Fareed Zakaria - Ameryka i reszta
Mecz z resztą świata
Rozmowa z Fareedem Zakarią, amerykańskim znawcą polityki międzynarodowej, autorem „Końca hegemonii Ameryki”

Marek Ostrowski: – Zacznijmy od początku pańskiej kariery. To Ameryka, a nie kto inny okazała się na tyle silna i atrakcyjna, aby pozyskać do pracy młodego hinduskiego studenta. I pan głosi zmierzch amerykańskiej hegemonii na świecie?

Fareed Zakaria: – Rzeczywiście przyjechałem z Indii do USA w 1982 r. jako jeden z 3 tys. świeżo upieczonych absolwentów Indian Institutes of Technology. 95 proc. z nich osiedliło się w Ameryce. W zeszłym roku IITs ukończyło również 3 tys. studentów. Tylko 5 osób wybrało na dalsze studia Stany Zjednoczone. Świat się zmienił. Ta zmiana polega nie tyle na kurczeniu się potencjału Ameryki, co na poprawie warunków życia w krajach takich jak Indie. Możliwości edukacji są teraz ogromne, dzięki czemu młodzi ludzie chętniej podejmują decyzję o pozostaniu w kraju, przy rodzinach i w bliskiej im kulturze. W swojej nowej książce patrzę na przyszłość Ameryki z optymizmem, ale uważam, że punktem wyjścia musi być zrozumienie, w jaki sposób świat się zmienił z powodu nadzwyczajnego zjawiska, które nazywam progresem reszty świata.

Twierdzi pan, że zdolność USA do przyciągania najzdolniejszych wygasa? W Polsce skarżymy się, że Ameryka kradnie nam talenty.

Nie ulega wątpliwości, że Ameryka nadal przyciąga ludzi z całego świata, a w szczególności z krajów rozwijających się i biednych. Trzeba też jednak przyznać, że wobec pewnej grupy najzdolniejszych i najlepiej wykształconych jednostek ten magnes działa o wiele słabiej niż dawniej. Dziś przed ludźmi świat stoi otworem. W tym zawiera się przewodnia myśl mojej książki: Ameryka pozostaje najważniejszym krajem w świecie, ale niegdyś, niemal namacalnie, była jedynym krajem na świecie. Dziś musi dzielić scenę z innym aktorami.

Biznesmeni „reszty świata” znają świat lepiej od Amerykanów?

Myślę, że ludzie spoza USA są bardziej światowi. Amerykanie to czubek świata. Nie muszą się uczyć o nim, ale świat musi się uczyć o Ameryce. Zgaduję, że przeciętny Polak wie o Ameryce wiele więcej niż przeciętny Amerykanin o Polsce. W tym sensie kraje takie jak Polska zyskują względną przewagę, łatwiej im poruszać się w świecie. A jest to świat pełen możliwości. My Amerykanie pozostajemy w tyle, jeśli chodzi o strategiczne zdolności i umiejętności orientowania się w świecie. Nie musimy się tego uczyć – bo stoi za nami potęga Ameryki. Wy nie dysponujecie taką potęgą, więc musicie nabyć umiejętności, nauczyć się strategii, dowiedzieć, jak prowadzić interesy z Chińczykami, z Hindusami, jak wejść w ich kulturę. My przyjeżdżamy z wielką flagą, która budzi respekt. To się właśnie teraz zmienia, ale chcę podkreślić, że z powodu tego, o czym mówię, my Amerykanie nie jesteśmy dziś przygotowani na tę zmianę.

Integracja z tą wzrastającą resztą świata przyniosłaby korzyść wszystkim. Tylko czy ona rzeczywiście pragnie integracji? Owszem, te kraje powiększają swój PKB, ale także narodową dumę i nastroje nacjonalistyczne. Dlaczego miałyby ze sobą harmonijnie współpracować?

Pewne fakty we współczesnym świecie powinny napawać nas wszystkich optymizmem. Każdej ekspansji nowej potęgi w ostatnich 400 latach towarzyszył olbrzymi konflikt polityczny, tak było ze wzrostem potęgi Habsburgów, Niemiec, Francji czy Związku Sowieckiego. Inaczej jest dziś z główną rosnącą potęgą – Chinami. Te są, jak się wydaje, zdecydowane, by raczej bogacić się w ramach panującego układu, niż próbować go burzyć. Najbardziej ekspansywna potęga w świecie nie stara się destabilizować istniejącego systemu. I pozostałe wzrastające potęgi w świecie podążają śladami Chin w kierunku integracji: Indie, Brazylia, RPA, Turcja. Nie przejawiają dążenia do polityczno-militarnego konfliktu. Pod tym względem mniej przejrzysta jest postawa Rosji. Jednak nie postrzegam jej jako wzrastającej potęgi.

Uważam, że to dysfunkcyjne i obarczone problemami mocarstwo o niejasnym stanowisku w sprawie integracji. Prawdą jest, że obserwujemy w świecie wzrost narodowej dumy, i też że nacjonalizm jest jednym z problemów, któremu trzeba się w przyszłości przeciwstawić. Ale mimo niespotykanej zmiany układu sił, z którą mamy do czynienia obecnie, żyjemy w świecie pozbawionym większych napięć. Przecież w ciągu czterech stuleci, kiedy kolejne państwa europejskie rosły w siłę, wojny zdarzały się regularnie co 20 lat. Teraz to się zmieniło.

Rzeczywiście Chiny, chociaż nie cieszą się na Zachodzie zbyt dobrą opinią, w polityce międzynarodowej nie igrają z ogniem. Są raczej cierpliwe i ciche.

To prawda. Telewizja chińska pokazywała wieloodcinkowy film, wyprodukowany w Chinach, który opisuje narodziny wielkich światowych potęg. Obejrzały go miliony Chińczyków. I najwyraźniej była to próba przekazania im wielkiej lekcji: państwa, które dążą do zdobycia i utrwalenia potęgi politycznej za pomocą agresji, nie odnoszą w końcu powodzenia. Natomiast państwa, które starają się o postęp technologiczny i ekonomiczny, osiągają sukces. Przykładem negatywnym był Związek Sowiecki, pozytywnym Stany Zjednoczone, a w pewnym stopniu także Wielka Brytania i Holandia. Chińczycy prowadzą dalekosiężną grę, której celem jest rozwinięcie potencjału ekonomicznego, przemysłowego i technologicznego. Osiągnąwszy go, będą mogli odgrywać bardzo istotną rolę w polityce światowej. Ale myślę, że mają przed oczami 50-letnią perspektywę, nie krótszą.

Czy to samo można powiedzieć o kraju pańskiego pochodzenia?

Indie trudniej określić. Elitom hinduskim na pewno odpowiadałaby rola światowej potęgi, ale jednak Indie są przede wszystkim biedne. Ludzie wymieniają Indie i Chiny jednym tchem. Zapominają o tym, iż chińska gospodarka jest trzy razy większa od indyjskiej, a przy tym szybciej rośnie. Indie zostają w tyle. Poza tym są one krajem zdecentralizowanym i różnorodnym. To zdaje się pochłaniać ich całą energię. Proszę spojrzeć na odbywające się obecnie w tym kraju wybory. Kwestia ogólnonarodowa w ogóle się tam nie pojawia. Wszystko obraca się wokół lokalnych spraw, kast, struktur w poszczególnych regionach. Na razie stworzenie jednego ogólnonarodowego forum politycznego wydaje się mało prawdopodobne.

Spomiędzy głównych sił reszty świata zmierzających pokojowo ku zamożności Rosję pan wyłączył jako osobny przypadek.

Po pierwsze, Rosja jest bardzo dziwnym mocarstwem. Jej gospodarka opiera się prawie całkowicie na bogactwie surowców naturalnych. To nie tworzy stabilnej podstawy. Widać to dobrze na przykładzie obecnego kryzysu gospodarczego. Sądzę, że rosyjska gospodarka napotka z czasem jeszcze więcej problemów. Rosja bowiem nie wykształciła kapitału ludzkiego. Zaskakuje to tym bardziej, że miała niezły spadek po systemie sowieckim, na którym mogła budować. Przecież było to dobrze wykształcone technicznie i naukowo społeczeństwo. Obecnie do głosu doszła bardzo tradycyjna naftowa oligarchia, co nie rokuje długofalowego, stabilnego rozwoju. Wszystko wskazuje na to, że rosyjska armia jest również niewydolna i dysfunkcyjna. Nie sądzę więc, że Rosja będzie naprawdę wielkim graczem w polityce. Ale czy jest przy tym wystarczająco dużym, aby sprawiać kłopoty? Tak.

Ludzie często mówią, że Rosja prowadzi bardzo sprytną i zręczną politykę. Ja akurat widzę coś odwrotnego. Dla korzyści, które wydają się iluzoryczne albo w najlepszym przypadku minimalne, jak choćby Gruzja, wystraszyła całą Europę. W szczególności Europę Wschodnią, która odtąd zdecydowanie zmieniła swój stosunek do Rosji. Nawet takie kraje, jak Indie i Chiny, przejęły się rosyjską interwencją. I w imię czego? Nie jestem nawet pewien, co Rosjanie uzyskali w zamian. Południową Osetię? To ma być zysk? Nie widzę w tym przykładu przemyślanej strategii. Wcale się nie martwię o to, że Rosja będzie w stanie rozciągnąć kontrolę nad światem. Myślę raczej, że Rosja zraża do siebie wszystkich, gdziekolwiek się pojawia. Ale czy sama geografia i rozmiary Rosji pozwolą jej zdziałać cokolwiek w jej bliskiej zagranicy? Tak.

Prawdopodobnie będziemy mieli do czynienia z Rosją bardziej imperialną w swoim sąsiedztwie, niż była za Jelcyna. Ale nie postrzegam jej jako mocarstwa stanowiącego wyzwanie dla cywilizowanego świata, bo jest za słaba.

Jeśli tak, to jaką politykę wobec Rosji stosować? Zachęcać czy odstraszać?

Doradzałbym politykę stanowiącą kombinację zachęcania z odstraszaniem. Nie możemy Rosjanom powiedzieć, że inwazję czy choćby daleką polityczną ingerencję w wewnętrzne sprawy Gruzji czy Ukrainy możemy zaakceptować. Staramy się stworzyć świat, w którym takie wydarzenia byłyby coraz mniej prawdopodobne. A interwencje, gdy już do nich dochodzi, powinny się odbywać pod auspicjami międzynarodowymi. Ale myślę także, że powinniśmy realistycznie zaakceptować fakt, że wszystkie wielkie mocarstwa mają interesy, które uważają za własne. I że nie ma wielkiej potrzeby prowokować ich w kwestiach, które uznają za swoją domenę.

Na przykład jesteśmy bardzo ostrożni w polityce w stosunku do Tajwanu ze względu na Chiny. Z jednej strony prowadzimy politykę zniechęcania, staramy się jasno wyłożyć Chińczykom, że inwazja na Tajwan byłaby bardzo złym pomysłem, z drugiej mamy świadomość tego, że również jakiekolwiek otwarte gesty z naszej strony względem Tajwanu nie byłyby dobrym pomysłem. Musiałyby wywołać zaniepokojenie Chińczyków, a może również ich reakcję.

Myślę, że musimy być podobnie ostrożni w relacjach z rosyjską bliską zagranicą. Nie jestem przekonany, czy rozszerzenie NATO o Gruzję i Ukrainę w najbliższym czasie ma jakikolwiek sens. Nie jesteśmy w stanie bronić tych krajów fizycznie. To rozszerzenie nie byłoby wiarygodne, a prowokowałoby Rosjan wywołując kryzys polityczny. Myślę, że są inne sposoby, aby zapewnić Ukrainę i Gruzję o poparciu Zachodu.

Europejski czytelnik może być rozczarowany, że niewiele jest w książce o stosunkach amerykańsko-europejskich.

To z optymizmu. Amerykę i Europę łączą stabilne więzi. Myślę, że powinny być one jeszcze silniejsze, ponieważ obie strony zgadzają się w większości spraw. Rozmowy mają charakter niemalże rodzinny. Zdarzają się różnice, ale jeśli porównuje się nasze stanowiska do rosyjskich, chińskich czy nawet indyjskich, to widać, że w sumie USA i Europa podzielają wspólny światopogląd.

Problemem jest to, że Amerykanie mają tendencję do jednostronności, a Europejczycy są zanadto podzieleni. To dwie największe przeszkody na drodze bliższej współpracy. Mam nadzieję, że Obama już stara się usunąć pierwszą niedogodność, jednak tę drugą o wiele trudniej naprawić. Proszę spojrzeć na europejską odpowiedź na kryzys gospodarczy. Nie widać wspólnego wysiłku nawet w rozwiązywaniu poszczególnych spraw. Istotnym problemem Europy jest starzenie się społeczeństw. To nie dotyczy Polski, ale Europy Zachodniej, czyli głównego rynku zbytu dla polskiej gospodarki. I to jest problem, któremu Europejczycy nie stawiają czoła. Zabraknie napędu dla gospodarki, zabraknie też środków na utrzymanie dojrzałych społeczeństw, o ile nie nastąpi dopływ z zewnątrz nowych ludzi w wieku produkcyjnym. Z powodów kulturowych Europejczycy są bardzo niechętni przyjmowaniu siły roboczej z zagranicy – nie chcą nawet polskich hydraulików. Proszę sobie wyobrazić, co się stanie, jeśli dopuszczą mieszkańców Afryki Północnej czy krajów arabskich.

Pańską ostatnią książkę można uznać za analizę przyczyn bogactwa narodów. Jaki jest według pana najważniejszy czynnik bogactwa społeczeństwa?

Nie ulega wątpliwości, że jest nim przede wszystkim duża otwartość na wolny rynek. Doskonały przykład stanowią Chiny: to właśnie ta otwartość odmieniła kraj. Od 3 tys. lat był to kraj konfucjański. Miał swój system społeczny i ustalony przynajmniej od kilkuset lat kulturowy zespół przekonań. Chiny zaczęły nagle świetnie prosperować w latach 80. i 90. To, co się zmieniło, to przecież nie ich kultura, ale polityka. Z grubsza biorąc, drastyczna zmiana, jaka nastąpiła między 1979 r. a 1989 r., polegała na przyjęciu zasad wolnego rynku.

Recepta nie polega na zorganizowaniu banków na sposób amerykański ani przemysłu na modłę niemiecką. „W domu mojego Ojca jest mieszkań wiele”, mówi Biblia. W świecie kapitalizmu jest wiele skutecznych modeli. Chcę tylko powiedzieć, że jeśli przyjrzymy się państwom, które wykazywały systematyczny przyrost zamożności na przestrzeni ostatnich 300 lat, to były to właśnie te, które otwierały się na mechanizmy wolnego rynku. Nie zaś zamknięte lub zdominowane przez własność państwową. Ta prawidłowość obowiązuje również dzisiaj i kryzys finansowy tego nie zmieni. Historia kapitalizmu jest pełna baniek kredytowych i finansowych oraz kryzysów z tego wynikających. Dlatego państwo powinno odgrywać bardzo ważną rolę. To rola regulacyjno-prawna, ale w żadnym wypadku nie rola głównego udziałowca gospodarki.

Nie widzę ani jednego przypadku, w którym model własności państwowej by się sprawdził. Ludzie czasem wskazują na Chiny, ale oczywiście fakt, że w Chinach do państwa należy 50 proc. gospodarki, nie może posłużyć do wyciągnięcia wniosku, że upaństwowienie jest kluczem do sukcesu. Przedtem przecież do państwa należało całe 100 proc. gospodarki kraju i nie przyniosło to korzyści. Dopiero gdy rząd oddał w ręce prywatne 50 proc., pojawił się wzrost.

W swoim programie telewizyjnym i w publicystyce w ogóle często porusza pan sprawę konfliktów w Afganistanie i Pakistanie. Czy wojnę, którą NATO prowadzi w Afganistanie, da się wygrać?

Wierzę, że tak. Mamy spore poparcie ludności. Kiedy Amerykanie wkraczali do Afganistanu, wynosiło ono 81 proc. i nadal jest znaczące. Władza, mimo że nieporadna i utraciła część poparcia, zabiega o odzyskanie legitymizacji w zbliżających się wyborach. Najważniejsze jest jednak to, że mamy za sobą lekcję wyniesioną z Iraku. Wiemy, że ludność najbardziej niepokoi utrata poczucia bezpieczeństwa. Irakijczycy i Afgańczycy, jak prawdopodobnie każda nacja pogrążona w wewnętrznym konflikcie, starają się przewidzieć, która ze stron zwycięży w ich kraju. Jasne, że nikt nie chce popełnić błędu opowiadając się po stronie skazanej na klęskę. Taki błąd może kosztować życie. Szczególnie w Afganistanie ludność nie chce się dziś opowiedzieć przeciw talibom, bo jeśli talibowie zwyciężą, to będą likwidować wrogów. Jest to więc zakład bardzo „niesymetryczny": jeśli opowiesz się przeciwko Amerykanom, to w przypadku ich zwycięstwa, nic wielkiego się nie stanie. Jeśli natomiast obstawisz porażkę talibów, a oni wygrają, to stracisz życie. Dlatego nawet ci, którzy nie sympatyzują z fundamentalistami, są bardzo ostrożni z poparciem dla Amerykanów. Jeśli jednak zapewnimy im bezpieczeństwa, pozyskanie ich poparcia stanie się łatwiejsze. Taka lekcja płynie z Iraku i jak sądzę także z Afganistanu: trzeba stworzyć ludziom poczucie bezpieczeństwa.

Natomiast jestem pesymistą, jeśli chodzi o Pakistan. Problem polega na tym, że talibowie mogą swobodnie przekraczać granicę między Pakistanem a Afganistanem, a w Pakistanie my, czyli Amerykanie i NATO, działamy na odległość  - nie mamy tam wojsk, nie mamy mandatu ONZ, polegamy na dobrych chęciach armii pakistańskiej. Myślę, że to niełatwa strategia, której od 10 lat, trzymamy się bez powodzenia.

Ale nie ma dobrej recepty na Pakistan?

To suwerenne państwo liczące 140 mln mieszkańców. Nie można tam po prostu wkroczyć. Trzeba polegać na tej niejednoznacznej sile, zwanej armią pakistańską i mieć nadzieję, że jest faktycznie naszym sprzymierzeńcem.

Wracając do tego zakładu z Afganistanu, za kim  by się pan opowiedział, gdyby był pan mieszkańcem Iraku?

Dobre pytanie. Na początku operacji wyraziłem opinię, że zakończy się ona sukcesem militarnym, ale nie politycznym. To znaczy, że uda się w Iraku zaprowadzić porządek, ale nie doprowadzi to do rozwiązania problemów politycznych. Uważam, że miałem rację. Być może obserwujemy nieco większy postęp w wymiarze politycznym, niż wynikałoby z mojej prognozy, ale faktycznie nie rozwiązano wciąż głównych problemów. Sunnitów nie udało się włączyć w system polityczny i gospodarczy,  nie rozwiązano kwestii dochodów z ropy, konfliktu między Kurdami i Arabami o miasta takie jak Mosul i Dahuk. Jeśli te problemy pozostaną nie rozwiązane, to z chwilą, gdy amerykańskie wojska wyjdą z Iraku, dojdzie do eskalacji konfliktu. Myślę, że kraj stanie na skraju wojny domowej, mniejszość sunnicka ucieknie się do przemocy, co spotka się zapewne z gwałtowną reakcją ze strony większości. Rozruchy mogą się nasilić, powróci bałagan. Można powiedzieć, że Irak nie stanie się dobrym modelem dla świata arabskiego, dopóki nie stworzy się sytuacji, w której obie społeczności żyją razem. Trzeba pamiętać, że większość tego świata jest sunnicka. Według nich, w Iraku nie panuje demokracja, ale szyicka tyrania. Tyrania większości, to prawda, ale nadal tyrania.

Patrząc więc przez pryzmat celu operacji, którym było zaprószenie iskry nowego myślenia w świecie arabskim, jest rzeczą pierwszorzędnej wagi, aby scalić mniejszość z większością i aby dało się wreszcie odczuć, ze Irak jest demokracją, a nie tyranią większości.

Wydawało mi się, że słyszałem jak pan mówił, że Amerykanie powinni postawić władzom Iraku ultimatum: albo przedstawiacie możliwy do wdrożenia plan na przyszłość albo się wyjeżdżamy.

Zawsze odnosiłem wrażenie, że powinniśmy zastosować większy nacisk na irackich przywódców.  Jedyne narzędzie nacisku, jakie posiadamy, to groźba szybszego wycofania naszych wojsk z Iraku. I jeśli chcemy, aby nas słuchano, musimy postawić tę sprawę jasno: nasze wsparcie w wymiarze politycznym, ekonomicznym i wojskowym zależy od tego, czy Irakijczycy wypracują rozwiązanie swoich politycznych problemów. Czas na takie ultimatum był 3 lata temu, gdyż wtedy dysponowaliśmy znacznie większą siłą nacisku. Dziś większość Irakijczyków jest świadoma skuteczności obecnej irackiej armii i widzi już przychody z ropy naftowej, podczas gdy jeszcze przed przed 3 laty ich nie było. Nie odbudowano bowiem wówczas szybów naftowych ze zniszczeń. Więc Irakijczycy nie są już tak bardzo zależni ani od naszej pomocy ekonomicznej ani wojskowej i uważam, że straciliśmy okazję, jaka wówczas stała przed nami. Nadal jednak zalecałbym większy nacisk w kierunku osiągania rozwiązań politycznych.

Czy ten projekt rozbrojenia nuklearnego - zarysowany przez Kissingera, Schultza, Nunna - to tylko czcze marzenia? Prezydent Obama zdaje się go traktować bardzo poważnie. Co Pan o nim myśli?

Myślę, że to bardzo dobry pomysł. Stajemy przed koniecznością zaakceptowania faktu, że legitymizacji naszej pozycji na arenie międzynarodowej nie osiągniemy siła. To konsekwencja życia w postamerykańskim świecie. I powstała dziwna sytuacja: mówimy krajom takim jak Iran, że nie mogą mieć ani jednej głowicy nuklearnej, podczas gdy sami mamy 6 tys. Takie stanowisko nie jest wiarygodne w świecie coraz bardziej świadomym i coraz potężniejszym. Musimy więc zdobyć się na poważny wysiłek redukcji naszego własnego arsenału. Nie wierzę w możliwość redukcji potencjału nuklearnego do zera. Istnieje istotna różnica między takim rozbrojeniem, a pozostawieniem pewnej odstraszającej liczby głowic, która zniechęcałaby jakiś piracki reżim, bądź inne państwo nuklearne do prowokujących zachowań. Jestem za zachowaniem kilkuset głowic w tym celu. Niezależnie od tego, który z modeli redukcji wybierzemy i tak mamy przed sobą jeszcze daleką drogę. Czeka nas redukcja tysięcy głowic nuklearnych, zanim ostatecznie staniemy przed strategiczną decyzją, czy pozbywamy się całkowicie naszego arsenału nuklearnego.

Tak czy inaczej należy iść w kierunku redukcji potencjału nuklearnego. Ale tego nie można robić w pojedynkę. Trzeba wiedzieć, że propozycje, które wysuwa Obama nie są jednostronną deklaracją. Skierowane są do całego świata i dotyczą globalnego rozbrojenia.

Po pierwsze Rosji.

I trzeba oddać to prezydentowi Jelcynowi, że pod jego rządami Rosja zredukowała znacznie swój potencjał. Zrobiły to także Stany Zjednoczone. Nie jest są to więc tyko mrzonki, skoro mamy już precedens. Byliśmy świadkami rozbrojenia, które, jak sobie przypominam, sięgnęło niemal 40 proc. Arsenałów.

Ale przemówienie prezydenta Obamy w Pradze nie spotkało się z żadną reakcją ze strony Rosji?

Nie. Rosjanie nie współpracują i to nie tylko w tej sprawie, ale też w wielu innych. Nic nie możemy na to poradzić. Pytanie jest - jak wobec nich postępować? Czy być twardszym, obnażać ich postawy i krytykować, czy raczej stosować bardziej zróżnicowaną mieszankę zachęcania ze zniechęcaniem. Jestem za tą drugą taktyką, ale przyznaję, że Rosjanie nie są łatwymi partnerami. Nie wiem czy nasze zabiegi kiedykolwiek zaczną działać. Chociaż jak widać z historii, gdy Rosjan traktuje się poważnie, można z nimi prowadzić interesy.

Na koniec, zaciekawiło mnie to, że kiedy pisał pan o różnicach między „naszym światem" a Chinami, wymienił pan wiarę w Boga jako istotny czynnik. Jakie ta różnica ma znaczenie w polityce zagranicznej?

Główna różnica jaką widzę, ale zaznaczam, że są to tylko moje spekulacje, jest taka, że Stany Zjednoczone, a wcześniej Wielka Brytania, żywią pewien „mesjański światopogląd", który jak sądzę płynie z protestantyzmu, a szerzej, z chrześcijaństwa w ogóle. Zaletą tego światopoglądu jest pojmowanie świata w kategoriach wartości uniwersalnych. Oczywiście wypływa on także z profetyzmu i idei nawracania narodów świata. I myślę, że ta idea leży także u podstaw krzewienia praw człowieka, które zarówno Stany Zjednoczone, jak i Wielka Brytania propagują. Widzę, że Chińczykom brak tego chrześcijańskiego podejścia. Brak idei uniwersalnych praw. Z kolei daje się odczuć o wiele większe poczucie odrębności kultur. To znaczy to, że Chińczycy widzą, iż to co zdaje egzamin w Chinach, nie musi być dobre dla Indii, co sprawdza się w Indiach, nie musi przynieść korzyści Stanom Zjednoczonym. Właśnie dlatego wydaje mi się mało prawdopodobne, by Chiny przejęły takie mesjańskie, uniwersalne podejście. („Kraje pozostające pod wpływem chrześcijaństwa i islamu przejawiały skłonność do rozpowszechniania swych idei i nawracania innych na swoją wiarę... możliwe, że Chiny nigdy nie będą miały podobnego poczucia misji, predestynacji, celu do osiągnięcia" - pisze Zarakia w książce - przyp. red.)

Chińczycy nie postrzegają swego państwa po prostu jako dyktatury. To wychodzi w rozmowach z ich biznesmenami czy intelektualistami. Widać, że jest to społeczeństwo, które postrzega świat raczej przez pryzmat unikalności i specyfiki kultur niż przez pryzmat uniwersalnych wartości i praw. I to na pewno ma jakiś związek z faktem, iż nie mają koncepcji Boga, nie mają koncepcji uniwersalnych praw moralnych, ani na przykład koncepcji, że wszyscy w świecie mogliby zostać kiedyś konfucjanistami. W ich pojęciu, jeśli nie jesteś Chińczykiem, to nie możesz zostać też konfucjanistą. Tak samo jak nie możesz już zostać Chińczykiem.

Polskie wydanie książki błyskotliwym esejem opatrzył Andrzej Kostarczyk. Pisze on m.in., że młodzi Hindusi czy Chińczycy coraz częściej porównują się ze swymi rówieśnikami z Zachodu. Modernizacja szybko pobudza ich społeczne aspiracje i oczekiwania. Zaspokoić je w może tylko innowacyjność. Z pewnością to jedna z najważniejszych sprężyn budowania bogactwa narodów.

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj