szukaj
Merkel Angela
Kryzysowa narzeczona
Przy nadaktywnym Sarkozym ostrożna Angela Merkel sprawiała wrażenie, jakby chciała przeczekać kryzys. A jednak grudniowy szczyt pokazał, że UE potrafi godzić różne temperamenty.
Francja i Niemcy - 'konie pociągowe Europy'?
Chesi - Fotos CC/Flickr CC by SA

Francja i Niemcy - "konie pociągowe Europy"?

Niemcy wraz z Francją były przez członków UE długo uważane za „konie pociągowe Europy”. Tyle że kiedy Paryż wpadał w fazy egoistycznego rozbrykania, Berlin cierpliwie dalej ciągnął europejski wózek.

Dla Niemiec, naznaczonych stygmatem wojny, rodząca się w 1958 r. Europejska Wspólnota Gospodarcza była swoistą czapką-niewidką. „Jestem przede wszystkim Europejczykiem, potem Westfalczykiem, a dopiero później Niemcem” – mawiano w latach 70. Potem, by uspokoić Europę po zjednoczeniu kraju, Niemcy zrezygnowały na rzecz euro nawet z głównego amuletu swej narodowej dumy – z D-Marki. Co nie przeszkadzało im wycisnąć z Brukseli subwencji dla byłej NRD, które dla wchodzących kilkanaście lat później do UE bratnich krajów były już nierealne. Politykę narodowych interesów Republika Federalna prowadziła – jak to Niemcom wytknął Timothy Garton Ash – „w imieniu Europy”. Jednak była to nadal polityka europejska.

 

Gerhard Schröder zmienił ton, akcentował politykę niemieckich interesów i narzekał, że Bruksela „przepala niemieckie pieniądze”, ale jak trzeba było, to podrzucił w 2002 r. Leszkowi Millerowi miliard euro na polskie rolnictwo. Również Angela Merkel sięgała w 2006 r. i 2007 r. głębiej do niemieckich portfeli, by ratować europejski budżet.

Jednak w czasie obecnego kryzysu finansowego prasa niemiecka i europejska nie zostawiły na pani kanclerz suchej nitki.

„Sarkozy kręci na lodzie piruety, podczas gdy Merkel pełza na czworakach” – irytował się „Spiegel”. Analitycy zapowiadają największą recesję od 1945 r., a Niemcy nie czują, by rząd próbował coś z tym robić.

W pierwszym kwartale 2008 r. gospodarka niemiecka się rozpędzała: 5,7 wzrostu PKB! Ale potem siadła: 1,7, 2,1... I nikt nie wie, jak długi będzie ten zjazd. Przepowiednie są katastroficzne: w 2009 r. PKB może spaść o 4 proc.! 700 tys. ludzi pójdzie na bruk! Niektóre koncerny poniosą straty rzędu 10–20 proc.! Toż to poziom wielkiej depresji z 1929 r. A co robi Merkel? Nic! Zachowuje się jak kanclerz Heinrich Brüning w 1932 r. – rozpina sieć ratunkową pod niemieckimi bankami i narzuca program oszczędnościowy, podczas gdy Nicolas Sarkozy i Gordon Brown podsypują pieniędzmi programy pobudzające koniunkturę...

Jeszcze w 2007 r., podczas niemieckiej prezydencji w Unii Europejskiej, Angelę Merkel oklaskiwano i nazywano Madame Europe. Ale rok później pani kanclerz mogła już przeczytać w prasie, że jest słabym przywódcą na złe czasy. Świat czeka na Obamę, Europa – na kolejne pomysły Sarkozy’ego, natomiast Niemcy chowają się w peletonie i pilnują tylko własnych interesów. I rzeczywiście, burknęła w październiku – „niech każdy troszczy się o swoje śmieci”. Na co brytyjski dziennik „Financial Times” zarzucił jej „politykę pasożytniczą”, a włoska „La Stampa” oskarżyła o paraliżowanie Europy.

Gwiazdor i fizyk 

Rzeczywiście, trudno o większy kontrast osobowości niż Merkel i Sarkozy. Z jednej strony podszyty wiatrem prawnik, medialny gwiazdor sypiący jak z rękawa pomysłami, niestety często nie do końca przemyślanymi. W czasie kryzysu gruzińskiego Francuz wynegocjował 6-punktowy plan, nie biorąc pod uwagę, że Moskwa odczyta go jako pełnomocnictwo do rozbioru Gruzji. I nieraz – jak w sprawie amerykańskiej tarczy antyrakietowej – w czwartek odwoływał to, co powiedział w środę.

Z drugiej strony kobieta fizyk z NRD, świadoma swego dość ograniczonego uroku medialnego, za to skrupulatnie sprawdzająca dane przed każdym eksperymentem. Zwleka nie tylko dlatego, że przeczekiwania problemów nauczył ją Helmut Kohl, ale dlatego, że taki ma charakter. Nigdy nie szarżowała. Każdy jej ruch był raczej starannie skalkulowany. Ostatnio medialne ponaglenia zbywa ripostą, że wcale nie musi być na pierwszej linii, że najpierw trzeba zebrać roczne dane i poczekać na inaugurację Obamy. Co nagle, to po diable…

Dziennikarze zachodzą w głowę, czy Angela Merkel ma naprawdę takie mocne nerwy, czy tylko dobrze ukrywa własną niepewność. W latach prosperity kunktatorstwo i mina pokerzysty popłaca, ale w czasie kryzysu? Nieważne – denerwują się niemieccy krytycy Angeli Merkel – co się robi, ważne, by robić cokolwiek, bo to uspokaja nastroje. Bzdura, przychodzi w sukurs szefowej rządu socjaldemokratyczny minister finansów Peer Steinbrück. Czy jeśli tłum lemingów pędzi ku zagładzie, to trzeba się do nich przyłączyć?

Madame Non

Angela Merkel zwlekała, bo nie chciała robić niczego, czego sama by nie rozumiała do końca. Nikt jej nie potrafił wytłumaczyć, dlaczego lekarstwem na kryzys, który wynikł ze ślepego zadłużania, miałoby być dalsze zadłużanie… W dodatku jest rok wyborczy. Socjaldemokratyczny wicekanclerz i minister spraw zagranicznych Frank-Walter Steinmeier jest także konkurentem Merkel i ma stosunkowo niezłe notowania. Wszystko, co robią i mówią partnerzy koalicyjni, już jest odczytywane przez pryzmat kampanii wyborczej. W CDU/CSU odżyły dawne rywalizacje. W społeczeństwie wzrosły oczekiwania socjalne. A kryzys pożera kolejne miliardy.

Rok temu prognozy były olśniewające. Wraz z koniunkturą rosły wpływy z podatków: o 13 mld w 2008; na 2009 r. przewidywano dalsze 6 mld. Teraz wszystko wzięło w łeb. Będą spadać wpływy podatkowe i rosnąć wydatki – na bezrobotnych i na, zapowiedziane już, roboty publiczne, remont szkół i wyższych uczelni. Pod koniec przyszłego roku zadłużenie wewnętrzne Republiki Federalnej może przekroczyć 40 mld euro i znów osiągnąć poziom z 1996 r., który wówczas wynikał ze zjednoczenia Niemiec. „Nie mamy zbyt wielu naboi w magazynku – mówi Steinmeier. – Prawdopodobnie tylko jeden. I ten jeden musi trafić w cel!”. To tłumaczy, dlaczego Niemcy są tacy ostrożni i nie chcą strzelać na wiwat.

Zarzuty sąsiadów, że Niemcy wypisują się z Europy, bo górę bierze narodowy egoizm, są więc mocno przesadzone. Podczas grudniowego szczytu UE Angela Merkel jak zwykle nie była zbyt wylewna, choć dało się wyczuć, że niechęć mediów ją dotknęła. Na pytanie francuskiego dziennikarza, czy Niemcy stają się coraz bardziej narodowe, odpowiedziała, że przecież nie ma alternatywy wobec EU. Zaś na uwagę, czy irytuje ją przydomek Madame Non, odpowiedziała z uśmiechem, że dziś na wokandzie było „yes”, a nawet „oui”.

Po szczycie Merkel wprawdzie zebrała od niemieckich radykałów cięgi za to, że uległa naciskom niemieckiego przemysłu i zgodziła się na okrojenie pakietu klimatycznego. Narzekano też, że wróciła do „dyplomacji książeczki czekowej”, uśmierzając „kilkoma miliardami” groźbę polskiego weta w sprawie emisji CO2. Ale zarazem z ulgą odnotowano, że Unia trzyma się mocno.

Wbrew jeremiadom kryzys skłania członków UE do współpracy. Nawet w Londynie zaczęto teraz przebąkiwać o zaletach euro. Zdaniem Wolfganga Ischingera, byłego szefa sztabu planowania strategicznego w niemieckim ministerstwie spraw zagranicznych, obecny kryzys kruszy nawet neoimperialną butę Putina. Zbliża UE do Stanów Zjednoczonych. A Irlandczyków może skłonić do ratyfikacji traktatu lizbońskiego. Może też przybliżyć ludzkość do głębokiej reformy ONZ.

Bez wielkich słów

Kryzys nie jest więc tylko zagrożeniem. Dzisiejsze kłopoty przyniosą ożywcze impulsy – z naciskiem powtarza były brytyjski minister spraw zagranicznych David Miliband. Przecież sam pakiet klimatyczny przyczyni się do pobudzenia koniunktury i utrzymania przez Europę czołowego miejsca w nowych technologiach. Modernizację energetyki, przemysłu chemicznego czy motoryzacyjnego trzeba traktować jako część tego Nowego Ładu, do którego wzdychają zwolennicy modernizacji modelu gospodarczego.

Nie należy się obrażać na rzeczywistość. Polska jest i będzie sąsiadem Niemiec, a nasza gospodarka – kilkakrotnie słabsza od niemieckiej – jest ściśle z niemiecką sprzężona. Na szczęście w ciągu ostatniego roku udało się ożywić dialog polsko-niemiecki i zaprzestać psychopolitycznej eskalacji.

Przy wciąż ogromnej różnicy potencjałów i nierównoczesności zjawisk kryzysowych gospodarczo i politycznie stanowimy z Niemcami w UE system naczyń połączonych. Toteż w polskim interesie jest stabilizacja gospodarki niemieckiej.

Angela Merkel nie lubi wielkich słów. Ale na czasy kryzysu i gospodarczej paniki jej spokój i pragmatyzm są dużym atutem. Także dla nas.

 

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj