szukaj
Gruzja po wojnie
Kurz na różach
Gruzja powoli podnosi się z szoku po konflikcie z Rosją. Ale to nie ułatwia sytuacji prezydenta Saakaszwilego.

Micheil Saakaszwili nie ma ostatnio dobrej passy. Ideały rewolucji róż z 2003 r. gdzieś się zapodziały. W efekcie, w listopadzie zeszłego roku, gwałtowne protesty zmusiły prezydenta do wprowadzenia stanu wyjątkowego, dymisji i rozpisania wcześniejszych wyborów. Wygrał je co prawda z bardzo dobrym wynikiem, jednak coraz częściej popada w konflikty, a jego dawni współpracownicy zasilają szeregi opozycji. Na dodatek sierpniowy konflikt z Rosją oddalił Gruzję od członkostwa w NATO i nadwerężył wizerunek Saakaszwilego jako odpowiedzialnego męża stanu. – Niełatwo być prezydentem Gruzji, ten kraj to nie pensja dla panienek z dobrych domów – stwierdza znany gruziński politolog prof. Aleksander Rondeli.

I dalej tłumaczy: – Saakaszwili ma silną osobowość i nie boi się podejmować decyzji. Sprawdza się, gdy Rosjanie stoją godzinę jazdy czołgiem od Tbilisi. Opozycja chce go odsunąć, krzyczy, że zagraża demokracji, ale prezydent jest nadal najpopularniejszym politykiem. Jak na złość opozycji zwykli ludzie są zmęczeni polityką, a sytuacja, mimo niedawnych walk, jest bardzo spokojna.

Podróż czołgiem

Wojna odbiła się przede wszystkim na gruzińskiej gospodarce, choć na szczęście oszczędziła rurociągi, którymi z Azerbejdżanu płynie gaz ziemny i ropa naftowa do Europy. Z sondażu przeprowadzonego wśród przedsiębiorców pod koniec października wynika, że aż 86 proc. z nich poniosło straty. Obroty gruzińskich firm spadły średnio o około 40 proc., głównie ze względu na kłopoty z transportem i zaopatrzeniem, wywołane blokadami dróg. – Stanęło dynamicznie rozwijające się budownictwo, w kłopoty wpadł system bankowy, więc banki przestały udzielać kredytów, a zagraniczni inwestorzy omijają nas łukiem – mówi analityk Zaal Andżaparidze.

Kazachska spółka naftowa KazMunaiGaz zarzuciła plany wartej miliard dolarów rafinerii w Batumi, Kazachowie zrezygnowali też z budowy terminalu do przeładunku zboża w Poti, porcie położonym przy granicy z Abchazją, który niedawno okupowali Rosjanie. Wiele firm idzie ich śladem, inne zwlekają, ograniczają inwestycje w oczekiwaniu na uspokojenie sytuacji. Ekonomiści z Centrum Badań Strategicznych i Rozwoju Gruzji orzekli, że przez najbliższe dwa lata kraj może zapomnieć o zwabieniu poważnych inwestorów. A to zagraniczny kapitał był dotychczas motorem rozwoju. W pierwszym półroczu 2008 r. do Gruzji z zagranicy napłynęło aż 950 mln dol., o 16 proc. więcej niż w pierwszych sześciu miesiącach 2007 r., który pod tym względem był rekordowy.

Gruzja wiązała duże nadzieje z turystyką. Kraj stał się modny, oprócz dzikich gór oraz fantastycznych zabytków przyciągał także czarnomorskim wybrzeżem, do niedawna był jednym z niewielu bezpiecznych miejsc na Kaukazie. Jeszcze w 2003 r. odwiedziło Gruzję zaledwie 300 tys. turystów, w 2005 r. już pół miliona, a zeszłym roku ponad milion. Po wojnie ruch turystyczny zamarł. – Nawet gdybyśmy uznali kilkadziesiąt tysięcy rosyjskich żołnierzy za turystów, tyle że podróżujących czołgami, to i tak nie wyrównamy ubiegłorocznych statystyk – ironizuje Rondeli.

Według rządowych szacunków wojna wywindowała niską dotychczas inflację do 9,3 proc., jednak niezwiązani z rządem analitycy wyliczyli, że jest ona przynajmniej dwukrotnie wyższa i może sięgać nawet 20 proc. Ostro wyhamował wzrost gospodarczy – w 2007 r. gospodarka rozwijała się w tempie 12,5 proc., w tym roku zwolni do 3,5 proc. Niepewna jest także przyszłość nawet milionowej armii Gruzinów, pracujących w pogrążającej się w kryzysie i coraz bardziej niechętnej przybyszom z Kaukazu Rosji, którzy w istotnym stopniu zasilają budżety rodzin mieszkających w kraju.

Na ratunek 

Rząd Saakaszwilego wprowadził plan ratunkowy. Chce rozruszać gospodarkę obniżką podatku liniowego z 25 do 20 proc. W ten sposób w kieszeniach Gruzinów zostanie około 170 mln dol. Państwowa kasa nie straci, bo UE, USA i Międzynarodowy Fundusz Walutowy przyrzekły wesprzeć Gruzję kwotą aż 4,5 mld dol., co stanowi równowartość jednej trzeciej rocznego PKB tego kraju. Pieniądze przeznaczone są m.in. dla 40 tys. uchodźców z Osetii oraz na łatanie mostów, dróg, torów kolejowych, podniesienie z gruzów portów zniszczonych w czasie walk i rosyjskich bombardowań (straty w infrastrukturze szacowane są na 1 mld dol.). Powojenna pomoc powinna przynajmniej na krótko osłonić Gruzję przed perturbacjami związanymi ze światowym kryzysem.

Suchej nitki na rządowych planach nie zostawia Nino Burdżanadze, kiedyś bliska współpracowniczka prezydenta, współprzywódczyni rewolucji, była przewodnicząca parlamentu, a dziś jedna z liderek opozycji. – Zachodnie wsparcie to jedyna szansa na stabilizację, bo rząd nie przyjął żadnej sensownej strategii. To charakterystyczne dla Saakaszwilego, który długo się nie zastanawia, lubi szybkie, efektowne rozwiązania i nie koncentruje się na sednie problemów, tylko na utrzymaniu przy władzy.

Za przykład Burdżanadze podaje nieudane programy walki z bezrobociem. W zeszłym roku oficjalnie wyniosło ono 13,3 proc. Ekonomiści twierdzą, że w rzeczywistości rzesze bezrobotnych są liczniejsze, bo zgodnie z prawem za zatrudnionego uważa się każdego, kto posiada nawet niewielki kawałek ziemi.

Kolczaste róże 

Pogorszenie koniunktury może wysadzić Saakaszwilego z siodła. Opozycja chciałaby odsunąć prezydenta przed końcem kadencji. W sierpniu stanęła za nim murem, ale już cztery miesiące po podpisaniu z Rosją zawieszenia broni gardłuje coraz głośniej. Jej zdaniem Saakaszwili blokuje demokratyzację Gruzji, pełnię władzy przejął po zmanipulowanych wyborach parlamentarnych i prezydenckich, a potem ją wykorzystał, wplątując kraj w wojnę z Rosją.

Zachodni sojusznicy Saakaszwilego rzadko o tym wspominają, ale zarzuty o ograniczaniu niezawisłości sędziów, ręcznym sterowaniu wymiarem sprawiedliwości i łamaniu wolności słowa są w dużej mierze prawdziwe. Wdowa po właścicielu nieprzychylnej Saakaszwilemu telewizji Imedi, po tym, jak w zeszłym roku państwo przejęło kontrolę nad majątkiem jej męża, nie może odzyskać nad nią kontroli. 7 listopada 2007 r. studio Imedi zdemolowała policja, która strzelała do pracujących tam dziennikarzy gumowymi kulami.

Dopiero 15 grudnia wygasa wprowadzony rok wcześniej przepis, zakazujący politykom spoza obozu rządowego występów w telewizji. W tym czasie jedyną stacją, która zapraszała opozycjonistów, była dostępna tylko w stolicy telewizja Kawkazia. – Paradoksalnie to po rewolucji róż zaczęto łamać wolność słowa, tak źle nie było nawet w czasach Szewardnadzego – mówi ze smutkiem Sozar Subari, gruziński rzecznik praw obywatelskich, dotkliwie pobity podczas ubiegłorocznych demonstracji. – Prezydent mówi dużo o nadciągającej nowej fali demokracji, ale ja mu nie wierzę. Za kratami jest około 30 więźniów politycznych, a ci, którzy łamią prawa człowieka, rządzą krajem.

Według rankingu wolności prasy międzynarodowej organizacji Reporterzy bez Granic Gruzja zajmuje 120 miejsce na 173 kraje ujęte w zestawieniu. Z drugiej strony wszystkie media skrupulatnie relacjonowały demonstracje i żale pod adresem Saakaszwilego. – Łamanie wolności słowa? Niepopularni przywódcy opozycji mają wybujałe ambicje, każdy, zanim zostanie prezydentem, chciałby przez 24 godziny na dobę występować w telewizji – oburza się prof. Rondeli. – Sytuacja w listopadzie zeszłego roku była bardzo poważna, Saakaszwili niezdarnie zamknął Imedi, bo źle zarządzał kryzysem.

Prezydent traci twarz 

Na wiosnę opozycja zapowiada powtórkę protestów przeciw prezydentowi. – Przeciwnicy Saakaszwilego liczą, że w miarę pogarszania się sytuacji ekonomicznej jego popularność stopnieje. W styczniu gładko zdobył prezydenturę, ale teraz popiera go ok. 25 proc. wyborców – twierdzi Zaal Andżaparidze. Dla wątłej, rozdrobnionej na kilkanaście partii i niezasiadającej w parlamencie opozycji to marne pocieszenie. Tym bardziej że jej propozycje to kropka w kropkę program prezydenta – członkostwo w UE i NATO, wolny rynek oraz odzyskanie kontroli nad Abchazją i Osetią.

Nic zatem dziwnego, że na jej senne wiece przychodzi coraz mniej osób i tylko Lewan Gaczecziladze – handlarz gruzińskim winem, który w wyborach prezydenckich zdobył 25 proc. głosów – jest w stanie przykuć uwagę słuchaczy. Opozycjoniści, wobec zbieżności programów z prezydenckim i trudnościami w zwarciu szeregów, przekonują, że gruzińskim problemem numer jeden jest osobowość prezydenta, który ze swoją arogancją, brakiem odpowiedzialności i impulsywnością nie nadaje się do rządzenia.

Bez wątpienia Saakaszwili jest charyzmatycznym przywódcą, ale po pierwszych porewolucyjnych latach, kiedy wiele osiągnął, uwierzył, że jest nieomylny. – Przykro mi, że właśnie to przekonanie ściągnęło nieszczęście na nasz kraj. Saakaszwili przegapił okazję: jako jedyny miał szansę, by wreszcie rozwiązać sprawę Osetii i Abchazji oraz zintegrować nas z Zachodem. Idąc nierozważnie na wojnę z Rosją, pozbawił się tej możliwości, roztrwonił zaufanie, którym darzono go w kraju i za granicą, a jego osobiste błędy stały się naszymi porażkami – ocenia dawnego sojusznika Nino Burdżanadze.

Sporym wyzwaniem dla Saakaszwilego jest wiarygodne usprawiedliwienie ataku na Osetię Płd., który doprowadził do rosyjskiej okupacji, rozbicia gruzińskiej armii, splądrowania jej baz i dramatu tysięcy uchodźców. Prezydent, składając przez pięć godzin zeznania przed parlamentarną komisją wyjaśniającą przyczyny wybuchu walk, stwierdził, że nie ma pewności, czy wojna już się skończyła. Saakaszwili uznaje, że miał casus belli, powód do wojny, bo ostrzeliwano gruzińskie enklawy w Osetii Płd. Jednak członkowie misji OBWE – organizacji darzonej na Zachodzie zaufaniem – którzy byli wtedy w Osetii, nie zdołali potwierdzić takiego ostrzału.

 

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj