szukaj
Dobre wieści z Azji
Nie tylko Mumbaj
Krzepiące wiadomości z Kaszmiru, Bangladeszu i Sri Lanki
Tłumy na ulicach Bangladeszu
joiseyshowaa/Flickr CC by SA

Tłumy na ulicach Bangladeszu

W tle ataków w Mumbaju w Azji Południowej miały miejsce trzy krzepiące wydarzenia: wybory w indyjskim Kaszmirze (odbyły się bez przelewu krwi), wybory w Bangladeszu (mieszkańcy zagłosowali za „demokracją i umiarkowaniem"), i zdobycie przez rząd twierdzy Tamilskich Tygrysów na Sri Lance. Dają one odpór rosnącej groźbie terroryzmu i religijnym fundamentalizmom, zauważają obserwatorzy.

Armia do baraków, islam na wieś


W Bangladeszu świecka partia byłej premier Hasiny Wazed Rahman, Liga Ludowa (Awami), wygrała miażdżąco, zdobywając 263 miejsca w 299-osobowym parlamencie. W wyborach zagłosowało 70 proc. 140-milionowego kraju, w tym 51 proc. kobiet. To „śmiertelny cios zadany islamskim fundamentalistom", którzy zajęli raptem dwa fotele. Bangladeszowi pogratulował m.in. John McCain (to „prawdopodobnie najbardziej uczciwe wybory na świecie"), Unia Europejska, ONZ. Cieszy się również New Delhi, bo zwycięskie partie są tradycyjnie przyjazne Indiom. Obserwatorzy Zachodni dziwią się, że tak mało mówiło się o groźbie fundamentalizmu rodem z Bangladeszu, drugiego kraju na świecie pod względem liczby muzułmanów, pisze Financial Times. W kraju funkcjonuje przecież 65 tys. madrasów, skąd między innymi mogą wywodzić się dżihadyści, łatwo przenikający przez granice jako pracownicy najemni. Kilka grup separatystycznych, które niepokoją Indie, używa terytorium Bangladeszu jako swojej bazy. Co więcej, indyjski wywiad twierdzi, że to przystanek dla terrorystów szkolonych w Pakistanie, którzy często biorą udział w atakach terrorystycznych w Indiach.

Separatyści do Pakistanu

Indie otrąbiły również „schyłek separatyzmu" w indyjskim Kaszmirze, gdzie wyborcy masowo poszli do urn, ignorując wezwanie grup separatystycznych do bojkotu wyborów. Tradycyjnie liczniej stawili się mieszkańcy Dżammu zamieszkanego przez hindusów, ale także muzułmańska większość Kotliny Kaszmirskiej tym razem nie siedziała w domu. „Najwyraźniej separatyści rozmijają się z nastrojami ludzi", komentują z ulgą obserwatorzy. Zwykli Kaszmirczycy zagłosowali w końcu za „elektrycznością, drogami i wodą", dając sygnał, że mają dość trwającej od 60 lat krwawej walki wyzwoleńczej. Do urn poszli z własnej woli, nie doprowadzani przez indyjską policję i wojsko - i nie zatrzymywani przez antyindyjskich bojowników. Podobno widziano nawet głosujących działaczy najbardziej nieprzejednanej grupy separatystycznej, Jamaat-e-Islami. To znak, że religijni fundamentaliści chcą spróbować rozwiązań politycznych, interpretują niektórzy.

Tygrysy do dżungli


Tymczasem na Sri Lance armia rządowa zdobyła miasto Kilinoczi, bastion Tamilskich Tygrysów, walczących o wolny Ilam. Tak jak z IRA - to polityczny koniec Tygrysów. Pewnie będą się jeszcze odzywać z dżungli, ale kurczą im się zapasy broni i amunicji, stracili dużą część kadry, a dzięki międzynarodowemu frontowi antyterrorystycznemu odcięto im dostęp do środków finansowych. Zadowoleni powinni być wszyscy: zmęczeni wojną cywile, Kolombo, New Delhi, i inne kraje, zainteresowane spokojem w strategicznym regionie. Przy okazji warto zauważyć, odnotowuje Asia Times Online, że Indie testują tu nową strategię, którą zresztą podpatrzyły u Chińczyków: od polityki siły przechodzą do „miękkich wpływów" i tworzenia zależności gospodarczych.

Pozostaje kilka pytań o miękkość tych wpływów. Na przykład: czy Kaszmirczycy przestali traktować Delhi jak okupanta, a Tamilowie przestali popierać LTTE i razem z resztą świata będą się od teraz brzydzić terroryzmem? Niektórych dręczą wątpliwości.

Opinia publiczna w Indiach czuje odrazę do Tamilskich Tygrysów, szczególnie od kiedy w 1991 roku Tamil zamordował syna Indiry Gandhi, byłego premiera Rajiva Gandhiego. A po atakach w Mumbaju Hindusi jasno życzą sobie rozprawienia się z terrorystami obcego chowu. Kolombo doskonale zdaje sobie sprawę z korzystnej wartości PR-owej, jakiej dzięki temu nabrała rozprawa z Tygrysami, i pozwoliło sobie przy tym na masowe naruszenie praw człowieka. Opinia światowa tego nie odnotowała. Ale żeby LTTE faktycznie straciło poparcie wśród Tamilów, Indie, które wyszkoliły i wyposażyły lankijską armię do tej ofensywy, muszą zaproponować wiarygodne rozwiązanie sytuacji tamilskiej mniejszości, na przykład zagwarantowanie im równych praw w lankijskiej konstytucji, proponuje Bhadrakumar. Póki co, rząd na Sri Lance mobilizuje syngaleski szowinizm (Syngalezi to naród zamieszkujący głównie południe wyspy, pozostający w konflikcie z Tamilami).

Indie popełniają też błąd sądząc, że dominacja w Kaszmirze równa się zwycięstwu, normalność za drutem kolczastym jest normalna, a milczenie ludzi to przyzwolenie na to, co robi w Kaszmirze pół miliona indyjskich żołnierzy, ostrzega indyjska pisarka Arundhati Roy, ostro krytykowana w Indiach za opowiadanie się po stronie islamskich separatystów. Zaledwie klika miesięcy temu w indyjskim Dżammu i Kaszmir odbyły się największe protesty od 1989 roku, podczas których skandowano obelgi pod adresem Indii i hasła „Chcemy wolności! Niech żyje Pakistan". Niektórzy obserwatorzy obawiali się wtedy, że Indie są na krawędzi utraty prowincji. Czym w takim razie zawiniła indyjska demokracja, że ludzie jej tak nienawidzą? Może tym, że prowadzi jedną z największych okupacji wojskowych na świecie i nadal nazwa siebie demokracją, sugeruje Roy.

W najnowszym numerze POLITYKI

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj