Kryzys Europy?
Pogrzebu nie będzie!
Wielu wieszczy koniec UE, w której zaczynają dominować narodowe egoizmy. Unia rzekomo wraca tam, skąd przyszła: do luźnego związku gospodarczego.
Rock Cohen/Flickr CC by SA

Do krytyki Unii włączają się nawet ci, którzy byli niegdyś jej ideowymi ojcami. Niedawno w „Dzienniku” sam Jürgen Habermas wygłosił prawdziwe epitafium dla Unii. A przecież zarówno kryzys gruziński, jak i finansowy pokazały, że UE, przy wszystkich swych słabościach, trzyma się dobrze.

Habermas swemu rozgoryczeniu dawał wyraz wiele razy, także teraz, w najnowszej książce „Ach, Europo”. Ale jednak zawsze wskazywał drogi wyjścia. Teraz widzi tylko pośmiertny bezwład Unii, zamordowanej przez prowincjonalizm takich polityków jak Sarkozy, Merkel czy Berlusconi, oraz blokadę UE przez nacjonalizm krajów bałtyckich, Czech i Polski. Skąd aż taki pesymizm?

To prawda, że w 2003 r., w związku z wojną w Iraku, UE pękła: na proamerykańską, nową, i w różnym stopniu prorosyjską, starą. Ale już w czasie pomarańczowej rewolucji na Ukrainie w listopadzie 2004 r. działała zgodnie, choć dwutorowo. Prezydenci Polski i Litwy, wraz z Javierem Solaną jako Mr Europe, pośredniczyli między stronami w Kijowie, zaś kanclerz Niemiec i prezydent Francji – niechętnie, ale jednak – wywarli nacisk na Putina, by nie interweniował na rzecz fałszerza wyborów. Ostatnio Polska i kraje bałtyckie – przy wszystkich zastrzeżeniach wobec Saakaszwilego – pokazały jednoznaczne poparcie dla Gruzji, podczas gdy Francja i Niemcy wynegocjowały z Rosją kompromis.

Nikt nie ukrywa rozbieżności interesów. Politycy brytyjscy i polscy domagali się unijnej lustracji niemiecko-rosyjskich kontraktów. Natomiast w niemieckich gazetach nie brakowało oburzenia na grupę antyrosyjską oraz rad, by tworzyć europejsko-rosyjską wspólnotę bezpieczeństwa z pominięciem USA.

To prawda, że w starej Europie respekt dla amerykańskiej polityki nie jest zbyt wielki. Uważa się, że to amerykańskie jastrzębie podszepnęły Gruzinom nieprzemyślaną ofensywę w Osetii Południowej, by spowodować nową zimną wojnę i zwiększyć szanse McCaina. Zaś po wybuchu kryzysu finansowego w USA niejeden z niemieckich zwolenników partnerstwa z Rosją głośno deklaruje, że to nie tylko początek końca ery amerykańskiej na świecie, ale i anglosaskiego liberalnego kapitalizmu.

Habermas narzeka, że Unia wpadła w ręce neoliberałów gospodarczych. Ale przecież kryzys finansowy pokazał, że niezbyt głęboko. To my mieliśmy rację, mówi Angela Merkel, to nasza socjalna gospodarka rynkowa i państwowy interwencjonizm okazały się lepsze niż neoliberalny kapitalizm anglosaski.

Jednak, zdaniem wyraźnej większości komentatorów, kryzys pokazał, że UE nie tylko istnieje, ale jest o wiele silniejsza, niżby się wydawało. Europa jest nie tyle alternatywą wobec Ameryki, ile liczącym się korektorem, a euro – nie tylko walutą stabilizacyjną, ale i dającą w UE przywileje. Przed szczytem Unii w Brukseli 15 członków eurostrefy ustaliło w Paryżu strategię, którą potem przyjęła także pozostała dwunastka. Stąd też w Skandynawii topnieje opór przed euro. Premier Danii już zapowiedział, że jego kraj jeszcze przed 2011 r. przyjmie eurowalutę. Polska nie jest odosobniona w swym europrzyspieszeniu.

Równocześnie reformy wewnętrzne UE idą jak po grudzie. Przed rozszerzeniem Unii na wschód, zachodnim politykom zabrakło odwagi, a zachodnim społeczeństwom woli reform. To one – Francuzi, Holendrzy, Irlandczycy, a nie my, Czesi czy Polacy – je zablokowały. Te trzy referenda sprawiają wrażenie powtórki z historii Polski, kiedy to liberum veto paraliżowało Rzeczpospolitą Obojga Narodów.

Po irlandzkim „nie” możliwe są trzy warianty: renegocjacja traktatu, pogrzebanie go lub kontynuowanie ratyfikacji przez pozostałych dziewięć państw i powtórzenie referendum w Irlandii pod hasłem: „Czy akceptujesz traktat, czy jesteś za stopniowym wychodzeniem z UE?”.

Pierwszy wariant nie wchodzi w rachubę, ponieważ kolejne przeróbki stworzyłyby jeszcze większe monstrum prawne i uruchomiłyby powtórkę ratyfikacyjnego chaosu. Również drugi wariant jest nie do przyjęcia, ponieważ traktat ratyfikowało już 18 krajów, a dalszych 7 jest w trakcie. Dlaczego 862 415 irlandzkich wyborców miałoby zablokować 490 mln obywateli UE?

I wreszcie trzeci wariant. Ratyfikować dalej, tworząc Europę dwóch prędkości: rdzeń będzie pogłębiał integrację, a cała reszta – z mniejszymi środkami finansowymi – będzie się wlec w ogonie. Ale czy taka mieszanka będzie jakąkolwiek całością? Unijni politycy, niczym magnaci unii polsko-litewskiej w XVII i XVIII w., nie bardzo wiedzą, co robić.

Eurobarometr podaje, że w ciągu półrocza poparcie dla integracji spadło w Unii o 6 proc. Jeszcze u nas jest większość, ale już nikła – 52 proc. Eurokraci uspokajają, że to tylko odprysk lęku przed recesją, związaną z gwałtownym wzrostem cen energii, że Europejczycy dostrzegają problemy globalne i potrzebę światowego ładu i mają Unii za złe nie samo jej istnienie, lecz opieszałość.

Przewodniczący Komisji Europejskiej José Manuel Barroso narzeka, że winni są politycy, bo w swych krajach za własną nieudolność w polityce wewnętrznej obwiniają UE. Ludzie mediów – jak Thomas Schmid, naczelny „Die Welt” – utyskują, że Unia nie jest seksy.

Lament, że Europa nie istnieje jako przestrzeń polityczna, jest stałym elementem gry. Brytyjski „Economist” narzeka, że eurobiurokracja ogranicza wolną gospodarkę i kosztuje. A autorzy lewicowych „Euromemorandów”, publikowanych od dziesięciu lat przez 300 ekonomistów i politologów z 22 krajów, oskarżają Unię o wszelkie grzechy rozpasanego neoliberalizmu gospodarczego i domagają się Europy socjalnej.

Nadszedł historyczny moment – piszą – do szukania alternatywy wobec UE, ponieważ nie ma ona błogosławieństwa narodów. Dziś takie kraje jak Belgia, Hiszpania czy Włochy rozpadają się na regiony, a nie łączą w monstrualne organizmy ponadpaństwowe. To nie bankiety szefów rządów są gwarancją pokoju w Europie, lecz demokratyzacja Niemiec po 1945 r., międzynarodowe powiązania gospodarcze i NATO. Poza tym Unia jest w porównaniu z dawną energiczną Europą kompletnie śnięta i jej alternatywą jest EFTA, wspólnota wolnego handlu, do której należą takie państwa jak Norwegia czy Szwajcaria. Jak twierdzą autorzy najnowszego „Euromemoriału”, chętni do rozwalenia UE mogą być Anglosasi, Czesi, Polacy, Duńczycy, a może także Włosi czy Austriacy. Niech no tylko poobcinane zostaną unijne subwencje...

Autodestrukcja perspektywą dla Europy? Nonsens, odpowiadają reformatorzy. Trzeba poprawiać, a nie niszczyć to, co osiągnięto, przebudowywać Europę szefów w Europę obywateli. Odrzucić fatalny spadek po de Gaulle’u, który mówiąc o Europie ojczyzn, miał na myśli jedynie francuską dominację w EWG poprzez korzystne dla Francji odgórne rozdzielnictwo unijnych subwencji. To głównie wskutek polityki Francji upadła idea Stanów Zjednoczonych Europy, o których w 1946 r. mówił Churchill, a zastąpiła ją współpraca międzyrządowa ministrów i sekretarzy stanu w trójkącie Bruksela–Luksemburg–Strasburg. Premierzy i ministrowie uzgadniają między sobą reguły gry i narzucają je potem swym parlamentom jako prawo wspólnotowe, nad którym czuwa trybunał europejski. A Parlament Europejski jest tylko trochę więcej niż atrapą europejskiej demokracji przedstawicielskiej. Nie reprezentuje okręgów wyborczych, a składa się z narodowych kontyngentów i ani nie jest wsparty europejską opinią publiczną, ani nie ma żadnych kompetencji, jak choćby wybór prezydenta UE...

Tak było, ale tak ma nie być – mówią reformatorzy. Traktat lizboński zmienia UE. Usprawnia egzekutywę i rozszerza uprawnienia parlamentu. Przy wyborach do parlamentu europejskiego w 2009 r. należałoby urządzić referendum – jednego dnia we wszystkich państwach członkowskich – czy Europejczycy chcą, czy nie chcą wybierać prezydenta Unii, czy chcą mieć europejskiego ministra spraw zagranicznych, proponował Jürgen Habermas. Unia powinna rozwijać się w kierunku Europy obywateli, tworzyć wspólną opinię publiczną, wyostrzać poczucie istotnych problemów, jak choćby kwestię integracji imigrantów spoza Europy.

A jak ten spór wygląda znad Wisły? Nasza prawica gratuluje Irlandczykom, broniąc zasady weta jak niepodległości. Ale większość Polaków – według sondaży – chce pogłębienia Unii i zaakceptowałaby traktat w referendum. Zapewne z nieufności do własnych instytucji i polityków ufamy w zbiorowy rozsądek zjednoczonej Europy. Zapewne też podświadomie obawiamy się powtórki z historii Rzeczpospolitej, sparaliżowanej liberum veto aż po samobójstwo polityczne.

Dla kraju z taką historią jak Polska nie ma innej przyszłości niż schowanie się w silnej zjednoczonej Europie szefów i obywateli. Nawet jeśli Stary Kontynent przestaje wierzyć w swe siły. Jeszcze nie tak dawno Amerykanie – jak Elizabeth Pond, Jeremy Rifkin czy Mark Leonard – widzieli w UE pokojowe supermocarstwo XXI w., które niebawem zepchnie w cień zgrane do cna USA. Dziś jednak amerykańsko-europejski politolog Walter Laqueur, w wydanej właśnie po polsku książce „Ostatnie dni Europy”, odprawia nad nami mszę żałobną. Twierdzy Europa nie tylko nie udało się zjednoczyć, ale ona biologicznie wymiera. Za kilkadziesiąt lat będzie zaledwie 32 mln Niemców, 15 mln Włochów, 12 mln Hiszpanów, 50 mln Rosjan itd. A do tego wymarłego muzeum ściągną masowo muzułmanie, Azjaci i czarni Afrykanie. I to będzie koniec kultury europejskiej.

Zależy której. Tej zamkniętej w muzeach narodowych czy tej nieliczącej się z granicami i otwartej na pozaeuropejskie wpływy? Wbrew jeremiadzie Laquera Europa za kilkadziesiąt lat będzie o wiele bardziej przypominać amerykański tygiel narodów niż dawne pozamykane klatki państw narodowych.

Mimo krytyki Unii, jej niedemokratycznych struktur wewnętrznych, sprzeczności interesów, zapowiadanego już przez Tocqueville’a rozdarcia między dwa półeuropejskie mocarstwa skrzydłowe, Amerykę i Rosję, idea europejska wcale nie wietrzeje. Najlepszym dowodem jest nie tylko długa lista tych państw, które chciałyby dostać się do tego klubu, ale i mozolne dochodzenie do europejskiej wspólnoty interesów. Kryzysy tylko na pierwszy rzut oka osłabiały integrację i europejskie poczucie wspólnoty losów. Po pewnym czasie okazywało się, że je skokowo wzmacniały. Po każdym wielkim kryzysie Europejczycy wyraźnie się do siebie zbliżali. Nie czas na mowy pogrzebowe.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj