Starcie: Schwan-Köhler
Nad Szprewą bez zmian
W przeciwieństwie do Waszyngtonu, w Berlinie w wyborach prezydenckich nie wygrało hasło zmiany. W wyniku sobotnich wyborów Horst Köhler, zgodnie z oczekiwaniami, będzie jeszcze przez następne 5 lat zajmował berliński pałac Bellevue - siedzibę prezydentów RFN.

Wygrał kandydat rzetelnie pracujący i lubiany, ale chwalony głównie za to, że „przez 5 lat nie popełnił żadnej gafy", nie zrobił niczego niewłaściwego. Całkowicie przewidywalny. Przegrała Gesine Schwan - odważna, błyskotliwie inteligentna, z charyzmą, wielka przyjaciółka Polski. Byłaby nowym, fascynującym zjawiskiem w pałacu Bellevue.

Ten pojedynek był powtórką: Köhler stawał w szranki z socjaldemokratyczną kandydatką na ten urząd, prof. Gesine Schwan, już w roku 2004. Wygrał nieznaczną większością głosów. W RFN wybory prezydenta nie są powszechne, decyduje Niemieckie Zgromadzenie Federalne. Jest to organ pojawiający się na niemieckiej scenie politycznej tak rzadko, że wszystkie media czuły się w obowiązku poinformować, czym ono jest i jakie ma właściwie funkcje. A ma właśnie tylko tę jedną: raz na 5 lat wybrać prezydenta. W Zgromadzeniu zasiadają posłowie do Bundestagu i przedstawiciele landów. W tym roku w sumie 1224 osoby.

Pięć lat temu oboje kandydaci byli w Niemczech mało znani, bo - choć cenieni w swoich środowiskach - rzadko pojawiali się na pierwszych stronach gazet. Horst Köhler, ekonomista, sam określał się mianem technokraty. To on z ramienia Niemiec ustalał warunki unijnego traktatu w Maastricht, negocjował z Moskwą warunki wycofania rosyjskich wojsk z byłej NRD. Był też - jak to malowniczo określano - „Szerpą kanclerza Helmuta Kohla na szczytach G7". Następnie sprawował funkcję dyrektora Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Nikt nie wątpi w jego kompetencje i fachowość w sprawach gospodarki i finansów. Według „Sterna" Köhler zarabia rocznie 199 000 euro.

Prezydent i „ci politycy"

Nawet przychylne media przyznają jednak, że Köhlerowi brak charyzmy i elokwencji, że jego urząd nie inspiruje debat, „nie promieniuje intelektem". Niektórzy dostrzegają nawet, że prezydent bywa przygnębiony, niepewny siebie. Nie ulega jednak watpliwości, że jest lubiany. Zauważono, że Köhler mówi „ci politycy", nigdy „my, politycy". Zdaniem politologów, sam nie uważa się za członka klasy politycznej i nie chce do niej należeć, świadomie trzyma się od niej z dala. Zapowiedział, że chce być „prezydentem zwykłych ludzi" i występować w ich interesie. Zapewne także dlatego wielu Niemców identyfikuje się z tym bezpretensjonalnym, ale rzetelnym prezydentem, który jako dziecko przesiedleńców wychował się w skromnych warunkach i tylko wytrwałej pracy zawdzięcza swą karierę.

Köhler urodził się - jako siódme spośród ośmiorga dzieci - w 1943 r. w Generalnej Guberni, w Skierbieszowie (Lubelskie), dokąd jego rodzinę przesiedlono trzy lata wcześniej z Besarabii (tamte ziemie na mocy paktu Hitler/Stalin przypadły Związkowi Radzieckiemu.)

W 2004 roku wielu Niemców, słysząc o tym kandydacie na prezydenta po raz pierwszy, pytało: kto to? Teraz już nie pyta nikt. Prezydent cieszy się znacznym poparciem. Bilans pierwszej pięcioletniej kadencji w liczbach prezentuje się imponująco. „Bild" nazwał go nawet pracoholikiem: przez 5 lat Köhler złożył 81 zagranicznych wizyt (w tym 5 w Polsce), uświetnił swym udziałem 588 politycznych imprez, podpisał 700 ustaw. Kilka razy, ku lekkiej irytacji rządu, wetował ustawy, podkreślając, że nie jest „automatem do podpisywania". Jego urząd otrzymał od ludności 244 100 listów i maili.

Kapitalizm o ludzkim obliczu

Köhler wygłosił 564 przemówienia, największym echem odbiła się jednak mowa z 24 marca 2009, poświęcona kryzysowi światowych finansów. Köhler zaczął od słów: „Pragnę wam opowiedzieć historię mojej porażki". Tą porażką - według Köhlera - było jego zarządzanie (od 2000 roku) Międzynarodowym Funduszem Walutowym. Chciał wówczas zreformować MFW, ale nie życzyły sobie tego rządy bogatych państw. „Zabrakło woli, by narzucić prymat polityki rynkom finansowym".

Nie wszyscy gotowi są jednak uwierzyć, że Köhler już od lat był szermierzem „kapitalizmu o ludzkim obliczu". Lewica we wschodnich Niemczech ma mu za złe upadek wielu tamtejszych przedsiębiorstw (Köhlerowi podlegał berliński Urząd Powierniczy, zajmujący się prywatyzacją gospodarki byłej NRD). Laureat nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii, Josef Stiglitz, już w 2001 r. twierdził, że Köhler może zmienił w MFW retorykę i sposób argumentacji - ale nic ponadto. „Państwom daje się bez ogródek do zrozumienia, że ani rynki kapitałowe, ani MFW nie udzielą im dalszych kredytów, o ile kraje te nie spełnią określonych warunków. De facto międzynarodowe instytucje finansowe i rynki zmuszają więc państwa do tego, by rezygnowały ze swej suwerenności. W wyniku rezultacie kraje te są dyscyplinowane przez kapryśne rynki kapitałowe i spekulantów, zainteresowanych jedynie szybkim zyskiem, a nie wzrostem stopy życiowej ani perspektywami długofalowego rozwoju. To one dyktują państwom, co mają robić, a czego zaniechać".

Nie negując faktu, że każdy pod wpływem życiowych doświadczeń ma prawo do zmiany poglądów, krytycy prezydenta utrzymują, że od lat - nawet jeszcze na początku swej prezydentury w 2004 r. - był on zdecydowanym neoliberałem, zwolennikiem ograniczania roli państwa. Dopiero kryzys sprawił, że Köhler dostrzegł potrzebę regulacji rynków i silnej władzy państwowej, ustalającej reguły i zdolnej do ich egzekwowania.

Nikt natomiast nie wątpi, że Köhler jest od dawna autentycznie głęboko zaangażowany w sprawe pomocy dla Afryki. Powiedział kiedyś nawet, że los Afryki jest probierzem człowieczeństwa współczesnego świata. A nawet jeśli Köhler z biegiem lat zmodyfikował swój światopogląd, to nie jest on wyjątkiem (innym takim przykładem jest znany u nas Jeffrey Sachs - dawniej zwolennik terapii szokowej, dziś doradca sekretarza generalnego ONZ Ban Ki-Moona ds. zwalczania nędzy w Afryce).

Mogę wysunąć twoją kandydaturę?

Przegrana Gesine Schwan, która z uśmiechem złożyła Köhlerowi gratulacje, była oczekiwana. Zadecydowała o tym arytmetyka wyborcza - prosty układ sił w Zgromadzeniu Federalnym, zdominowanym przez chadecję i FDP.

Polityczna kariera Gesine Schwan miała dość zaskakujący początek. Pięć lat temu Schwan, rektor uniwersytetu Europejskiego Viadrina we Frankfurcie nad Odrą, odwiedzała właśnie amerykańskie uczelnie. Tam odezwała się jej komórka. Dzwonił ówczesny kanclerz, Gerhard Schröder. - „Gdzie jesteś, Gesine?" - „Na Harvardzie!" - „Całkiem niezłe miejsce. Miałabyś coś przeciw temu, abym wysunął twoją kandydaturę na prezydenta Niemiec? ... Co tak zamilkłaś?" „Nie mogę zostawić Viadriny, trzeba tej uczelni zapewnić niezbędne finanse". - „O tym możemy pogadać."

W tamtych wyborach Schwan wprawdzie przegrała, ale uzyskała zaskakująco dobry wynik: 48,9 proc. Zdobyła też wiele sympatii. Media się zachwycały. Nazywały ją „najbardziej uroczą bronią SPD", „mądrą główką pod burzą loków". „Ona umie mówić - i to jak!" pisali reporterzy. Jeden z nich rozmarzył się, pisząc o „koloraturowym śmiechu" kandydatki. „Cała Gesine Schwan jest śmiechem, jest pełną werwy serdecznością. Nie zmieniłby tego nawet najwyższy urząd w państwie razem z jego protokolarnymi wymogami. Ta fryzura, ta burza kręcących się loczków nie pasuje właściwie do stanowiska profesora, ani do jej 65 lat. Ale czy nie chciałoby się zobaczyć takich loków, odrzucanych z czoła w pałacu Bellevue? I takiej pani prezydent w pantoflach na obcasach na pięknych nogach, która występowałaby bez sztywnej pompy, w odróżnieniu od dotychczasowych lokatorów tego pałacu?"

Nie chcemy wyścigu szczurów

Także w obecnej kampanii wyborczej szeroko cytowano wypowiedzi kandydatki Schwan: „Chcemy mieć dzieci, muzykować, zgłębiać historię Rzymu, a nie tylko szykować się na światowe rynki. Nie jesteśmy tylko pozycją po stronie kosztów. Jesteśmy także ludźmi".
Albo: „Reformy nie mogą polegać tylko na tym, że obniża się wynagrodzenia i redukuje świadczenia socjalne". „Nie da się funkcjonować bez zaufania. Rzetelność i zaufanie są niezbędne dla demokracji". Albo: Nie można wymagać od ludzi, by wszystko osiągnęli przed 45 rokiem życia - błyskawiczną karierę, rodzinę, i do tego jeszcze ze trzy przeprowadzki. Takie szybkie zużywanie ludzi - to trucizna dla społeczeństwa". Jakże dawno - dziwili się ludzie - nikt nam nic takiego nie mówił...

Jednak w ostatnim okresie w stronę kandydatki powiało chłodem. Owszem, zapewniano, czas już, aby najwyższy urząd w Niemczech sprawowała kobieta, a rektor Viadriny - znająca języki, myśląca analitycznie i po europejsku - jest znakomitą kandydatką. Ale aż dwie kobiety na najwyższych urzędach w RFN - i to akurat w czasach kryzysu? Zdaniem obserwatorów ten aspekt mógł - choćby nieświadomie - wpłynąć na wynik wyborów. Nawet, jeśli Schwan nie uważa się za feministkę „przykro mi, ale nigdy w mojej karierze nie byłam dyskryminowana z tego powodu, że jestem kobietą".

Ostatnio Schwan stała się nawet celem ostrych ataków prawicowych polityków i mediów. Wytykano jej, że nie chce jednoznacznie nazwać NRD „państwem bezprawia". Sugerowano nawet, że to celowy unik kandydatki, pragnącej zdobyć poparcie Lewicy - tak, jakby Gesine Schwan nie dowiodła wielokrotnie, że nigdy nie kieruje się oportunizmem (w swoim czasie, jako młoda działaczka SPD, odważyła się nawet stawić czoła wielkiemu Willy Brandtowi, któremu zarzucała zbytnią życzliwość dla niedemokratycznych reżimów Europy Wschodniej. Nie wahała się też przekonywać swoich dawnych solidarnościowych polskich przyjaciół, że niesłusznie poparli wojnę w Iraku).
Szczególnie miano jej za złe pogląd, że Francja i kraje skandynawskie lepiej zabezpieczają swych obywateli przed skutkami kryzysu. I że w razie pogorszenia się sytuacji może dojść do rozruchów społecznych. Ostrzegając przed tym, kandydatka złamała niepisane tabu. Zaczęto pisać złośliwie o wyborczej „łabędziej pieśni" Gesine Schwan (Schwan - to po niemiecku łabędź).
Nietrudno się domyślić powodów tego zaostrzenia tonu. Zbliżają się wybory do Bundestagu, SPD dołuje w sondażach, jej przywódcom trochę brakuje charyzmy. Tak barwna indywidualność, jak Gesine Schwan, mogłaby poprzesuwać słupki w sondażach...

Z Polską Gesine Schwan związała się od lat. Pracę doktorska pisała o Leszku Kołakowskim. Wspierała polską demokratyczną opozycję. Nauczyła się biegle mówić po polsku. „Pani profesor na wysokich obcasach biegnie przez most na Odrze. Zaraz będzie dyskutować po polsku z polskimi naukowcami - mówiąc tak szybko, że Polakom trudno będzie się dorwać do głosu. To wszystko jest niewiarygodne. Ta kobieta jest niewiarygodna" - notował reporter „Sterna".
Kanclerz Schröder mianował ją pełnomocnikiem ds. stosunków z Polską. Pytana o przyczyny pogorszenia stosunków polsko-niemieckich w ostatnich latach, Schwan wymieniała głównie poczynania organizacji wypędzonych. Protestowała przeciw nieprzychylnym stereotypom w postrzeganiu Polaków. Uważała, że w Centrum przeciw wypędzeniom nie ma miejsca dla rewizjonizmu - ani dla Eriki Steinbach. Marzyła o tym, by - w razie zwycięstwa - w rocznicę 1 września wygłosić do Polaków przemówienie w polskim Sejmie. Po polsku.

Już po pierwszej turze wyborów było jasne, że w pałacu Bellevue zasiądzie na kolejne 5 lat prezydent Horst Köhler - przyzwoity, przewidywalny, życzliwy Polsce. Podkreślający, że nigdy nie uważał się za wypędzonego. To całkiem niezły wynik.

Tyle tylko, że nie będzie na razie pierwszej kobiety na stanowisku prezydenta Niemiec. Nie będzie rozbrzmiewał w Bellevue serdeczny, koloraturowy śmiech, nikt nie będzie tam potrząsał burzą loków. I nie będzie 1 września przemówienia niemieckiego prezydenta w polskim Sejmie - po polsku.

* Autorka jest redaktorem Tygodnika FORUM 

 

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj