie są Mudżahedini Ludowi – terrorystyczna organizacja, która walczyła przeciwko szachowi, Amerykanom i Chomeiniemu. W swoim czasie wykazała się dużą skutecznością w mordowaniu członków irańskiej elity władzy, popierał ją też Saddam Husajn. Dziś Mudżahedini służą raczej Zachodowi – demaskują irańskie kłamstwa w sprawie programu atomowego i wskazują Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej miejsca, gdzie trwają prace nad bombą.

W program nuklearny, który dla Irańczyków ma charakter patriotyczny, zaangażowanych jest tak wiele sił, osobistości i specjalistów, że decyzje samego Ahmadinedżada o kontynuacji badań i pokojowym lub wojennym charakterze programu niczego nie rozstrzygają. Prezydent przyłączył się jedynie do programu i jest jego rzecznikiem. Gdyby chciał blokować prace laboratoriów, prędko straciłby stanowisko, a może i życie. Ahmadinedżad może co najwyżej zamówić symfonię na cześć badań nuklearnych, co niedawno uczynił.

Ale Yossi Melman i Meir Javedanfar, dwaj izraelscy specjaliści od Iranu i autorzy wydanej dopiero co w Polsce książki „Nuklearny sfinks”, uważają, że choć zagrożenie irańskie jest realne, to jednak Mosad panikuje i wyolbrzymia jego skalę. Same USA, które jeszcze kilka lat temu oskarżały Iran niemal o posiadanie gotowego do użytku arsenału rakietowego, w ostatniej ocenie wywiadowczej CIA stwierdziły, że Irańczycy nie prowadzą w tej chwili żadnych groźnych eksperymentów. Izraelczycy twierdzą jednak, że Irańczycy, nauczeni zbombardowaniem irackiego reaktora atomowego Osirak, większość swojego programu ukryli pod ziemią, na powierzchni pozostawiając tylko atrapy.

Szyiccy mesjaniści szykują się tymczasem na przyjęcie proroka. W Teheranie wybudowano mu szeroką aleję, którą będzie kroczył. Mesjasz nadejdzie, kiedy wybuchnie wielka wojna. Po ataku Saddama Husajna na Iran była już wielka wojna, ale tylko regionalna, teraz potrzebna jest wielka wojna ogólnoświatowa z Ameryką. Dlatego Ahmadinedżada popierają członkowie Partii Boga (Hezbollah) w Libanie, żołnierze armii Mahdiego w Iraku, a nawet komórki terrorystyczne w Argentynie i w Wenezueli. Prezydent Iranu składał rok temu oficjalną wizytę w Caracas, wizytował też Białoruś. Trzeba mieć nadzieję, że przynajmniej prezydent Łukaszenko nie czeka na Mahdiego.
 
 

 

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj