Niepodległe Kosowo po roku
Smak wolności
Rok po proklamowaniu przez Prisztinę niepodległości po stronie zysków można zapisać z pewnością jedno: nie doszło do wojny domowej, choć tragedia była blisko

Rok po proklamowaniu przez Prisztinę niepodległości po stronie zysków można zapisać z pewnością jedno: nie doszło do wojny domowej, choć tragedia była blisko. W Kosowskiej Mitrovicy, enklawie zamieszkałej przez serbską mniejszość, zaciekłe walki trwały przez wiele tygodni. Ale do starć, bardziej lub mniej ostrych, dochodzi właściwie nieustannie. Mieszkający tu Serbowie nie respektują kosowskiej państwowości. Mówią po serbsku, maja własne prawo, sądy i policję, używają serbskiej flagi i posługują się serbskim dinarem. Podział Kosowa na część serbską i albańską nadal nie jest wykluczony. Nadal stacjonuje tu kilka tysięcy zagranicznych żołnierzy i policjantów. Bezterminowo.

Niepodległe Kosowo uznały 54 kraje, 22 z 27 państw Unii Europejskiej. Można zapytać: aż czy tylko. Państwo ma własna flagę, ale obywatele przywiązani są bardziej do barw albańskich. Prawem kaduka walutą miejscową jest euro, choć gospodarka praktycznie nie istnieje. Istnieje za to potężna szara strefa, trudniąca się zwłaszcza handlem narkotykami i ludźmi, prostytucją, handlem bronią, przemytem papierosów i wszystkiego, co daje się przemycać. Jak podał niedawno jeden z francuskich tygodników, kosowarzy biją niechlubne rekordy w statystyce kradzieży aut, napadów z bronią, zabójstw, stręczycielstwa, handlu kobietami, przodują w europejskim narkobiznesie. Bezrobocie w krainie przekracza 50 proc; to oficjalne dane, choć w rzeczywistości jest wyższe, bo pracy tu po prostu nie ma. Część ludności pozostaje na garnuszku mieszkających poza granicami krewnych i żyje dzięki potężnej międzynarodowej pomocy, czyli pompowanym do Kosowa pieniądzom. Korupcja jest powszechna. Władze nie mają żadnego pomysłu ani chęci żeby cokolwiek zmienić, choć zapowiedzi były szumne, a remedium na wszelkie bolączki miało się okazać ogłoszenie niezależności od Belgradu.

Wkrótce ma powstać własna armia, 2,5 tys. żołnierzy w służbie czynnej i 800 rezerwistów, szkolonych, uzbrojonych i odzianych także przez zagranicę, Niemców, Amerykanów i Brytyjczyków. Z pewnością będzie to przedłużenie misji okrytej złą sławą Wyzwoleńczej Armii Kosowa i nie przyczyni się do stabilizacji w regionie.

Krajem rządzą klany, one też czerpią dochody z ciemnych interesów, a status państwa jest nadal niejasny. Wciąż nie ma orzeczenia Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości, do którego odwołała się Serbia, przeciwna secesji Prisztiny, popierana zresztą przez Zgromadzenie Ogólne ONZ (rezolucja ZG ONZ stwierdzała, że Kosowo jest częścią integralną Serbii).

Bruksela w grudniu wysłała do Kosowa swą cywilną misję EULEX; 2 tys. prawników, policjantów i celników ma pomóc w zorganizowaniu normalnych struktur władzy, sądownictwa, walce z korupcją, wytyczeniu granic. Nie będzie łatwo, bo przeciwko misji wypowiedział się sam premier, Hashim Thaci; jego zdaniem, demokratycznemu Kosowu nie można narzucić żadnego planu, a unijna misja narusza suwerenność.

Można powiedzieć jedno: sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało.

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj