100 dni prezydentury: Waszyngton wciąż zachwycony
Wiosna Obamy
Kraj podnosi się z kolan, kryzys gospodarczy traci na sile, a nowy prezydent pokazuje Amerykanom, że można inaczej.

Na biurowcach wzdłuż Pennsylvania Avenue wciąż wiszą powitalne transparenty. Pod Białym Domem podekscytowani turyści wypatrują w oknach Pierwszej Rodziny, a witryny sklepowe w centrum Waszyngtonu uginają się od prezydenckiej propagandy. Barack Obama jest wszędzie: na kubkach, szalikach, magnesach na lodówki i pudełkach miętusów, w złotych ramach, szklanych kulach i świetlistych aureolach. W każdej księgarni leży na wystawie kilkanaście książek o prezydencie, na stoiskach z prasą specjalne wydania gazet z dnia inauguracji.

George’a Busha nie ma i nigdy nie było. Jedyny ślad po poprzedniku Obamy to wysyp spóźnionych książek o fiasku wojny w Iraku i źródłach kryzysu finansowego, ale bohater tych wydarzeń pozostaje dziwnie nieobecny. Ameryka nie rozlicza swoich przywódców w sądach, ale w sposób bezwzględny wymierza najsurowszą karę, jaka może spotkać polityka: skazuje na zapomnienie, banicję ze świadomości zbiorowej. Dziś trudno sobie wyobrazić, by Bush mógł z niej kiedykolwiek powrócić, funkcjonować w życiu publicznym jak Bill Clinton.

100 dni po inauguracji Waszyngton wciąż zachwyca się Obamą. Spindoktorzy podziwiają jego talent do uwodzenia wyborców, lobbystów fascynuje wprawa, z jaką przekłada dźwignie władzy w stolicy, dziennikarze są zauroczeni jego osobowością i stopniem kontroli, jaką sprawuje nad przekazem medialnym. Sam Obama, choć od trzech miesięcy mieszka pod najbardziej prestiżowym adresem w mieście, wciąż jest tutaj kimś nowym i ostrożnie zaznacza swoją obecność. Wie, że nie może zostać waszyngtończykiem, jeśli chce wygrać następne wybory.

Nietykalny prezydent

Wśród zwolenników otacza go kult nieporównywalny z niczym, czego może doświadczyć europejski polityk. Dla nich Obama jest nietykalny, na najmniejszą krytykę pod jego adresem odpowiadają gwałtowną obroną. W tej postawie odbija się żywiołowy stosunek Amerykanów do demokracji: chcą bezgranicznie wierzyć w swoich przywódców, podejrzliwi stają się dopiero wtedy, gdy są po temu powody. Do tego ostatnie wybory miały dla demokratów wymiar niemal biblijny – po ośmiu latach Busha liberalna Ameryka wybrała swojego odnowiciela, w dzień inauguracji wprowadziła go na polityczne ołtarze, a teraz adoruje licząc, że w ten sposób pomoże mu pokonać kryzys.

O wiele trudniej znaleźć w Waszyngtonie jawnych przeciwników prezydenta. Z poparciem na poziomie 61 proc. Obama jest zbyt popularny, by republikanie chcieli go frontalnie atakować, zwłaszcza że ich własna partia jest w rozsypce. Od przegranych wyborów dryfuje bez jasnego programu i przywódcy, odwracają się od niej nawet konserwatywni wyborcy, a utożsamia z nią już tylko 27 proc. Amerykanów. Honory antyobamowskiej opozycji pełnią więc konserwatywne media: publicyści telewizji Fox News i radiowy bulterier prawicy Rush Limbaugh.

Mimo tak korzystnej sytuacji politycznej bilans stu dni Obamy nie wypada zachwycająco. Prawda, nowy prezydent odziedziczył po poprzedniku najgorszy kryzys gospodarczy od czasów Wielkiej Depresji i zrujnowany wizerunek Ameryki w świecie. Ale miał też dwa miesiące, by przygotować się na przejęcie władzy, a do Białego Domu wszedł z ogromnym kapitałem zaufania w kraju i za granicą. Tymczasem odpowiedź Obamy na kryzys gospodarczy była pasmem prób i błędów, a jego wkład w niedawne szczyty G20 i NATO trudno uznać za przełomowy.

Od inauguracji minęły trzy miesiące, a Obama wciąż działa w trybie kampanijnym: wyborcy są dla niego ważniejsi od polityków, przemówienia lepsze od dokonań, a wdzięk przeważa nad treścią. U szczytu afery z premiami dla bankierów udał się w pięciogodzinny lot do Kalifornii, by nagrać swój występ w programie rozrywkowym Jaya Leno. Gdy republikanie wytknęli mu, że najwyraźniej nie ma czasu na poważne sprawy, Obama odpowiedział świętym oburzeniem. Ale trzeba było Kongresu, by wymyślił sposób na premie w postaci karnego podatku.

Na Kapitolu Obama otrzymał też najboleśniejszą lekcję. Krótko po inauguracji, wzorem Abrahama Lincolna, wyciągnął rękę do republikanów, proponując im rządy dwupartyjne w Kongresie. Ale pierwszej ustawy prezydenta, tzw. pakietu stymulacyjnego na wsparcie popytu w gospodarce, nie poparł żaden kongresman opozycji i tylko trzech republikańskich senatorów. Mało tego, jego własna partia dopisała do ustawy mnóstwo „wieprzowiny” wyborczej, czyli dotacji dla stanów, które Obama potępiał podczas kampanii. Wystarczyło sto dni, by jego obietnica zmiany zderzyła się z rzeczywistością. Nie tylko tą polityczną w Waszyngtonie.

Recesja w szpitalu

„Aukcja 300 domów w posiadaniu banków” – głosi billboard w centrum Atlanty. Tylko w marcu tutejsze banki wystawiły na sprzedaż 10 tys. nieruchomości zajętych w trybie komorniczym. Na bruku lądują lekkomyślni kredytobiorcy, ale też Bogu ducha winni najemcy mieszkań, których właściciele przeliczyli się w inwestycjach. Z braku kupców gwałtownie rośnie liczba pustostanów – już teraz Atlanta jest trzecim najbardziej opuszczonym miastem USA po Las Vegas i Detroit. A stolica Georgii to i tak jedna z niewielu poprzemysłowych metropolii, które mogą pochwalić się napływem ludności. I darmową służbą zdrowia dla nieubezpieczonych.

 

Szpital im. Grady’ego to najlepszy ośrodek medyczny na południu Stanów Zjednoczonych i jeden z niewielu w całym kraju, które leczą jeszcze biednych, bezrobotnych, nielegalnych imigrantów, bezdomnych i narkomanów. Z tego też powodu Grady balansuje dziś na krawędzi bankructwa – rzeczniczka spóźniła się na spotkanie, bo szpital zwolnił przed chwilą 150 osób, w tym całą jej ekipę prasową. Zwolnienia nie obejmują na razie personelu medycznego, ale i to jest nieuniknione.

Ostremu dyżurowi daleko do planu serialu „Grey’s Anatomy”. Przy wejściu bramka z detektorem metalu, na wypadek gdyby osoba towarzysząca chciała wnieść broń na oddział, kilku przywiezionych właśnie pacjentów pilnuje policja, musieli mieć jakiś zatarg z prawem lub są bezdomni. W salach nie ma miejsc, więc pacjenci, w większości czarni, leżą na korytarzach wzdłuż ścian. Z boku dwóch przykutych kajdankami za nogi do łóżek – Grady opiekuje się także lokatorami tutejszych więzień. Obaj na twarzach mają maseczki, podejrzenie gruźlicy.

Sposób działania amerykańskiej służby zdrowia jest prosty: jeśli masz ubezpieczenie, idziesz leczyć się do prywatnego szpitala, takiego jak w serialu. Jeśli nie jesteś ubezpieczony, żyjesz z chorobą tak długo, aż zacznie zagrażać twojemu życiu, a wtedy modlisz się, by lekarze zdążyli ją zdiagnozować, zanim umrzesz. Jeśli masz szczęście i mieszkasz w Atlancie, możesz pójść do szpitala wcześniej – w Gradym najlepsi lekarze wyleczą cię najnowszymi technikami z najgorszej choroby. O ile szpital do tego czasu nie zbankrutuje. Od 1972 r. nie wymieniono tutaj ani jednego z 933 łóżek szpitalnych. Tylko 2 proc. pacjentów płaci za leczenie, za pozostałych powinny płacić okoliczne hrabstwa. Ale władze lokalne nie są w stanie pokryć rachunku, zwłaszcza teraz, gdy topniejące wpływy podatkowe drenują miejskie budżety, zmuszając do zamykania szkół, posterunków policji i straży pożarnej. A do Grady’ego trafiają wszystkie poważniejsze urazy z terenu Georgii, swoich pacjentów zwożą tu helikopterami nawet Alabama i Karolina Południowa. Utrzymanie samej urazówki kosztuje 70 mln dol. rocznie.

Grady jest barometrem recesji w mieście: od jej wybuchu odnotował 20-proc. wzrost liczby pacjentów. Ludzie tracą pracę, a wraz z nią ubezpieczenie, zasilając szeregi mieszkańców zdanych na pomoc publicznego szpitala. Wśród stałych klientów są lekomani, którym nie można odmówić środków przeciwbólowych, i ofiary postrzeleń. Gangi dostarczają średnio pięciu pacjentów miesięcznie, wyrzucając rannych na podjeździe ostrego dyżuru. W tym samym budynku pracuje neurochirurg Sanjay Gupta, komentator medyczny CNN z kilkumilionową gażą i niedoszły lekarz krajowy w rządzie Obamy.

Czarne/ białe Południe

W Luizjanie nie skończyło się jeszcze ubiegłoroczne lato, nie widać też tegorocznej recesji. Błotnista Missisipi płynie powoli obok potężnej rafinerii ExxonMobil w samym środku Baton Rouge, 220-tys. stolicy stanu. Rafineria, drugi co do wielkości zakład petrochemiczny w USA, przetwarza codziennie 510 tys. baryłek ropy spod Zatoki Meksykańskiej. Ropa wprawdzie gwałtownie potaniała, ale Stany potrafią spalić jej dowolną ilość – w Ameryce jest już 250 mln aut, więcej niż praw jazdy. ExxonMobil nie tylko nie zwalnia, ale inwestuje właśnie 1 mld dol. w modernizację tutejszej rafinerii. I z uwagą śledzi plany Obamy w zakresie polityki klimatycznej.

Na Południu mało kto brał ryzykowne kredyty hipoteczne, tutejsze fabryki samochodów – japońskich i niemieckich – nadal są rentowne, nawet lokalny dziennik zarabia, na przekór tonącemu rynkowi prasy w reszcie kraju. Na fali prosperity Baton Rouge zafundowało sobie centrum, którego nigdy nie miało – trzy kwartały ulic obok rafinerii, po których można poruszać się pieszo, z chodnikami, kawiarniami, hotelem. Jeśli coś rozpala emocje miejscowych, to nie upadające banki, tylko huragany: Katrina, która zrujnowała położony nieopodal Nowy Orlean, i Gustav, który rok temu przeorał Baton Rouge.

Katrina wyniosła do władzy człowieka, który chce zastąpić Baracka Obamę w Białym Domu. W Luizjanie rządzi dziś Bobby Jindal, pierwszy gubernator indyjskiego pochodzenia i nadzieja amerykańskiej prawicy na nowe czasy. Republikanie bez Bushów są jak demokraci bez Clintonów – dawną partią władzy, w której z braku przywództwa władzę przejęła baza, w tym wypadku podstarzali biali konserwatyści. A to niezbyt kusząca alternatywa przy energicznym czarnym prezydencie, dlatego na swoją nową twarz wybrali 38-letniego Jindala, Amerykanina w drugim pokoleniu.

Tak naprawę na imię ma Piyush, ale Bobby brzmi lepiej w uchu konserwatywnych wyborców. Urodził się jako hinduista, ale dziś jest ultrakatolikiem i popiera nauczanie kreacjonizmu w szkołach. W lutym o Jindalu usłyszała cała Ameryka, bo jako jedyny gubernator odmówił przyjęcia części dotacji federalnych, należnych Luizjanie w ramach pakietu stymulacyjnego. To on wygłosił odpowiedź na doroczne wystąpienie Obamy w Kongresie, próbując bronić republikańskich ideałów małego państwa, niskich podatków i konserwatyzmu społecznego. Ale wyborców nie przekonał, a oponenci Jindala wytykają mu, że pcha się na krajową scenę polityczną, choć nie osiągnął nic we własnym stanie.

Kryzys gospodarczy może do Luizjany nie dotarł, za to kryzys społeczny tli się tutaj od dziesięcioleci. Biali wynieśli się na przedmieścia Baton Rouge, a nowe centrum oplata wieniec dzielnic czarnej biedy, jakiej nie widuje się w Europie. Wielodzietne rodziny siedzą na gankach wąskich, podłużnych baraków, łatanych blachą falistą. Nazywają je tutaj shotgun houses, bo można je przestrzelić jednym nabojem od drzwi frontowych po ogrodowe. Na podjazdach przerdzewiałe Chevrolety z lat 70., wokół każdego domu ogrodzenie, rzadkość w innych dzielnicach Baton Rouge. Cała tutejsza gospodarka to narkotyki i prostytucja.

W Baton Rouge żyje więcej czarnych niż białych, burmistrz jest czarny, ale klasa posiadająca już w całości biała. W miejscowej gazecie pracują niemal wyłącznie biali dziennikarze. Miasto ma dwa uniwersytety – na Louisiana State University uczą się głównie biali studenci, w prywatnym Southern University prawie sami czarni. Uczelnie zorganizowały wspólne zajęcia na temat stosunków rasowych, ale dwie trzecie uczestników to czarni – biali nie uważają, by rasa była ich problemem.

Brązowe obawy

Larry Brinkin i Wood Massi żyją razem od 25 lat, od 11 mają adoptowanego syna. Mężem i mężem zostali 20 września ubiegłego roku. Są jedną z 18 tys. par, czekających na wyrok sądu najwyższego stanu Kalifornia, który orzeknie o legalności małżeństw jednopłciowych. Dwa lata temu ten sam sąd orzekł, że definicja małżeństwa jako związku wyłącznie kobiety i mężczyzny jest sprzeczna z konstytucyjną zasadą równości. W zeszłym roku burmistrz San Francisco zaczął udzielać ślubów parom jednej płci, aż w listopadzie Kalifornijczycy zatwierdzili poprawkę do konstytucji, zakazującą takich małżeństw. Teraz sąd ma zdecydować, co jest ważniejsze: zasada równości wobec prawa czy wola ludu.

Kalifornia zawsze była forpocztą liberalnej rewolucji – to w San Francisco działał Harvey Milk, pierwszy amerykański polityk gejowski, zamordowany w 1978 r. przez katolickiego fanatyka. Dla Brinkina obecny proces to ciąg dalszy walki o desegregację i pełne prawa obywatelskie dla czarnych. Dla liberalnej lewicy małżeństwa jednopłciowe to jeden z głównych postulatów społecznych i przedmiot wojny kulturowej z religijną prawicą. Od zwycięstwa Obamy front tej wojny gwałtownie się przesunął. Sam prezydent jest przeciwny małżeństwom homoseksualnym, ale powrót demokratów do Białego Domu ośmielił ich zwolenników. Na początku kwietnia definicję małżeństwa poszerzył sąd najwyższy stanu Iowa, tydzień później to samo zrobił parlament Vermontu.

Homoseksualiści to najgłośniejsza, ale wcale nie najważniejsza mniejszość polityczna na Zachodnim Wybrzeżu. Benjamin Angulo jest chicano, Amerykaninem meksykańskiego pochodzenia, pierwszym w swojej rodzinie, który poszedł na studia i pisze doktorat z prawa. Gdy rok temu wracali z żoną z Europy, pogranicznik przepuścił Benjamina do kontroli paszportowej, ale Allison skierował automatycznie do kolejki dla imigrantów. On był wystarczająco jasny, by podejrzewać go o amerykański paszport, ona zbyt ciemna. Allison jest latina, jej rodzice urodzili się w Peru. Instytucjonalny rasizm to coś, z czym w swojej ojczyźnie stykają się na co dzień. I choć pomagali przy kampanii wyborczej Obamy, wątpią, by nowy prezydent mógł tu cokolwiek zmienić.

Kiedyś amerykańscy badacze stosunków rasowych straszyli białych sojuszem czarnych i brązowych, dziś to brązowi obawiają się koalicji białych z czarnymi przeciwko sobie. Od 2003 r. Latynoamerykanie są już liczniejsi od Afroamerykanów, a w 2050 r. będą stanowić jedną czwartą populacji USA. Wielu brązowych z niepokojem obserwuje polityczną asertywność czarnych po zwycięstwie Obamy i akceptację, jaka spotyka go ze strony białych. Dlatego mają do niego ambiwalentny stosunek: z jednej strony podziwiają Obamę jako polityka, którego sami nigdy nie mieli, z drugiej obawiają się, że czarny prezydent przesunie rasowy układ sił na ich niekorzyść.

Reżim Obamy

Południowa Dakota ma powierzchnię trzech czwartych Polski, ale cała jej ludność zmieściłaby się w Krakowie. Tutaj każdy jest zdany na siebie, swój samochód, swoją strzelbę, w najlepszym razie na sąsiadów, jeśli ma szczęście ich posiadać. Rancza są wielkie, bo hodowla bydła opłaca się już tylko na przemysłową skalę. Coraz więcej rolników sprzedaje rodzinne gospodarstwa korporacjom, te scalają je w wielkie rancza, a potem wynajmują zawodowych rolników do ich obsługi. Jednym z największych właścicieli ziemskich w okolicy jest założyciel CNN Ted Turner, który hoduje tutaj bizony.

Chris i Roxy mieszkają na ranczo niedaleko Pierre, 18-tys. stolicy stanu. Parterowy dom pośrodku prerii, jak okiem sięgnąć gołe pagórki, tu i ówdzie widać stada bydła, czasem mignie łania. Jeszcze kilka lat temu cała ta ziemia należała do ojca Roxy. Ale Harrisonowie nie są już kowbojami – Chris pracuje jako informatyk w szpitalu stanowym, Roxy w zrzeszeniu producentów zboża, jedna córka wyjechała do college’u, druga pojedzie w przyszłym roku. Ojciec Roxy sprzedał większość ziemi Indianom z pobliskiego rezerwatu, którzy powoli wykupują swoje plemienne posiadłości.

Harrisonowie nie kochają nowego prezydenta, o jego rządzie mówią „reżim Obamy”. Sami z dumą nazywają się ultrakonserwatystami i podkreślają swoją religijność – należą do Born-Again Christians, Ponownie Narodzonych Chrześcijan, niewyznaniowego Kościoła, którego najsłynniejszym członkiem jest George Bush. Ostro sprzeciwiają się aborcji i małżeństwom homoseksualnym, takie mają przekonania, ale nie ma w nich śladu ludowej zaściankowości ani pogańskiego zabobonu. Przy całym konserwatyzmie społecznym w życiu prywatnym są bardziej nowocześni i otwarci na innych niż niejeden polski katolik.

Harrisonowie mają w domu 14 sztuk broni. Dwa shotguny, kilka pistoletów, parę strzelb i broń sportową. Chris był na pierwszej wojnie irackiej, Roxy dorastała na farmie w Teksasie, więc jest obeznana z bronią. Córki zaczęły strzelać w wieku 6 lat, starsza trafia dziś na zawodach pięć celów w cztery sekundy. W lecie całą rodziną wychodzą na pastwisko, ustawiają działko do rzutków i strzelają na zmianę do lecących krążków. Strzelba przydaje się też na kojoty, czasem zapolują na sarny. Ale główny motyw to bezpieczeństwo.

Przestępca nie napadnie na dom, w którym jest broń. Przy dakotańskich odległościach na policję nie ma co liczyć, więc wszyscy są tutaj uzbrojeni. Po broń wystarczy pojechać do supermarketu w mieście, stoisko znajduje się na dolnym poziomie. Na ladzie stoi półautomatyczny karabin, za kontuarem rzędy strzelb, pod szkłem rewolwery z metkami na sznurkach. Mężczyzna przy kasie płaci właśnie za nowoczesnego shotguna. Przed zakupem wystarczy dać się sprawdzić w telefonicznym rejestrze FBI. Paczki z nabojami leżą na samoobsługowych regałach za rogiem, między spodniami a wędkami.

Harrisonowie robią zapasy amunicji. Jak inni właściciele broni w USA wiedzą, że Obama poparł kiedyś 500-proc. podatek na naboje, teraz obawiają się, że go wprowadzi. Spodziewają się też, że przywróci zakaz sprzedaży półautomatycznych karabinów. Dlatego od wyborów liczba zamówień na wojskowe karabiny w całym kraju skoczyła o 31 proc., w wielu sklepach brakuje amunicji, a jeśli jest, to znacznie droższa niż pół roku temu. Ale to najmniejszy problem na liście zastrzeżeń, jakie mają Harrisonowie do „reżimu Obamy”.

Tutaj nikt nie wzruszył się na widok inauguracji pierwszego czarnego prezydenta, za to wszyscy są wściekli na wielomiliardową pomoc państwa dla banków, koncernów samochodowych i lekkomyślnych kredytobiorców. Harrisonowie uważają, że Obama buduje w Ameryce socjalizm i będzie negocjował z terrorystami. I najważniejsze: czują się osaczeni przez liberałów. Wiedzą, że nowy prezydent chodzi do kościoła, ale nie są wcale pewni, czy jest religijny. A to ważne, bo jeśli Bóg nie będzie po stronie Ameryki, ich kraj czekają kłopoty. Dlatego wszyscy głosowali na Johna McCaina.

Nieukończony naród 

Obama nie pojedna gejów z Kalifornii z kowbojami z Dakoty, nie zlikwiduje dzielnic czarnej biedy w Luizjanie. Nie uratuje szpitala w Georgii. Nie zjednoczy nawet Waszyngtonu, bo wbrew retoryce pojednania dzieli wyborców najbardziej spośród prezydentów ostatnich 40 lat. Republikanie nie chcą uczestniczyć w jego rządach, a demokraci ani myślą dzielić się władzą – dostrzegli w kryzysie szansę na postępową rewolucję w Ameryce, odpowiednik neoliberalnej rewolucji Reagana i nieudanej, neokonserwatywnej Busha. Ale Obama nie pała żądzą ideologicznego odwetu, a to skazuje go na konflikt z własną partią.

Fakt, że demokraci mają większość w obu izbach, nie oznacza bynajmniej, że Kongres stał się maszynką do głosowania prezydenckich ustaw. Na Kapitolu nie obowiązuje dyscyplina partyjna, członkowie obu izb głosują zgodnie z interesami swoich okręgów, a amerykańscy wyborcy trzymają swoich przedstawicieli na bardzo krótkiej smyczy. Śledzą głosowania, przed ważną decyzją potrafią zasypać kongresmana 600 tys. listów, e-maili i telefonów, a jeśli zagłosuje nie po ich myśli, mogą go szybko ukarać – wybory do Izby Reprezentantów odbywają się co dwa lata. Najbliższe w 2010 r.

Jeśli Obama chce przeprowadzić przez Kongres którykolwiek ze swych wielkich projektów – reformę służby zdrowia, system handlu emisjami lub reformę szkolnictwa – będzie musiał zrobić to jeszcze w tym roku, nim kongresmani rozpoczną swoje kampanie. W Senacie czeka go kolejna przeszkoda: nawet gdyby wszyscy demokraci głosowali pod dyktando Białego Domu, nie zbiorą dość głosów, by oddalić tzw. filibuster, rodzaj proceduralnego weta, przysługującego opozycji. Obama będzie musiał wydać sporo „wieprzowiny”, by zdobyć brakujące republikańskie głosy.

Dlatego na razie próbuje rządzić bez Kongresu i utrzymać obywatelską koalicję środka, która wprowadziła go do Białego Domu. Jako prezydent samych demokratów nie wygra drugiej kadencji, a bez niej jakikolwiek poważniejszy projekt reformatorski jest w Ameryce niewykonalny. Tym projektem będzie zapewne nowy system ubezpieczeń, by opieka zdrowotna, największa bolączka Amerykanów, była wreszcie dostępna dla wszystkich. Ale żeby wcielić go w życie, prezydent będzie musiał przejść od słów do czynów i zawrzeć polityczne kompromisy, których dotychczas unikał.

Amerykanie mówią o sobie, że są „nieukończonym narodem”, a sama Ameryka tyglem tradycji, kultur, stylów życia i obyczajów. Tylko od pewnego czasu ten tygiel nie działa, mieszanka nie łączy się w jednorodną masę. Tak jak globalizacja ujednoliciła resztę świata, tak w Ameryce wyostrzyła wewnętrzne różnice i podziały, czego wyrazem jest polaryzacja polityki. Na dodatek ostatnia dekada podważyła filary powojennej tożsamości Amerykanów – poczucie nietykalności terytorialnej, przywództwa moralnego i wyższości ekonomicznej. To dlatego rządy Busha były narodową traumą, a ostatnia kampania wyborcza zamieniła się w wędrówkę w głąb skołatanej amerykańskiej duszy.

Obama wygrał, bo zdołał ją pokrzepić. Amerykanie są dumni tyleż z niego, co z samych siebie, z tego, że zdobyli się na wybór pierwszego czarnego prezydenta. Ale ten przełom wykracza daleko poza kwestie rasowe – to afirmacja społecznych mniejszości jako głównego budulca amerykańskiej zbiorowości, a zarazem zmierzch politycznych większości, które od 200 lat kierowały życiem publicznym Ameryki. Obama jest ikoną, bo ucieleśnia nową tożsamość narodową, opartą tyleż na wspólnocie ideałów, co na doświadczeniu życia w mniejszości – rasowej, etnicznej, obyczajowej czy światopoglądowej. To dlatego Amerykanie już dziś widzą w nim kogoś więcej niż tylko kolejnego prezydenta USA. Jeśli ta tożsamość się przyjmie, powstanie Ameryka Baracka Obamy.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj