szukaj
Izrael zajmuje się pedofilią wśród ortodoksyjnych Żydów
Wilk w skórze pasterza
Pęka zmowa milczenia wokół pedofilii w zamkniętych społecznościach ortodoksyjnych Żydów. Niestety, dwory rabinackie radzą sobie z tym problemem niewiele lepiej niż katolicki kler.
Mężczyźni w czarnych kapotach i kapeluszach o szerokim rondzie nawet we własnym kraju kierują się odrębnym prawem. Fot. Marie Docher, BEW
Marie Docher/BEW

Mężczyźni w czarnych kapotach i kapeluszach o szerokim rondzie nawet we własnym kraju kierują się odrębnym prawem. Fot. Marie Docher, BEW

Była godzina 9 wieczorem, upał stał jeszcze w powietrzu, gdy na posterunku policji w Bet Szemesz u podnóża Gór Jerozolimskich pojawiła się kobieta w wełnianej sukni o długich rękawach i szlochając oznajmiła dyżurnemu, iż zamierza złożyć doniesienie: wychowawca w przedszkolu zgwałcił jej czteroletniego synka. Twarz matki była trudno rozpoznawalna, bo długie włosy peruki spadały na policzki. Policjant nie miał wątpliwości, że stoi przed nim osoba głęboko religijna. W myśl nakazów talmudycznych, obowiązujących wśród ortodoksyjnych Żydów, kobieta musi golić głowę przed zawarciem związku małżeńskiego. Wychodząc z domu może zakładać perukę.

W miasteczku Bet Szemesz ortodoksi zamieszkują kilka dzielnic. Okiennice ich domów są niemal zawsze zamknięte. Symbolicznie odgradzają się od świata zewnętrznego. Mężczyźni w czarnych kapotach i kapeluszach o szerokim rondzie nawet we własnym kraju kierują się odrębnym prawem, kodeksem religijnym. Władze państwowe i niezawisłe sądownictwo to dla nich pojęcia obce, niemal abstrakcyjne. Spory majątkowe i rodzinne rozstrzygają zaufani rabini.

Dzieci uczęszczają do szkół, w których bicie linijką po otwartej dłoni wciąż stanowi akceptowany środek wychowawczy. Obcym wara od tego, co się dzieje w tym środowisku. A gdy dzieje się coś niedobrego, należy to szybko zamieść pod dywan.

Bogobojne gminy w Izraelu za wszelką cenę chcą utrzymać mit czystości życia społecznego, opierającego się na Dekalogu i wskazaniach uczonych w Piśmie. Kobieta wyciągająca palec oskarżycielski w stronę religijnego pedofila złamała obowiązujący kodeks. Jeszcze tej samej nocy mąż i cała rodzina próbowali ją zmusić do odwołania zeznań. Nazajutrz, gdy śledczy pojawili się w przedszkolu, sprawa stała się tajemnicą poliszynela. Zawrzało w Bet Szemesz i w pobliskim osiedlu Betar, a nawet w mieście Bnej Brak koło Tel Awiwu, zamieszkanym przez licznych Żydów ortodoksyjnych.

Ale, o dziwo, zamiast wymaganej przez autorytety rabinackie zmowy milczenia i zaprzeczenia, fakty przekazane policji przez matkę zgwałconego dziecka wyciekły do prasy i zerwały, po raz pierwszy, wieloletnią tamę strachu i wstydu.

W ciągu kilku dni w komisariatach policji pojawiło się jeszcze 28 matek, a ich zeznania nakładały się jedno na drugie. We wszystkich pojawiało się to samo nazwisko: Icchak Borowski. Borowski nie wygląda na potwora. Wręcz przeciwnie. 27-letni mężczyzna, względnie przystojny, elokwentny, zawsze czysto ubrany, z pejsami wsuniętymi pod rondo kapelusza, pojawiał się w przedszkolach i niższych szkołach rabinackich oferując – jako wolontariusz – pomoc w trudnej pracy wychowawczej. W licznych przypadkach gotów był własnym samochodem odwieźć dziecko do domu. Gdy zachodziła taka potrzeba, podejmował się drobnych prac remontowych. Swoim sposobem bycia budził powszechne zaufanie, a na poparcie przedstawiał pismo polecające od znanego jerozolimskiego rabina. Badania grafologiczne wykazały później, że list był sfałszowany.

Icchak Borowski umiał rozmawiać nie tylko z dorosłymi, ale także z dziećmi. Niektórych chłopców częstował łakociami, uległość innych kupował za szczodre kieszonkowe. Często wystarczało dobre słowo. Był osobą niezwykle charyzmatyczną. Dzieci uznawały jego autorytet, wszak zawsze wpajano w nie obowiązek posłuszeństwa wobec starszych i mądrzejszych, wywodzących się z tego samego ortodoksyjnego środowiska. Jego najmłodsza ofiara miała 3 lata, najstarsza 12.

Jedne zniewalał w bocznych pokojach przedszkoli i szkół, do których kierowniczki chętnie dawały mu klucze, aby mógł w nich przechowywać narzędzia pracy – inne gwałcił w samochodzie albo w przydrożnych zagajnikach. Większość dzieci przyjmowała za dobrą monetę wyjaśnienia, że zbliżenie fizyczne jest tylko wyrazem afektu i że nie ma w tym grzechu. Zaś te, które mimo wszystko opowiadały rodzicom o tym, co zaszło, napotykały mur. U nas nic takiego nie może się zdarzyć – mówili ojcowie i zamykali im usta oskarżeniem o kłamstwo.

Kilka dni temu sąd okręgowy w Tel Awiwie skazał Icchaka Borowskiego na 29 lat więzienia. Rok za każdy udowodniony przypadek pedofilii. Odczytując sentencję wyroku, sędzia Ofra Czerniak szeroko omawiała nie tylko metody postępowania pedofila, ale także jego skutki. „Z ekspertyzy psychologów wynika, że ofiary Borowskiego cierpią na zespoły pourazowe i że czeka je przyszłość naznaczona stygmatem. Trudny byt w zamkniętym środowisku, w którym przypuszczalnie spędzą całe swoje życie” – mówiła. W tym zdaniu było więcej niż aluzja do współwiny tego środowiska.

W jerozolimskiej dzielnicy Nahlaot mieszka od kilku lat Awraham Mondrowicz, chasyd dworu Ger, do niedawna osoba powszechnie poważana wśród ultraortodoksyjnych sąsiadów. Urodzony w Dzierżoniowie na Dolnym Śląsku, we wczesnych latach 50. wyemigrował z rodzicami do Izraela, a następnie do Stanów Zjednoczonych, gdzie kształcił się w szkole rabinackiej Telse, w stanie Ohio. Wkrótce potem, wyposażony w liczne dyplomy uniwersyteckie (wszystkie sfałszowane), przeniósł się do Brooklynu i został popularną postacią wśród tamtejszych członków dworu rabinackiego Ger, założonego w XIX w. w Górze Kalwarii.

Chasydzi z dworu Ger odróżniają się strojem od pozostałych ortodoksów: noszą białe skarpety, widoczne pod wysoko podwiniętymi, czarnymi spodniami. Szkoły podstawowe i jeszyboty tej wspólnoty cechuje system nauczania polegający na przydzielaniu każdemu uczniowi jednego prowadzącego wykładowcy. Mondrowicz poszerzył te kontakty o stosunki seksualne z nieletnimi powierzonymi jego opiece. Gdy nie starczyło ofiar, otworzył w dzielnicy Borough Park prywatną klinikę psychologiczną. Liczne rodziny posyłały mu na leczenie młodzież, która wyłamywała się z ryzów chasydzkiej dyscypliny. Byli to na ogół chłopcy, którzy znaleźli się na ulicy, usunięci z kolejnych jeszybotów za niesubordynację.

Niedawno w Jerozolimie pojawił się chasyd dworu Ger, A.M., jeden z byłych pacjentów Mondrowicza, dzisiaj czterdziestoletni już mężczyzna. Pod koniec lat 80. złożył w policji nowojorskiej skargę na molestowanie seksualne. Awraham Mondrowicz zwietrzył pismo nosem, spakował manatki i wraz z rodziną uciekł do Izraela. Tropiąc przez kilka lat ślady samozwańczego psychologa, A.M. odnalazł go w Jerozolimie. Teraz usiłuje doprowadzić do ekstradycji pedofila do USA. Okazuje się, że w nowojorskiej prokuraturze piętrzy się już stos teczek z zeznaniami ofiar Mondrowicza.

– Takich jak on należy zabijać jak wściekłe psy – mówi nam A.M. – Nawet jeśli uda mi się posadzić go w celi więziennej, wiem, że po odsiedzeniu wyroku nadal będzie molestował nieletnich. To nieuleczalna choroba.

Mondrowicz był wyjątkowo okrutny, bo szedł na łatwiznę. Kaleczył ciała i dusze dzieci o słabych charakterach, często wyrzuconych z własnych domów, takich, których nawet własna rodzina nie chciała. Wiedział doskonale, że słabi charakterem stanowią łatwy łup. – Plotki o jego wyczynach krążyły po dzielnicy, ale przywódcy duchowni naszej gminy przymykali oczy i zatykali uszy. Nie chcieli skandalu – wspomina A.M. – Ponadto dopadł ich strach, że gdy Mondrowicz zacznie zeznawać, na liście podejrzanych pojawią się inne nazwiska. Tylko my, jego ofiary, nie możemy uciec od traumatycznego przeżycia. Będzie nas prześladować aż do śmierci.

Widoki na szybką ekstradycję są nikłe – przede wszystkim dlatego, że mimo upływu wielu lat władze amerykańskie nie prosiły dotychczas o wydanie pedofila. Do końca ubiegłego roku Mondrowicz pracował w wyższej szkole technicznej w Jerozolimie. Dlaczego został zwolniony? „Ponieważ wiemy to, co wiedzą już wszyscy inni” – brzmiała lakoniczna odpowiedź rzecznika szkoły Daniela Bermana. Policja sprawdza, czy Mondrowicz dopuszczał się pedofilii także w Izraelu, ale śledztwo ślimaczy się. Rzecznik stołecznej komendy policji twierdzi, że największą przeszkodę stanowi brak gotowości współpracy ze strony środowiska.

Dwory rabinackie i samodzielne gminy ortodoksyjne zdają sobie sprawę, iż stoją wobec problemu, z którym same sobie nie poradzą. Stąd milcząca zgoda na działalność fundacji religijnej, która opiekuje się potencjalnymi ofiarami pedofilów. Niewątpliwą sensacją była sesja wychowawcza, podczas której rabin Meir Kessler z Kiriat Sefer poprosił 3 tys. ojców i matek, aby ostrzegli swoje dzieci, że nawet mężczyźni brodaci z tradycyjnym nakryciem głowy popełniają przestępstwa seksualne. Jeden z uczestników powiedział, że od czasu Mojżesza nikt nie miał odwagi w sposób tak otwarty poruszyć tak drastycznych problemów.

W Izraelu nie ma danych o rozmiarach pedofilii w zamkniętych społecznościach ortodoksyjnych Żydów. Jak mówi dr Sawiona Liebentraub, psycholog kliniczny i kierownik Wydziału Opieki nad Dzieckiem w rejonie obejmującym Bet Szemesz, pedofilia występuje przede wszystkim w społecznościach opartych na autorytecie pasterzy dusz, nie dopuszczających kontroli i interwencji z zewnątrz. Jako analogię Liebentraub wskazuje przypadki pedofilii wśród kleru katolickiego. Benedykt XVI wracał do tego tematu dwukrotnie: w trakcie zeszłorocznej wizyty w Stanach Zjednoczonych i podczas ostatniego pobytu w Australii, gdzie za przestępstwa seksualne osądzono 107 księży.

Ze statystyki amerykańskiego departamentu sprawiedliwości wynika, że w latach 1950–2002 oskarżono ponad 10,5 tys. księży katolickich o molestowanie seksualne nieletnich. Zdaniem dr Liebentraub, także w amerykańskich żydowskich ortodoksyjnych przedszkolach i szkołach religijnych pedofilia rozrosła się do przerażających rozmiarów. Tyle tylko, że zjawisko pozostaje w dużym stopniu niewykryte i nikt nie uważał dotychczas za stosowne prosić o wybaczenie.

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj