Arab, czyli kto?
Arabia podzielona
Język? Kuchnia? Polityka? Co dziś definiuje Araba?
Arabowie są skłóceni
Giorgio Montersino/Flickr CC by SA

Arabowie są skłóceni

Kiedy arabskie ulice protestowały przeciwko operacji Izraela w Gazie, arabskie rządy zwlekały z komunikatem. „To milczenie jest metaforą: Arabowie mówią wspólnym językiem, ale pozostają skłóceni".

Czysta krew arabska

Według różnych definicji Arabowie to ci, którzy mieszkają w krajach arabskich; ci, którzy mówią po arabsku; albo ci, w których żyłach płynie arabska krew. Inni twierdzą, że Arabowie to przede wszystkim muzułmanie - bo nawet jeśli nie wszyscy Arabowie są muzułmanami i mniej niż 20 proc. muzułmanów na świecie to Arabowie, to historie Arabów i islamu są ze sobą nierozerwalnie związane. Językiem Koranu jest arabski. Muzułmanie w Chinach, Indonezji i Europie, których noga nigdy nie postała w kraju arabskim, poznają się więc języka Proroka, żeby zrozumieć jego nauki.

Jednak ani wspólna religia i język, ani historia, więzy rodzinne, kultura, kuchnia czy muzyka nie definiują arabskości w takim stopniu, jak polityka, twierdzi Faisal al Yafai w artykule wieszczącym koniec jedności Arabów. To, że Arabowie na całym świecie piją kawę po arabsku, jedzą humus i baklawę jest mniej ważne niż to, że solidaryzują się z Palestyną, a Nasera (który w połowie zeszłego wieku próbował zrealizować wizję zjednoczonych krajów arabskich) uważają za bohatera. Choć polityczne powinowactwo Arabów nie jest aż tak stare jak religia, już 200 lat temu pojawiło się przekonanie, że ich polityczne losy są ze sobą związane.

Dziś świat arabski, mierzony zasięgiem Ligi Państw Arabskich, zajmuje większą część planety niż Chiny i jest gęściej zaludniony niż Stany Zjednoczone. Ale mimo wspólnej „arabskiej krwi", doświadczenia arabskich narodów zdecydowanie się od siebie różnią, a interesy arabskich państw rozchodzą.

Kłótnie w rodzinie

Gdy Izrael atakował Hamas, arabskie ulice wprawdzie masowo protestowały, ale arabskie rządy czekały. „Sytuacja wśród krajów arabskich jest dość chaotyczna. To godne pożałowania i niebezpieczne", powiedział Sekretarz Generalny Ligi Państw Arabskich tuż przed spotkaniem organizacji w Kuwejcie, gdzie miały zapaść decyzje dotyczące reakcji na Gazę. Król Maroka Muhammad VI oświadczył, że ta żałosna sytuacja nie ma precedensu w historii wspólnych działań. Niektórzy twierdzą, że to po prostu retoryka.

Ale emir Kataru zwołał konkurencyjne spotkanie przywódców arabskich w swojej stolicy w Doha, które według wielu obserwatorów ujawniło kontury nowej konstelacji politycznej na Bliskim Wschodzie. Na szczyt przyjechało wprawdzie tylko 13 przedstawicieli z 22 członków Ligi, ale nieobecność także była wymowna. Zaproszenia nie przyjęły Egipt i Arabia Saudyjska, najwięksi sojusznicy Ameryki na Bliskim Wschodzie. Mahmud Abbas, popierany przez Zachód prezydent Autonomii Palestyńskiej, także nie przyjechał. Pojawili się za to prezydent Syrii i reprezentanci trzech radykalnych organizacji: urzędujący w Damaszku przywódca Hamasu Chaled Miszaal, Ramadan Abdullah Shallah z Palestyńskiego Dżihadu i przedstawiciel lewicowego, panarabskiego Ludowego Frontu Wyzwolenia Palestyny.Oraz prezydent Iranu, Mahmoud Ahmadinedżad.

Komentatorzy zauważają, że nawet tradycyjni sojusznicy Ameryki zaczęli używać ostrzejszego języka. Katar, przyjaciel USA i jedyny kraj Zatoki Perskiej, który utrzymuje stosunki handlowe z Izraelem, potępił interwencję w Gazie tak ostro, że właściwie dołączył do Syrii i Iranu, oceniają niektórzy.

Odsiecz sułtana

Kurs zmienia także Turcja, długoletni niearabski sprzymierzeniec Zachodu na Bliskim Wschodzie. Przez dziesięciolecia nie mieszała się do konfliktu arabsko-izraelskiego, pełniąc rolę mediatora. Za jej pośrednictwem od maja zeszłego roku rozmawiali ze sobą zaciekli wrogowie: Izrael i Syria. A jeszcze przed operacją w Gazie do premiera Erdoğana dzwonił lider Hamasu, domagając się, żeby wpłynął na Izrael.

Teraz analitycy w Waszyngtonie alarmują: Turcja już nie jest bezstronnym pośrednikiem. Okazuje otwarte poparcie dla Palestyńczyków, zwłaszcza dla Hamasu, a działania Izraela nazywa terroryzmem państwowym. Turecka opinia publiczna jest zbulwersowana Gazą; prasa pisze źle o Izraelu i donosi, że Turcy bojkotują izraelskie produkty (zaś turyści izraelscy przestali jeździć na wycieczki do Turcji).

Po tym jak Erdoğan ostentacyjnie opuścił Światowe Forum Ekonomiczne w Davos, na którym starł się z prezydentem Izraela Szymonem Peresem, niektórzy zaczęli nawet przedstawiać go jako zbuntowanego sułtana sprzeciwiającego się upokorzeniu bratnich muzułmanów.

Krajobraz po bitwie

Nir Rosen, amerykański reporter w Iraku, twierdzi, że kraje arabskie, z którymi Zachód ma dobre kontakty i które nazywa umiarkowanymi, są w oczach „arabskiej ulicy" kompletnie zdyskredytowane. Zachód może mieć o to pretensje sam do siebie, twierdzi Alastair Crooke, były mediator Unii Europejskiej z Hamasem i innymi organizacjami islamistycznymi. Arbitralne przyklejanie etykietek „umiarkowany" i „ekstremista" spowodowało, że skomplikowana rzeczywistość bliskowschodnia wymknęła się spod kontroli.

To, co się dzieje w obozach uchodźców irackich i palestyńskich w Syrii, Libanie, Egipcie daje pewne wyobrażenie o rozpadzie w społecznościach arabskich. 50 tys. Irakijczyków co miesiąc ucieka z Iraku z powodu czystek etnicznych, dołączając do wcześniejszych uchodźców palestyńskich. „Nawet mieszkańcy obozów nie do końca wiedzą who is who", twierdzi aktywista dokumentujący życie w koloni uchodźców palestyńskich Nahr al-Bared w Libanie, zniszczonej w 2007 roku przez libańskie wojsko z powodu rozprzestrzenienia się tam organizacji islamistycznej Fatah Al-Islam. Hamas na tym tle wydaje się całkiem umiarkowaną organizacją, która szukała rozwiązań politycznych i była gotowa rozmawiać z Izraelem, twierdzi Rosen. Po Gazie stał się jednak awangardą opozycji przeciwko Izraelowi i USA, co potwierdza Chaled Hroub, dyrektor Cambridge Arab Media Project. Każdy psycholog może wyjaśnić dlaczego.

Dziś nie ma znaczenia kto rządzi w Bagdadzie, kiedyś najważniejszym mieście Iraku, tłumaczy Rosen. Liczy się to, kto rządzi na ulicach. W każdym irackim mieście, ministerstwie i obozie uchodźców rządzi kto inny, za pomocą innej grupy zbrojnej. Amerykanie, sunnici, szyici, przywódcy klanów i sekt religijnych, zwykli przestępcy. Wieloletnie skłócenie Arabów stworzyło próżnię w politycznym przywództwie na Bliskim Wschodzie, konkludują znawcy regionu. Próżnię tę próbują zająć teraz dwa niearabskie kraje muzułmańskie: Turcja i Iran. Według doniesień „arabska ulica" akceptuje nowe przywództwo. Chociaż też zależy która ulica.

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj