szukaj
Dlaczego Obama musi wygrać?
Ameryka tak ma
Suspens w najciekawszych od półwiecza wyborach w USA już wkrótce się skończy. Mimo sondażowej przewagi senatora Obamy – wynik, jak w meczu piłkarskim, poznamy dopiero z ostatnim gwizdkiem. Ten leksykon wyjaśnia dlaczego.

Reguła remisu

Ani pomysłowa kampania wyborcza, ani charyzma polityków zwykle nie przełamywały impasu amerykańskiej polityki w ostatnim półwieczu. Intuicyjnie sądzimy, że najbardziej znani i podziwiani prezydenci: John Kennedy, Ronald Reagan czy Bill Clinton, urzekali wyborców i odnieśli wielkie zwycięstwa. A w istocie wygrali z ledwością. W pojedynku Kennedy–Nixon w 1960 r., przy szczególnie wysokiej jak na Amerykę frekwencji (prawie 63 proc.), Kennedy dostał zaledwie o 118,5 tys. głosów więcej niż przeciwnik. A żaden z nich nie zdobył choćby 50 proc. głosów (Kennedy 49,7 proc., a Nixon 49,5 proc.). Zdarzały się i zwycięstwa mniejszościowe, jak w wyborach w 2000 r., kiedy to obecny prezydent George Bush w powszechnym głosowaniu zdobył mniej głosów niż przegrany Al Gore: dokładnie o pół miliona (50,5 mln – Bush, 51 mln – Al Gore). Ale federalny system wyborczy, gdzie poszczególnym krajom (stanom) prawo przydziela określoną liczbę głosów elektorskich, sprawił, że wygrał Bush. Licząc od 1960 r., odbyło się 12 wyborów, z czego w ośmiu zwycięzca uzyskał mniej niż 51 proc. głosów.

 

Ameryka więc „tak ma”. Występuje tam jakaś systemowa trudność w zdobyciu wyraźnej przewagi. Dlatego trudno też i przewidywać wynik. Z kolei ten remisowy układ łagodzi obyczaje polityczne natychmiast po wyborach. Zawsze skłania zwycięzcę do energicznego leczenia ran kampanijnych i budowania modelu prezydenta wszystkich Amerykanów. Nie ma tam też zwyczaju biadolenia nad niską frekwencją wyborczą ani też (choć tu neokonserwatywna prezydentura George’a Busha była wyjątkiem) zarzucania prezydentowi, że nie reprezentuje większości.

Efekt Bradleya

Zwróćmy też uwagę na różnicę w sondażach między poparciem dla demokratów jako partii a poparciem dla samego Obamy, o kilka punktów niższym. Byłby to dowód na efekt Bradleya, od nazwiska Toma Bradleya, burmistrza Los Angeles, który prowadził we wszystkich sondażach przed wyborami na gubernatora Kalifornii w 1982 r. i bez utraty przewagi sondażowej przegrał w prawdziwych wyborach. A to dlatego, że – nie licząc ekstremistów – pewien odsetek białych nigdy się nie przyzna do rasistowskich poglądów. Publicysta „New York Timesa” nazwał to zjawisko rasizmem bez rasizmu. W jakim stopniu efekt Bradleya dotąd występował – nie wiadomo.

Natomiast widać, że przegrywający w kampanii republikanie zaczęli otwarcie atakować Obamę nie tylko dlatego, że jest czarny, ale i dlatego, że miał ojca Kenijczyka, i czynią niewybredne aluzje do jego drugiego imienia Hussein. Według badań Uniwersytetu Stanforda, 40 proc. białych zgadza się z przypisywaniem co najmniej jednej negatywnej cechy czarnym – leniwi, skłonni do przemocy, roszczeniowi itd. Ale nie ma zgody między komentatorami. Jedni twierdzą, że efekt Bradleya się wzmocnił, inni – przeciwnie, że w dzisiejszym kryzysie dla Amerykanów nie liczy się kolor ani biały, ani czarny, tylko zielony.

Democrazy

Wybory amerykańskie przedstawia się jako dziedzinę show-biznesu, w której naprawdę liczą się tylko osobowości, a programy i przekonania to tylko zawracanie głowy. Doskonale wyszydzają to intelektualiści i artyści europejscy. Francesco Vezzoli na Biennale w Wenecji pokazał wideoinstalację „Democrazy”, obrazującą płyciznę amerykańskiej demokracji. To dwie reklamówki wyborcze fikcyjnych kandydatów, granych przez francuskiego filozofa Bernarda-Henri Levy’ego i Sharon Stone. Inteligentna kpina tworzy złudzenie autentyzmu, tak bardzo przekonująco i żarliwie mówią „kandydaci” o interesie Ameryki i bezpieczeństwie. Ich hasła można łatwo zamienić i mało kto to zauważy, bo liczy się tylko prezencja i nerw. „Jak doszło do tego, że takie fikcyjne obrazy budują polityczną rzeczywistość?” – pyta Vezzoli.

Władza i narracja

A jednak artysta włoski nie ma racji, gdyż Biały Dom zdobywa się nie show-biznesem, lecz bardziej przekonującym opowiadaniem o USA i Amerykanach, lepszą, jak to się dziś modnie mówi, narracją. To teza Evana Cornoga, historyka i dziekana dziennikarstwa na Columbia University, autora książki „The power and the story”. Tradycyjne narracje republikanów i demokratów nie zmieniają się od lat. Pierwsi głoszą pochwałę amerykańskiego marzenia – przedsiębiorczy Amerykanin da sobie radę sam na wolnym rynku. Drudzy pochylają się bardziej z troską nad bliźnim. Dzisiejszy kryzys finansowy wyostrzył też tradycyjną narrację w sprawie podatków, na którą Amerykanie mają szczególnie wyczulone ucho. McCain straszy, że Obama podniesie podatki, czego rzecz jasna nikt nie lubi. Obama mówi: republikanie wprowadzili 300 mld dol. cięć podatkowych dla najbogatszych, a 95 proc. amerykańskich rodzin zostawili bez pomocy. Obecny kryzys pomógł narracji Obamy. Jego „Yes, we can!” – w kontekście przez wszystkich, nawet i republikanów, oczekiwanego pożegnania tonącego Busha – brzmi lepiej niż dawniej. Poza tym Obama zwraca się do Ameryki klasy średniej, jest jednym z jej przedstawicieli.

Economy, stupid!

Wykrzyknik ten jest wynalazkiem Billa Clintona, ale dopiero w tegorocznych wyborach nabrał dramatycznego sensu. Obama ma tu ogromną przewagę nad McCainem, bo już w styczniu ostrzegał, że gospodarka amerykańska straciła równowagę, a jego przeciwnik jeszcze w kwietniu sformułował opinię, dla zdecydowanego zwolennika wolnego rynku zabawną, lecz dziś karykaturalną: „Polityka ekonomiczna to ćwiczenie czysto akademickie”. Gdy ostatecznie McCain zaczął energicznie piętnować grube ryby i lobbystów z Waszyngtonu, sztab demokratyczny natychmiast wypuścił reklamówki telewizyjne pokazujące republikańskiego kandydata fraternizującego się z tymiż grubymi rybami. Nie ulega wątpliwości, że McCain miał kilka mocnych potknięć na froncie walki klasowej, zwłaszcza to, jak nie mógł sobie przypomnieć, ile właściwie domów ma na swym stanie majątkowym. Niemal od pierwszej chwili kampanii, a teraz w końcówce w szczególności, to Obama zdołał zająć pole reprezentanta klasy średniej. Trzeba też zwrócić uwagę na jego ostatni – przejęty zresztą od pani Clinton – postulat, by wprowadzić 90-dniowe zawieszenie wszelkich eksmisji z domów, których kredytu rodziny nie mogą spłacić. Z kolei McCain zdobywa punkty na haśle walki z korupcją.

Odnowa wizerunku

Wybór prezydenta to rzecz Amerykanów, choć szkoda, że partnerzy USA nic nie mają do powiedzenia przy wyłanianiu „przywódcy wolnego świata”. Europa lgnie do Obamy; według niedawnego sondażu „Reader’s Digest”, gdyby głosowali Francuzi, to dostałby on 75 proc. głosów, w Niemczech aż 85 proc. Idealiści, a tych w świecie nie brakuje, stawiają nawet piękną tezę, że przy Obamie zaniknie Huntingtonowskie starcie cywilizacji: bo jak muzułmańscy pariasi świata zobaczą, że Ameryka nie pogardziła czarnym wnukiem kenijskiego pastucha, to nabiorą sympatii i szacunku do Wielkiego Szatana, a odwrócą się zupełnie od fundamentalistów. To zbyt piękne, żeby było prawdziwe, w każdym razie świat wiąże nadzieje koniecznej odnowy wizerunku USA z Obamą, a nie McCainem. Europa i świat, jeśli stawiają jednak na polepszenie stosunków z Ameryką – mogą się mocno przeliczyć, gdyż amerykańską polityką zagraniczną – z wyjątkiem ery neokonserwatystów – rządził chłodny pragmatyzm. Sami amerykańscy specjaliści różnią się zasadniczo w ocenach. McCain miota się między polityką zdroworozsądkową i ideologiczną. Ani w Polsce, ani nawet w USA nie poświęcono wiele uwagi pierwszemu wielkiemu przemówieniu senatora na temat stosunków zagranicznych (26 marca w Los Angeles), w którym wobec dwóch potęg światowych – Chin i Rosji – zaproponował politykę aktywnego wykluczania i wrogości. Byłaby to polityka sprzeczna z dotychczasową, która ciągle postuluje włączanie Rosji do współpracy. Czołowy komentator amerykański Fareed Zakaria bił wtedy na alarm, ostrzegając, że wiele krajów w Europie i w Azji potraktowałoby taką politykę wręcz jako próbę wszczęcia nowej zimnej wojny przez Waszyngton.

Kobiety

Kto w Ameryce zdobywa sympatie kobiet, ten zwycięża. Statystyka dowodzi, że Amerykanki głosują częściej niż mężczyźni; w poprzednich wyborach frekwencja wynosiła 60 proc. wśród kobiet i 56 proc. wśród mężczyzn, poza tym było prawie 9 mln więcej kobiet niż mężczyzn w wieku wyborczym w USA! Demokraci mogli się więc obawiać, że przegrana pani Clinton odwróci część sympatii wyborców od ich partii, tym bardziej że przez długie miesiące Ameryka ekscytowała się wizją pierwszej w historii kobiety u steru najpotężniejszego państwa na świecie. Rozczarowanych przegraną Hillary mogła przejąć pani Palin, zapewne w tym celu przez McCaina dobrana do republikańskiej pary. Tymczasem gubernator Alaski pomaga zapewne sprawie pracujących matek obarczonych liczną gromadką dzieci, ale dosłownie odstrasza kobiety wyemancypowane. Oczywiście w tak dużym kraju można znaleźć dostateczną liczbę przeciwników każdej osoby, lecz wygląda na to, iż rośnie liczba kobiet uważających poglądy pani Palin za tragifarsę. Jak wiadomo, ma być plusem dla chrześcijan ewangelikalnych, ale dla – użyjmy stereotypu – nowojorskich kobiet jest ona „przeciw aborcji, wolności słowa, ograniczeniom w dostępie do broni palnej, przeciw rozdziałowi Kościoła i państwa i przeciw niedźwiedziom polarnym” (cytat z ostatniego wielkiego apelu portalowego).

Październikowa niespodzianka

To termin w amerykańskim słowniku politycznym oznaczający nieprzewidziane wydarzenie tuż przed głosowaniem, które zmienia sympatie kilku procent głosujących i rujnuje czyjeś zwycięstwo. Na przykład Kissinger ogłosił 26 października 1972 r., że pokój w Wietnamie jest w zasięgu ręki i zrujnował szanse McGoverna, który teoretycznie mógł wygrać z Nixonem. Październik jeszcze się nie skończył.

 

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj