szukaj
Następny papież z Afryki?
Czarny scenariusz
Benedykt XVI odwiedza właśnie Kamerun i Angolę. Czy papież spoza Europy, na przykład z czarnej Afryki, wzmocniłby Kościół XXI w.?

Możliwe, że następnym papieżem będzie czarny – powiedział czarny katolicki biskup amerykański Wilton Gregory. Od razu dodał, że oczywiście po jak najdłuższym pontyfikacie Benedykta XVI. Możliwe nie znaczy pewne. Spekulacje o czarnoskórym papieżu pojawiły się dawno, ale wróciły po wejściu Obamy do Białego Domu. Przełamana została pewna psychologiczna bariera nie tylko w sferze świeckiej.

I nie ma tu znaczenia, zarówno w Kościele, jak i w polityce, że Obama jest Mulatem i w sensie historycznym nic go nie łączy z Afroamerykanami. Nie jest potomkiem czarnych niewolników przygnanych do Ameryki, wychowywał się na Hawajach, w Indonezji, w stanach kontynentalnych, a nie na amerykańskim południu. Z drugiej strony pracował przecież z czarnym proletariatem w Chicago, gdzie poznał swą czarną żonę. Ze strony rasistów doznał nieraz upokorzeń takich samych jak stuprocentowy czarny. Prawda, że nie wszyscy czarni od początku uznali Obamę za wartego ich głosu, za swojego. Wielu ludzi, szczególnie młodszych, deklaruje, że kolor skóry, rasa, nie ma dla nich żadnego znaczenia. Jednak życie nie jest takie proste.

Nawet wspomniany biskup Gregory (były szef konferencji episkopatu USA) nie zachęcał katolików amerykańskich do głosowania na Obamę, lecz nie dlatego, że uważał go za zbyt mało czarnego, tylko za zbyt liberalnego, zwłaszcza w kwestii aborcji. Ale kiedy pod koniec kampanii Obama stał się idolem także większości Afroamerykanów, rozważania na temat jego koloru skóry i białej rodziny, w której się wychowywał, zeszły na plan dalszy.

Czy podobne przeszkody może napotkać w przyszłości czarnoskóry książę Kościoła uznany za papabile, godnego urzędu papieża? Niewykluczone, choć fakty są takie, że nawet w plotkach i przeciekach z konklawe nie pojawiło się dotąd nazwisko czarnego kandydata, który by zebrał znaczącą liczbę głosów braci kardynałów, w tym kilkunastu czarnoskórych Afrykanów. Co innego giełda spekulacji w mediach i wśród prałatów.

Papabile z Afryki

Przed laty na liście papabili krążyło nazwisko Bernardina Gantina z Beninu, za Jana Pawła II watykańskiego ministra do spraw biskupów. Po śmierci Jana Pawła I (1978 r.) był jednym z poważnych kandydatów na jego następcę. Zmarł w 2008 r. Przed konklawe po śmierci papieża Wojtyły (2005 r.) wśród papabili wymieniano innego Afrykańczyka – Francisa Arinze z Nigerii (ur. 1932 r.). Przyciągał uwagę mediów nie tylko życiorysem (w wieku dziewięciu lat przeszedł z rdzennej religii afrykańskiej, animizmu, na katolicyzm, za jego przykładem to samo uczynili później jego rodzice), lecz także dorobkiem w służbie Kościoła. Przez długie lata za pontyfikatu Jana Pawła II był szefem papieskiej rady dialogu między religiami.

Nigeria to wielki i ważny kraj czarnej Afryki, gdzie połowa mieszkańców wyznaje islam. Ma więc Arinze doświadczenie bardzo przydatne w dzisiejszych czasach: doświadczenie koegzystencji chrześcijan z muzułmanami. A od tego, jak ułożą się stosunki między katolicyzmem a islamem, zależy w pewnym stopniu spokój w świecie.

Arinze, jak wielu, nie tylko katolickich, czarnoskórych duchownych afrykańskich wysokiego szczebla ma bardzo ortodoksyjne poglądy i raczej nie toleruje nowinek religijnych. Jest np. przeciw sztucznej antykoncepcji, choć czarną Afrykę wyniszcza pandemia AIDS. (Ale zdarzają się czarni duchowni katoliccy, nawet wśród kardynałów, którzy w obliczu tej katastrofy mówią publicznie, że używanie prezerwatyw w małżeństwie powinno być przez Kościół dopuszczone). Tak samo jak większość czarnych hierarchów anglikańskich z Afryki, katolik Arinze nie aprobuje homoseksualizmu, aborcji, eutanazji, rozwodów. Z drugiej strony pochwala to, co uważa za wielkie w innych religiach, włącznie z judaizmem, i uchodzi za szczerego zwolennika szukania tego, co je łączy.

W 2005 r. kardynałowie nie zdecydowali się na krok tak odważny jak trzy lata później Amerykanie z Obamą. Następcą papieża Wojtyły został konserwatywny biały Europejczyk. Było zresztą dosyć jasne, że Kościół nie dojrzał jeszcze do papieża z tzw. Trzeciego Świata. Nie tylko do papieża z Afryki czy do papieża z Azji, lecz nawet do białego papieża Latynosa. I chyba nie tylko dlatego, że czarnoskórych katolików jest ok. 200 mln, a to zaledwie jedna piąta całego Kościoła. Ani nie dlatego, że nie ma precedensu. W pierwszych wiekach chrześcijaństwa Kościół rozkwitał w Afryce Północnej, skąd pochodziło trzech ówczesnych papieży (ale nie czarnych).

Kwiat kwiatów 

Nie brak katolików także w Europie, którym nie podoba się ta europocentryczność. Niekoniecznie dlatego, że Europa kojarzy im się z porządkami kolonialnymi. Prędzej dlatego, że niejako lekceważy ona zmieniający się układ sił w światowym katolicyzmie. Choć Europa jest wciąż nominalnie chrześcijańska, w tym katolicka, to w ostatnich dekadach to nie Europa tętni chrześcijańskim życiem, lecz Afryka i Azja. W Ameryce latynoskiej zaś katolicy masowo przechodzą do ruchów zielonoświątkowych. W tej sytuacji papież czarny czy żółty, a zwłaszcza papież Latynos byłby potężnym wsparciem dla Kościoła przyszłości.

Entuzjaści Benedykta XVI uważają tymczasem, że jego wybór na papieża był opatrznościowy. Umocnił kościelny konserwatyzm i orędowników katolickiej ortodoksji. I to jest właśnie dobre na przyszłość, uważają, bo w obecnych czasach zamętu tego pragnie coraz więcej ludzi zmęczonych ciągłymi rewolucjami. Nawet więc jeśli Benedykt popełnia gafy, to w sumie prowadzi Kościół we właściwym kierunku. Z takiej perspektywy wybór czarnoskórego czy Latynosa na papieża jest niepożądany, bo zawiera w sobie ryzyko destabilizacji, a tego konserwatyści nie lubią. Nikt przecież nie wie, co mógłby proponować katolikom XXI w. i całemu światu papież spoza Europy?

Nieprzewidywalność jest straszakiem dużo silniejszym niż słynna przepowiednia o czarnym papieżu: że po nim przyjdzie koniec świata. Czarnym papieżem nazywa się w Kościele zwierzchnika zakonu jezuitów. I może dlatego nie było nigdy papieża jezuity. Tu jednak chodzi raczej o kolor skóry – oliwkowy, czyli ciemny. A więc czarnoskóry papież miał zwiastować zbliżanie się kresu ludzkich dziejów. Tak przynajmniej uważali niektórzy interpretatorzy.

Przepowiednia powstała pod koniec XVI w., ale przypisano ją średniowiecznemu mnichowi irlandzkiemu świętemu Malachiaszowi. Miał on doznać wizji w XII w. w Rzymie i na tej podstawie sporządził wykaz wszystkich przyszłych papieży, aż do ostatniego. To proroctwo zostało spisane w formie ponad stu krótkich łacińskich sentencji, współczesnemu czytelnikowi kojarzących się ze sloganami reklamowymi. Na przykład flos florum, kwiat kwiatów. Zastępują one konkretne imiona, co pozwala autorowi uniknąć kompromitacji, a tych, którzy wierzą, że przyszłość można przewidzieć, zachęca do spekulacji.

Listę rzekomych papieskich kryptonimów zamyka Petrus Romanus, Piotr Rzymianin. Jego pontyfikat ma się zbiec z okresem najgorszych prześladowań Kościoła, upadku Rzymu i Sądu Ostatecznego, czyli z końcem świata. Przed Piotrem figuruje Chwała oliwki, Gloria olivae. Miłośnicy proroctwa przed ostatnim konklawe doszukiwali się tu zapowiedzi, że następcą Jana Pawła II (De labore Solis, Z pracy Słońca) zostanie wspomniany kardynał Arinze (oliwkowy kolor skóry) lub kardynał Jean Marie Lustiger, Francuz pochodzenia żydowskiego, zm. w 2007 r. (Izrael bywa nazywany drzewem oliwnym). A kiedy wybrano kardynała Ratzingera, tłumaczyli, że proroctwo się zgadza, bo symbolem benedyktynów, zakonu założonego przez św. Benedykta, imiennika papieża Ratzingera, jest gałązka oliwna.

Wygląda więc na to, że oliwka nie oznaczała czarnoskórego, pozostaje pytanie, czy Benedykt XVI jest przedostatni, a po jego raczej niedługim pontyfikacie przyjdzie Piotr Rzymianin i koniec świata, jak głosi proroctwo. Wybór imienia, jedynego na całej liście, jest znaczący: pierwszym biskupem Rzymu, papieżem, był święty Piotr, żaden z jego ponad 260 następców nie przybrał tego imienia z szacunku dla apostoła, za to pojawienie się Piotra jako ostatniego papieża spina klamrą historię Kościoła i świata.

Nowa energia 

Ewentualny wybór nie-Europejczyka na następcę Benedykta XVI istotnie niesie dla Kościoła nowe wyzwania, wcześniej nieznane. Zresztą, jak wspomniano wyżej, wcale niekoniecznie taki wybór niósłby jakiś ostry zwrot na lewo – przejęcie władzy w Kościele przez teologię wyzwolenia. Papież nie-Europejczyk byłby prawdopodobnie równie konserwatywny jak Ratzinger.

Ale niezależnie od swych poglądów niósłby też nową energię. Analogia z Obamą wydaje się oczywista. Nikt tak naprawdę nie mógł oczekiwać, że Obama zmieni radykalnie Amerykę i politykę amerykańską. Jednak w sensie psychologii społecznej ten wybór był prawdziwym przełomem rodzącym nowe nadzieje i redukującym przez to potencjał konfliktów na tle rasowym.

Podobnie mogłoby być w Kościele. A nawet już było i to niedawno, kiedy papieżem został Karol Wojtyła. Papież z dalekiego kraju za żelazną kurtyną był dla części katolików egzotyczny, jakby pochodził z innej planety. Budził podejrzenia, że skomunizuje Kościół lub, przeciwnie, że nasyci go antykomunistycznymi obsesjami. W istocie Jan Paweł II wniósł do Kościoła doświadczenie milionów wiernych żyjących w systemie państwowej walki z religią i tym mocniej stawał w obronie prawa do wolności religijnej. A ponieważ nie ma wolności religijnej bez politycznej, otworzył Kościół na ideę demokracji, szanującej zarazem prawa człowieka i wartości chrześcijańskie.

Papież nie-Europejczyk byłby znakiem nowego otwarcia w Kościele, a przez to znakiem dowartościowania katolików na innych kontynentach, ale także w Europie, gdzie nie brakuje wiernych gotowych na takie nowe otwarcie. W tym sensie czarny papież nie oznaczałby końca historii, lecz przeciwnie: odwrócenie nowej karty w jej księdze. Zmiana jest ryzykiem, ale stagnacja jest gorsza.

 

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj