szukaj
Iran: między gospodarką konsumpcyjną a teokracją
Dwa światy
30 lat po rewolucji Ajatollah Chomeini nadal spogląda na Irańczyków z ulicznych billboardów i banknotów w każdej kieszeni. Ale dwie trzecie 70-milionowego narodu ma mniej niż 30 lat i nie pamięta obalenia szacha. Co ich gryzie? Nadal rewolucja?
Iran nowoczesny
Amir Farshad Ebrahimi/Flickr CC by SA

Iran nowoczesny

Iran tradycyjny
Amir Farshad Ebrahimi/Flickr CC by SA

Iran tradycyjny

„Zostałam zaproszona na wieczorny piknik w parku Mellat. Było nas 9 dorosłych, trzech nastolatków i grupa dzieci. Usiedliśmy pod drzewem na przyniesionych dywanach. Wszyscy wyciągnęli kanapki, owoce i butelki z alkoholem zamiast Coli. »Pijecie w miejscu publicznym i nie boicie się policji moralnej?!«". Shaya Nourai, która spędziła w Teheranie kilka tygodni w ramach badań nad „międzykulturową konsumpcją", odkryła, że Irańczycy coraz bardziej otwarcie łamią zakazy islamskiej republiki.

Iran zaskakuje zachodnich gości swobodą obyczajową. „Tapirowane włosy wystające spod chustki, okulary w stylu Paris Hilton, kompletnie niepraktyczne buty, długie paznokcie, obcisłe spodnie, krótkie płaszcze i mocny makijaż" - tak ubierają się dzisiaj Iranki, co zaczyna martwić amerykańskie feministki. Zakochani świętują walentynki niemal jak w Europie: sklepy sprzedają czerwone gadżety, na ulicach pary trzymają się za ręce, zapełniają się kawiarnie. Kilka lat temu - nie do pomyślenia. Rząd początkowo potępiał importowane święto, ale w 2004 r. niektórzy politycy zrobili zaskakującą woltę i po raz pierwszy użyli walentynek w kampanii wybiorczej, po to, by przyciągnąć głosy młodzieży.

Na ulicy handlowej Suhrawardi w Teheranie można tu kupić wszystko: od taniej porcelany po włoski design w kosmicznych cenach, odnotowuje Nasrin Alavi, autorka książki „We are Iran". Tu spotyka się Wschód z Zachodem, oczywiście pół-legalnie. Szara strefa kwitnie. Według oficjalnych danych w ostatnich miesiącach import wzrósł o 30 proc. (90 proc. więcej samochodów i 50 proc. więcej pralek). Mimo, że obowiązują sankcje, centra handlowe zalane są towarami z Ameryki, a niektóre sklepy sprzedają wyłącznie amerykańskie marki, na dodatek z gwarancją. Klientki gotowe są zapłacić astronomiczne sumy, by kupić kawałek Zachodu.

"Myślisz, że Iran zatraci swoją kulturę?", dopytuje badaczka. „Teheran jest podzielony", odpowiada nastolatek z Teheranu, „Północ kupuje Nike, umawia się z dziewczynami przez Internet, ogląda telewizję satelitarną. Południe Teheranu nie ma dostępu do tych rzeczy i dlatego się nie zmienia".

Iran B


Niektórzy twierdzą, że zachodni dziennikarze zbyt często chodzą na party w północnym Teheranie. Życie nie wygląda tylko tak jak tam.

Al Jazeera wybrała się więc na irańską prowincję, żeby sprawdzić, czy tam duch rewolucji się utrzymał. Faktycznie, im dalej od miasta, tym lepsza opinia o prezydencie Ahmandinedżadzie, który zajął się irańską wsią, zapomnianą od czasów szacha. Pięć lat po wyborze prezydenta mieszkańcy zaścianka Iranu nadal uważają, że dobrze wybrali. Wielu z nich skorzystało z rządowego programu szybkich pożyczek, za które mogą tanio wydzierżawić ziemię na 99 lat. Za szacha mieszkali w slumsach wokół miast.

Ahmadinedżad ma jednak wielu krytyków, także w Iranie. Na przykład były negocjator ds. programu atomowego, Hassan Rowhani, oskarżył go o roztrwonienie rezerw petrodolarowych i brak dalekosiężnych programów rozwojowych - no może poza sprowadzaniem pomarańczy, jabłek i grejpfrutów. Prezydentura oszczędnego Ahmadinedżada, zamiast sprawiedliwości dla biednych, którą obiecywał, przyniosła (ale tylko jemu) Ferrari i wille w ekskluzywnych dzielnicach, z miejscem na lądowanie helikopterów, krytykuje Alavi.

 

Wygląda więc na to, że Irańczycy żyją w dwóch różnych światach. W jednym śledzi się najnowsze trendy z Paryża, operuje nosy, ściąga muzykę z sieci i życzy sobie szybkiego odejścia populisty Ahmadinedżada, razem z policją moralną, mułłami i całą martyrologią, łącznie z solidarnością z Palestyną. W drugim Iranie Ahmadinedżad witany jest jak gwiazda rocka (choć, jako prezydent ludu, nie chodzi po czerwonym dywanie). Tłumy „czekające na Mehdiego" wdzierają się na jego samochód, by wrzucić swój list do prezydenta. Irańczycy napisali już 10 milionów takich listów - z prośbami, zażaleniami i zwierzeniami, na które odpowiada specjalne prezydenckie biuro. Peter Lom, reżyser z Kanady, naraził się na oburzenie publiczności na właśnie zakończonym międzynarodowym festiwalu filmów Berlinale, robiąc film z trasy Ahmadinedżada po kraju, w którym pokazał wiwatujące na jego widok tłumy. Na pytanie, ilu jest religijnych muzułmanów w Iranie, odpowiada: „Taksówkarze mówią, że 20 proc.". A na poważnie? Nie wiadomo. Bo jak naprawdę religijni są ci ludzie, którzy skandują „śmierć Ameryce i Izraelowi"? Czy chodzi im o śmierć Amerykanów, czy o respekt dla Iranu? Dali się zmanipulować, boją się mówić otwarcie, czy naprawdę wierzą, że prezydent dotrzyma obietnic? Lom aż tak głęboko nie zagląda im w dusze, chociaż udało mu się wyciągnąć z nich także krytykę: „Prezydent jest jak rolnik, który sieje, ale nie podlewa", mówi ktoś z tłumu. A ktoś inny dodaje: „Jego zarządzenia nie są realizowane". Krytycy zgadzają się w jednym: trudno jest sformułować jednoznaczną ocenę polityki kraju, w którym pragmatyzm, religijne praktyki, polityczne strategie i manipulacja przenikają się nawzajem.

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj