Irakijczycy zagłosowali - można ich już zostawić samym sobie?
Irackie wybory
Ostatniego dnia stycznia w Iraku wyłaniano władze do 14 z 18 rad prowincji. Świat obiegły zdjęcia Irakijczyków pokazujących palce unurzane w tuszu na znak, że głosowali. Czy to także sygnał, że Irak można już zostawić samemu sobie?
myglesias/Flickr CC by SA

„Ludzie nie zdają sobie sprawy, jak bardzo religijnym państwem stał się Irak w ciągu kilku lat okupacji. Tak jak Iran jest świeckim społeczeństwem z religijnym rządem na czele, tak Irak będzie religijnym społeczeństwem z religijną władzą. Prawo lokalne będzie ponad narodowym, a dwa super-regiony, kurdyjski i szyicki, stworzą luźną federację", przewidywał po wyborach w 2005 r. Patrick Cockburn, wieloletni korespondent Financial Times i The Independent w Iraku.
 
Dziś prasa wróży coś zupełnie innego: „Sobotnie wybory lokalne pokazały, że Irakijczycy odrzucili wpływy partii religijnych dążących do podziału kraju"; „Irak nie jest już zagrożeniem dla sąsiadów, regionu i świata. Stany Zjednoczone odniosły sukces w transformacji agresywnego, autokratycznego państwa w państwo przyjazne i zmierzające ku pełnej samodzielności".

Z przeglądu prasy wynika, że w Iraku miały miejsce przynajmniej trzy doniosłe wydarzenia. „Mogę powiedzieć z przekonaniem, że opanowaliśmy już tę całą demokrację", donosi jeden z irackich blogerów. Po pierwsze, porażkę poniosła kontrolująca poprzednio Bagdad Najwyższa Rada Islamska Iraku, zrzeszająca religijnych szyitów. W dwóch kluczowych częściach kraju - w Basrze na południu i w Mosulu na północy - ludzie zagłosowali za bezpieczeństwem i scentralizowanym państwem, oddając głos na szyicką, ale świecką partię Dawa związaną z premierem Nuri al-Malikim. „Ten relatywny sukces partii świeckich może być sygnałem, że znacząca liczba Irakijczyków jest rozczarowana partiami religijnymi", pisze New York Times: były u władzy, ale niewiele zrobiły dla zapewnienia niezbędnych usług socjalnych.

Wybory są także barometrem popularności samego Malikiego, sprawującego urząd od prawie trzech lat. Jeszcze dwa lata temu uważany był przez wielu Irakijczyków za amerykańską marionetkę - teraz cieszy się renomą tego, który zmusił Amerykanów do wycofania się z Iraku do końca 2011 r. Zyskał także popularność jako „wybawca Basry". Jego zeszłoroczna wojskowa rozprawa z duchownym szyickim Muktadą al-Sadrem przysporzyła mu wielu zwolenników obawiających się terroru szyickich szwadronów śmierci.
 
Ale przede wszystkim wygrana Malikiego to wskazówka, jakiego państwa chcą Irakijczycy: silnego i scentralizowanego. Przegrana Najwyższa Rada Islamska Iraku zamierzała stworzyć na południu kraju, gdzie znajduje się większość złóż ropy, federację kilku szyickich prowincji niemal niezależnych od rządu w Bagdadzie (na wzór federacji trzech prowincji kurdyjskich na północy). „To »nie« dla luźnego federalizmu", ocenia wyniki wyborów The Guardian.

Czyja Niniwa?

W każdych wyborach są jednak przegrani - a przegrani nie zawsze godzą się z porażką. Kim są przegrani w tych wyborach? Można to szybko policzyć. Frekwencja w zamieszkanych przez arabskich sunnitów prowincjach wzrosła z około 15 proc. (w wyborach w styczniu 2005 r.) do 40 i nawet 65 proc. Tymczasem frekwencja w całym kraju była niższa niż się spodziewano, co wskazuje na mniejszy udział irackich Kurdów i arabskich szyitów. Zwycięstwo premiera Nuriego al-Malikiego i związanych z nim partii świeckich zapewni więc reprezentację arabskim sunnitom, dotychczas nieobecnym w oficjalnych władzach i walczącym o wpływy na ulicach za pomocą karabinów. Wstępne wyniki wskazują, że sunnici będą mieli w Mosulu trzy czwarte deputowanych. I to wybory, a nie karabiny, okażą się ich bronią przeciwko irackim Kurdom.

Niechęć jednych do drugich ma dłuższą historię. Od 1960 r. Kurdowie walczą o autonomię w Iraku, którą uzyskali wraz z interwencją Amerykanów. „Od czasu upadku Saddama, Kurdowie są jak nowo narodzeni", mówił reprezentant autonomicznego kurdyjskiego rządu gazecie Berliner Zeitung. Amerykańskich żołnierzy nie nazywają „okupantami", jak często gdzie indziej w Iraku, ale „gośćmi".

Kurdowie, którzy wcześniej skorzystali na powszechnym arabskim bojkocie wyborów, są teraz wypierani z północy Iraku. W Mosulu rozgrywa się batalia o przyszłość całej bogatej w ropę prowincji Niniwa: Arabowie nie chcą dopuścić do przyłączenia jej do trzech autonomicznych prowincji kurdyjskich. Szyicki premier Maliki podobno już poparł Arabów z Niniwy i próbuje oczyścić armię z kurdyjskich oficerów, których oskarża się o działanie w interesie Kurdów. „Jeśli Bagdad poprze arabskich nacjonalistów, rozpęta się konflikt między Kurdystanem a rządem centralnym", ostrzegają obserwatorzy.
 
Rachunek zysków i strat

Amerykanie zadają więc sobie pytanie: „Co osiągnęliśmy?" Konserwatywny amerykański portal Real Clear Politics nie ma wątpliwości, że w Iraku wygrywa Ameryka: „zabitych terrorystów i bojowników al-Kaidy można wywozić ciężarówkami - razem z resztą zbrojnych buntowników przeciwnych rządowi Iraku, który wspieramy naszą krwią i dobrobytem". I cytuje Osamę ibn-Ladena: Ludzie stawiają na wygrywającego konia. Ponieważ to Ameryka jest wygrywającym koniem w Iraku, można się spodziewać się, że młodych Irakijczyków nie będzie już ciągnęło w szeregi islamskich terrorystów. I to jest sukces.

Noam Chomsky, znany krytyk polityki zagranicznej USA, także uważa wybory w Iraku za sukces, choć nie Ameryki: „To, co zdarzyło się w Iraku jest niezmiernie interesujące i ważne, choć zrozumiało to tylko kilku doświadczonych korespondentów. Miał tam miejsce niezwykły pokojowy ruch oporu, który zmusił Stany Zjednoczone do stopniowego wycofania się z celów tej wojny, przynajmniej formalnie".

Weteran wojny w Wietnamie i konserwatywny krytyk wojny w Iraku, Andrew Bacevich, pisze tak: „Prawdziwym powodem, dla którego administracja prezydenta Busha interweniowała w Iraku było założenie, że obalając Saddama zapoczątkujemy szybką i efektywną transformację irackiego społeczeństwa we w miarę liberalne, nowoczesne i spójne państwo, a sukces ten będzie stanowił dobry przykład dla innych muzułmańskich społeczeństw. Jak dla mnie to dziwaczny pomysł. Nawet jeśli jutro ogłosimy zwycięstwo, ta wojna nie jest wzorem na, cytuję, »transformację Bliskiego Wschodu«".


 

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj