szukaj
Socjolog i politolog Radosław Markowski o wyborach w USA
Co się stało w Ameryce?
Jak Ameryka zmieniła się w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat i co dla niej oznacza wybór Baracka Obamy na prezydenta?

Jacek Żakowski: – Jak pan żegna prezydenta Busha?

Radosław Markowski: – Wygląda na to, że amerykańska polityka doszła do prawej ściany, odbiła się i teraz wraca do centrum.

Kiedy się odbiła?

To długi proces... Zaczął się za Clintona, ale zdecydowane odbicie się od prawej ściany to okres drugiej kadencji Busha.

Politycznie to przesunięcie jest dobrze czytelne. Pisząc o nim, tegoroczny ekonomiczny noblista Paul Krugman zwrócił uwagę, że demokratka Nancy Pelosi, speaker Izby Reprezentantów, jest nie tylko pierwszą kobietą pełniącą tę funkcję, ale też najbardziej lewicową osobą, jaka kiedykolwiek ją sprawowała. W obu wielkich partiach na czoło wysunęli się lewoskrzydłowi. Po dwóch dekadach wznoszenia się prawicowej fali zmienił się kierunek ewolucji w kulturze amerykańskiej?

Wydaje się, że demokratom udało się zamienić narzucony przez republikańską prawicę dyskurs wspólnotowo-tożsamościowy na dyskurs interesów ekonomicznych. Przez trzy ostatnie dekady sprzedawali z powodzeniem amerykańskiej klasie robotniczej swoistą fałszywą świadomość – przekonać ją, że żyje w najlepszym ustroju gospodarczym, którego nie ma co zmieniać, natomiast trzeba się zająć naprawdę ważnymi kwestiami politycznymi, takimi jak obyczaje, rodzina, duchowość, religia. Najważniejsze pytanie o przyszłość Ameryki dotyczy dziś tego, czy uda się trwale taki stan rzeczy zmienić.

 

To znaczy, czy da się przełamać opisany przez Thomasa Franka słynny syndrom Kansas, polegający na ukryciu prawdziwych interesów za językiem wartości symbolicznych.

Teza Franka była z grubsza taka, że prawica religijna z obozu George’a Busha zmarginalizowała w partii republikańskiej tradycyjnych establishmentowych i centrowych konserwatystów w rodzaju McCaina, zastępując takie tematy jak podatki, redystrybucja czy wzrost gospodarczy sporem o aborcję, religię w szkołach czy o mniejszości seksualne. Taki zwrot rzeczywiście miał miejsce, ale nie było to żadne specjalne odkrycie.

To na czym ten zwrot polegał?

Na zmianie barw partyjnych. Do końca lat 60. środowiska południowych baptystów stanowiły zaplecze Partii Demokratycznej. To one wyniosły do władzy Jimmy’ego Cartera, który był jednym z nich. Z amerykańską lewicą łączyło je poczucie zobowiązania wobec bliźnich, zwłaszcza wobec cierpiących – gdziekolwiek są. Polityka praw człowieka, pomocy rozwojowej, transferów socjalnych była dla nich oczywistym wnioskiem płynącym z ewangelii. Z egoistyczną klasowo czy etnicznie prawicą nie było im po drodze.

Ale to się zmieniło.

Zaczęło się zmieniać w latach 70., bo demokraci zaaprobowali rewolucję obyczajową, która dla religijnej prawicy była nie do zaakceptowania. Kiedy Sąd Najwyższy, ku zadowoleniu Partii Demokratycznej, ostatecznie potwierdził dopuszczalność aborcji, południowi baptyści zaczęli antyaborcyjną krucjatę, co zbliżyło ich do republikanów. To była prawdziwa rewolucja, z próbami odwoływania polityków, wypowiadania posłuszeństwa Waszyngtonowi, zamachami na kliniki aborcyjne. Liberałów uznali za apostołów cywilizacji śmierci.

I liberalnych republikanów też.

Na tym polega problem. Rozczarowani demokratami baptyści poparli najbardziej radykalne skrzydło partii republikańskiej, bo tylko ono było – podobnie jak oni – jednoznacznie antyaborcyjne.

Egoizm klasowy przestał im przeszkadzać?

Tu ważny jest czynnik czasu – jesteśmy na przełomie lat 80. i 90. Zbliżał się koniec tysiąclecia, który w Ameryce traktowano poważnie. Mówiło się nawet o syndromie milenijnym. W przypadku południowych baptystów oznaczał on bardzo dosłowną lekturę Apokalipsy św. Jana. Miliony z nich uwierzyło, że przełom milenijny oznacza koniec świata. To znieczuliło ich na problemy społeczne. Bo – rozumując praktycznie – skoro świat już się kończy, to nie warto marnować czasu na walkę z głodem, nierównością, chorobami. Trzeba natomiast zrobić dosłownie wszystko, by zapanował porządek moralny, godny mającego się ponownie objawić Chrystusa. Zgodnie z Apokalipsą na końcu świata sprawiedliwi mają pójść za Chrystusem do nieba, a niesprawiedliwi mają dalej męczyć się na padole rządzonym przez Antychrysta.

Miliony Amerykanów uwierzyły, że to się właśnie dzieje, chociaż Antychryst się spóźnił i objawił się dopiero 11 września 2001 r. jako Osama ibn Laden.

To był potężny impuls, ale jeszcze wcześniej fundamentalistyczni południowi baptyści dostali drugi po wyroku proaborcyjnym impuls upolityczniający ich ruch. IRSAmerykański Urząd Skarbowy – zdecydował się na opodatkowanie prywatnych szkół wyznaniowych, które na Południu szybko wypierały laickie szkoły publiczne. Tę decyzję wsparł sąd. Prezydent Carter uznał, że jest słuszna i zapłacił za to porażką w walce o reelekcję. To był drugi istotny powód politycznego ożywienia południowych baptystów i zwrócenia się Ameryki na prawo.

Po Carterze byli dwaj republikanie – Reagan i Bush senior – ale po nich przez osiem lat Ameryką rządził jednak demokrata Bill Clinton.

Clinton wygrywał, bo był doskonałym kandydatem, ale w Kongresie i w wielu stanach fundamentalistyczni baptyści mieli coraz większe wpływy. Kiedy Bush junior pokonał Ala Gore’a, powszechnie uwierzono, że Ameryka będzie już trwale rządzona przez republikanów, a w Partii Republikańskiej będą trwale dominowali religijni fundamentaliści.

Dwa lata temu okazało się, że to nie jest prawda, bo demokraci wyraźnie wygrali wybory do Kongresu i zdobyli większość w Izbie Reprezentantów. W dodatku zwycięstwo odnieśli demokraci wyraźnie lewicowi. Wygląda na to, że radykalni baptyści stracili też kontrolę nad Partią Republikańską albo zmienili poglądy?

Pokolenie, które zostało zmobilizowane oburzeniem na rewolucję lat 60., wyrokiem w sprawie aborcji, opodatkowaniem szkół wyznaniowych – po prostu wymiera. Pokolenie, które głosuje w tym roku pierwszy lub drugi raz, religijnie jest podobnie fundamentalistyczne, ale ma mniej wiary w radykalne działania polityczne. Spora część tego ruchu wraca do swojej postawy sprzed rewolucji konserwatywnej. Łatwiej jest im popierać McCaina, bo za nim stoi fundamentalistyczna Sarah Palin, ale i bez niej mogliby na niego głosować. Co więcej, część z nich należy do tej, sięgającej 70–80 proc., zdecydowanej większości Amerykanów, którzy uważają dziś, że za Busha juniora grupy wyznaniowe uzyskały zdecydowanie zbyt duże wpływy polityczne. Ale ciekawa i chyba ważniejsza jest też głębsza przemiana. Gdy minął szok milenijny, spora część radykalnych baptystów zdała sobie sprawę, że coś złego stało się z ich religią. Zauważyli, że przestała to być religia pokoju i miłości bliźniego, a baptyzm stał się religią konfrontacji i walki.

I zwątpili w słuszność swojego radykalizmu?

Młodzi z pewnością, a starzy częściowo wymierają, częściowo łagodnieją i stają się coraz mniej widoczni. Tu znów motorem stał się skandal, jakim była sprawa Terry Schiavo – kobiety, której organy były latami sztucznie podtrzymywane mimo śmierci mózgowej. Kiedy sąd wydał wyrok, żeby ją odłączyć, radykałowie domagali się, by Kongres nakazał Gwardii Narodowej zajęcie szpitala i ponowne jej podłączenie. Nawet dla wielu fundamentalistów to już było za wiele. Tym razem prawie wszyscy powiedzieli „basta – nawet najbardziej radykalne fragmenty Pisma Świętego nie mogą autoryzować takiego szaleństwa”. Około 70 proc. Amerykanów było wściekłych na rząd za ustępstwa wobec radykałów. Zwłaszcza że absurdy oraz kłamstwa rządu w sprawie przyczyn i przebiegu wojny w Iraku, bierność Waszyngtonu w obliczu wielkiej klęski żywiołowej wywołanej przez huragan Katrina, rosnąca w całym świecie niechęć do Ameryki pozbawiły władzę moralnej autoryzacji. Ewolucja kultury politycznej zmieniła kierunek.

Kevin Philips, autor wydanej kilka lat temu słynnej „Amerykańskiej teokracji”, pisał niedawno, że siła religii politycznych będzie w Ameryce malała, bo odpowiedzią na teokratyczną politykę jest rosnąca liczba ateistów.

To dobrze widać w niedawnym raporcie o amerykańskim rynku religijnym, na którym – wbrew tamtejszej tradycji – ateiści rzeczywiście są najszybciej rosnącą grupą. Drugą rosnącą grupą są latynoscy katolicy. Ich liczba niemal się podwoiła, ale zdecydowana większość z nich nie głosuje. Szacunki wskazują, że wśród latynoskich wyborców zagłosuje jedynie co piąty. Ale ważne jest to, że większość Latynosów, którzy popierali Busha, teraz przesuwa się w stronę Obamy i demokratów.

Dlaczego?

Może to też jest zmiana pokoleniowa, a może przeważył latynoski, meksykański katolicyzm, którego wspólnotowość lepiej się kojarzy z lewicą. Ale najważniejsza jest suma tych wszystkich kulturowych procesów, bo one tworzą dość trwałą prodemokratyczną większość. Rzecz jasna, demokratyczny wyborca nie musi głosować na demokratycznego prezydenta, podobnie jak republikański wyborca nie musi głosować na republikańskiego prezydenta. Ale zdaniem większości badaczy ta tendencja jest trwała, więc niezależnie od wyniku Obamy następny demokratyczny kandydat będzie miał zwycięstwo podane na tacy.

To jest tym ciekawsze, że kilka lat temu powszechnie sądzono, iż Ameryka musi być coraz bardziej konserwatywna, bo konserwatyści mają więcej dzieci niż liberałowie, którzy używają środków antykoncepcyjnych.

To się nie potwierdza, bo południowi baptyści mają wprawdzie więcej dzieci niż agnostycy czy ateiści, ale są one mniej konserwatywne niż rodzice. To między innymi sprawia, że wyborcy prawicowi stają się mniej prawicowi. A na dodatek kryzys osłabił siłę konserwatywnej narracji tożsamościowej. Aborcja przestaje się pewnie wydawać aż tak ważnym problemem politycznym, gdy traci się dom, pracę, oszczędności. Zagrożenie osłabiło też niechęć Amerykanów do państwa. Trwoga sprawia, że państwo znów staje się opoką, co podcina korzenie neoliberalizmu. Pytaniem niezwykle istotnym jest, na jaki „przyrost państwa” Amerykanie są skłonni pozwolić.

Kończy się amerykańska teokracja?

W dotychczasowej wersji zapewne się kończy, ale w epoce Busha narodziła się też polityczna religijna lewica. Różne kongregacje wracają do Biblii i stopniowo odkrywają w niej lewicową, solidarnościową treść chrześcijaństwa.

Ameryka wraca do stanu sprzed prezydentury Cartera. Efekt milenijny minął i skoro świat trwa, trzeba się znów starać, by był sprawiedliwszy?

Więcej. Takie ruchy jak MT25Network politycznie polemizują z chrześcijańską prawicą, propagując chrześcijańską, miłosierną politykę społeczną, ale są też do prawicy podobne w tym sensie, że sprzeciwiają się rozdziałowi Kościoła od państwa. Chcą wchodzić w politykę. Na przykład aktywnie popierając Obamę. A Obama był pierwszym od dawna kandydatem demokratycznym, świadomie odwołującym się do grup religijnych.

Demokraci nauczyli się nowego, religijnego języka mówienia o problemach społecznych, biedzie, przestępczości, podatkach, nierównościach. Problemy społeczne przestały być wymagającymi rozwiązania kwestiami technicznymi. Stały się znów problemami moralnymi, które ludziom wierzącym nie mogą być obojętne. Obama pochyla się nad upośledzonymi społecznie jak chrześcijanin, który się pochyla nad bliźnim. W ten sposób odbierał wyborców prawicy. Jeden ruch MT25 zebrał ostatnio 300 tys. dol. na religijną kampanię Obamy. A takich grup jest bezlik. To robi wrażenie.

 

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj