Rewolucja traci impet
Iran: żadnych złudzeń
Brodacze w turbanach dali się wyszumieć ulicy, ale tylko przez kilka dni.

Dobrze, że nie polała się krew, choć cynicy mówią, że to ona tak naprawdę jest smarem wielkich zmian w historii. "Zielona fala", jak pogardliwie policja i bezpieka irańska przezwała stronników przegranego Musawiego, traci impet.

W państwie autorytarnym nie może być inaczej. Wiemy coś o tym z naszych polskich doświadczeń. Po 13 grudnia z miesiąca na miesiąc, z roku na rok uliczne demonstracje topniały, ludzie się bali własnego cienia.

Jeśli jednak system mimo to padł, to z wielu przyczyn, które w Iranie nie działają. Nie ma Gorbaczowa, nie ma zorganizowanej opozycji, nie ma Zachodu gotowego wspierać pokojowe przejście do demokracji. Jest podział w elicie władzy i w społeczeństwie, ale nie tak głęboki, by ludzie wyszli na ulice pod hasłem ,,precz z ajatollahami!’, czyli z republiką islamską. Znaczny odłam Irańczyków wierzy brodaczom w zawojach, że ,,religijna demokracja’’ to najlepsze, co mogło spotkać ich i następne pokolenia. System jeszcze nie zdradza oznak rozkładu czytelnych dla większości. Jeszcze jest zdolny neutralizować opór wewnętrzny i zmasowaną kompromitację wizerunku w świecie zewnętrznym, który bez przerwy ogląda to, czego irańskie media państwowe nie pokazują Irańczykom.

Niech "zieloni" wybaczą kolejne polskie skojarzenie, ale obecne wydarzenia w Teheranie przypominają mi marzec 1968 r. Na upadek systemu trzeba było czekać – oczywiście nie z założonymi rękami! – jeszcze 20 lat.

I obym się mylił.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj